Numer 10(388)    Październik 2017Numer 10(388)    Październik 2017
fot.Anna Radziukiewicz
Znaleźli swoje miejsce
Anna Rydzanicz
- Pierwsze rodziny Łemków, które tu trafiły, pochodziły z Królowej Ruskiej – Andrzeja i Marii Hreniaków razem z bratem Andrzeja Aleksandrem i jego siostrą Teklą oraz synami, Mikołajem i żonatym Piotrem, synową Anastazją – mówił przy pomniku Teodor Habura, współorganizator uroczystości. W lipcu 1947 roku po ponadtygodniowej tułaczce, załadowani na stacji Grybów, wysiedli z towarowego wagonu w Ścinawie, skąd wozem ciągniętym przez woły, z całym dobytkiem, przez Tymową, Kliszów i Radomiłów, dotarli do Wysokiego. Kolejne rodziny to Halczakowie – Julianna wraz synem Jackiem, Jan i Eugenia Michniakowie wraz z siostrzeńcem Jakubem Haburą. Po kilku miesiącach z innych wsi w poszukiwaniu swoich oraz dlatego że wciąż stały tu puste gospodarstwa, przeprowadzili się kolejni Łemkowie, przeważnie dawni mieszkańcy Boguszy, rodziny Kornela Gambala, Szymona Kuziaka, Mateusza Dańbana, Andrzeja i Tymoteusza Dańczaków, Mirosława Choroszczaka i Aleksandra Oleśniewicza. Następnie zamieszkały tu rodziny Teodora Kuziaka, Artyma Ziomka, Włodzimierza Worobla, Teodozego Horoszczaka, Michała Kwoczki, Jana Bubernaka, a w latach 60. Tkaczykowie oraz rodzina Anny Pańkowskiej. Pozostali urodzili się już w Wysokiem.
– Łemkom było dane zamieszkać wśród repatriantów z Kresów, osadników wojskowych oraz robotników powracających z przymusowych robót na rzecz hitlerowskich Niemiec, przybyszy z przeludnionych wsi Kielecczyzny i Rzeszowszczyzny oraz autochtonów. – Tygiel narodowy, mieszanka kultur nie była źródłem antagonizmów. Osadnikom, mieszkańcom naszej wsi, udało się żyć w zgodzie – podkreślił Teodor Habura. „Ziemię chłopy bierzta, orzta, a jak nie mata zboża, to wam pożyczę, a jak będziecie mieli oddacie” – przytaczał słowa sąsiada Dudzińskiego do nieżyjącego już teścia, Mikołaja Hreniaka w 1947 roku. Nie pozwolili odebrać sobie ziemi pod mający powstać PGR, mimo że byli skazani na przymusowe dostawy.
Solidarność gospodarzy w „sprzęganiu” się i uprawie ziemi przyczyniła się do powstania miejscowej wspólnoty. Dwunastu kosiarzy przy żniwach, pomoc przy omłotach czy budowie lub odbudowie domu po pożarze to prawdziwe obrazy przeszłości. Potwierdzają to też odwiedziny w domach podczas obchodzonych w różnych terminach świąt, darcie pierza, wspólne zabawy oraz zapraszanie się na wesela, co podobno wyróżnia Wysokie spośród innych wsi. Nawet takich, gdzie mieszkają wyłącznie repatrianci z jednej wsi.
– Tolerancja, wzajemne zrozumienie, mądrość życzliwych sobie ludzi przetrwała do dziś. Jej owocem jest ten krzyż – mówił pan Teodor.
Krzyże i kapliczki, stawiane w miejscach szczególnych, pozostały na Łemkowszczyźnie i do dziś są znaczącą pamiątką po jej mieszkańcach. Są też świadkami życia. Codziennych i epokowych wydarzeń. Krzyże stawiały w różnych intencjach osoby prywatne, rodziny, całe wsie i parafie. Za powrót z wojny, ustąpienie epidemii cholery, w rocznice ważnych wydarzeń. Dziś o ich przeznaczeniu i czasie świadczą zapisane cyrylicą inskrypcje.
Po poświęceniu krzyża odprawiono panichidę za zmarłych mieszkańców Wysokiego oraz ofiary Akcji Wisła i odśpiewano niezwykle wymowną, patriotyczną pieśń Hory naszy, hory naszy Karpaty.
– Ten krzyż jest symbolem zwycięstwa nad śmiercią, złem i nienawiścią. Nad wszystkim, co negatywne. Bez względu na okoliczności, w których tu się znaleźliśmy, trzeba, nam, Drodzy Bracia i Siostry, pamiętać, że krzyż zawsze łączy – mówił o. Igor Popowicz. – To ważne wydarzenie, 70 rocznica Akcji Wisła to apel do naszej świadomości, żebyśmy cenili to, co dziś mamy.
O. Popowicz urodził się w Białogardzie na Pomorzu, ale jego rodzice wraz z dwojgiem dzieci w 1957 roku powrócili, wśród nielicznych, na Podkarpacie. – Większość zapuściła korzenie na Ziemiach Zachodnich. – Widocznie tak chciał Pan Bóg – mówił. – Trzeba podziękować Bogu za ten czas. Za to, że dziś możemy się poszczycić nowymi parafiami i cerkwiami, a także rozkwitającym życiem kulturalnym. (…) Niech krzyż, który dobitnie świadczy, że jesteśmy chrześcijanami, daje nam siłę do pokonywania trudności, abyśmy zawsze jedni w drugich widzieli, brata i siostrę, aby nasza mała ojczyzna, nasza parafia była jaskrawym dowodem zgody i porozumienia. Pan Bóg zawsze wzywa do zgody.
O. mitrat Sławomir Kondratiuk, dziekan lubiński i legnicki, trzymając w rękach krzyż przywieziony z Boguszy, podkreślił, jak ważne w tamtym czasie było zabezpieczanie mienia cerkiewnego. Przypomniał o. Stefana Bieguna (1903-1983), który wraz z parafianami Boguszy przywiózł do cerkwi w Rudnej stary ewangeliarz, ikonę oraz cenne utensylia, które pozwoliły w tamtym niełatwym czasie rozpocząć życie liturgiczne na obczyźnie. – Przywieźli w swych sercach przede wszystkim wiarę w Boga – podkreślił. Wspomniał najstarszych mieszkańców Wysokiego na czele z Mikołajem Hreniakiem, których jako proboszczowi przyszło mu odprowadzać na miejsce wiecznego spoczynku. – To historia, która jest niezwykle cenna. Przed nami siedzą seniorzy. Opowiadali mi nie tylko o życiu w górach, ale również

O OSIEDLANIU SIĘ TU,
NA ZACHODZIE.
W 1947 roku pierwsze kroki skierowali do pobliskich Studzionek, gdzie w listopadzie odbyło się pierwsze prawosławne nabożeństwo.
Dziesięć lat temu, w 60 rocznicę, przy cerkwi w Rudnej władyka Jeremiasz poświęcił pamiątkowy, granitowy krzyż. – Wśród nas są przedstawiciele różnych parafii w górach. Ten słoneczny dzień jest także błogosławieństwem z niebios. To że rośnie kolejne pokolenie i że wszyscy mogli stać tu dzisiaj razem – mówił na zakończenie proboszcz z Rudnej.
90-letni Adam Barna, wieloletni psalmista w legnickiej cerkwi, przez kilka lat w cerkwi Rudnej, oraz kronikarz łemkowskich parafii, obok o. Stefana Bieguna wspomniał innych nieżyjących kapłanów, którzy tworzyli nową kartę w historii Cerkwi w Polsce, niosąc posługę w powstałych parafiach – o.o. Jana Lewiarza, Dymitra Chylaka, Anatola Fedasza, Michała Żuka.
– Doświadczenie wspólnej modlitwy jest piękne. Ten krzyż będzie niósł historię dalej, kiedy nas tu nie będzie – podkreślił ks. Tomasz Hęś. – Ci, którzy odwiedzą miejscowość, będą mieli świadomość, że trwamy tutaj w wierze chrześcijańskiej i żyjemy jak bracia i siostry.
Na zakończenie w imieniu organizatorów Daria Kuziak skierowała słowa podziękowań do fundatorów, duchownych i wszystkich uczestników uroczystości w Wysokiem, zapraszając na łemkowską gościnę. W pobliskiej świetlicy, przy suto zastawionych stołach, odbyła się prawdziwa łemkowska biesiada. Stół wyraża nie tylko łemkowską gościnność, ale jest symbolem zgody i trwania pokoleń.
– W uroczystościach pomagali nam nowi mieszkańcy Wysokiego, zamieszkali na kolonii – mówi sołtys i wnuczka pierwszych osadników Marii i Andrzeja Hreniaków, Irena Habura. Doskonale wpasowali się w klimaty miejscowej społeczności. I oni również zasiedli do świętowania. Zmontowana spontanicznie z doświadczonych muzyków, reprezentujących kilka pokoleń, kapela przygrywała biesiadującym. Słowom podziękowań, a także śpiewom nie było końca.
Najstarszy z gości – Stefan Habura urodził się 5 stycznia 1917 roku w Binczarowej i nie wygląda na sto lat. W roku wysiedlenia był gospodarzem z dwunastoletnim stażem.
– Za stołem zasiadało piętnaście osób – wspomina. – Mama musiała wstawać o świcie, aby wszystkich nakarmić.
Przed wojną jego ojciec, Dymitr, hodował konie dla wojska. Pan Stefan, pomagając ojcu w rozwoju hodowli, bywał w polskich wsiach sąsiadujących z Nowym Sączem. Znał też język polski. Starszy, przyrodni brat Włodzimierz, wyjechał za chlebem do Kanady. Kolejny z rodzeństwa, Wasyl w 1929 roku wyjechał do Buenos Aires.
Dymitr ożenił się powtórnie z Anną Kobani z Boguszy. Najstarszy z drugiego małżeństwa był Stefan. Młodszy o dwa lata Mikołaj zginął w 1943 roku w Oświęcimiu. Rok 1943 okazał się tragiczny. Matka oraz siostra, szesnastoletnia Maria i najmłodszy, jedenastoletni brat Józef zmarli na epidemię tyfusu. – W ciągu tygodnia zmarło pięć osób w jednej chyży. Pogrzeb odbył się pod obstawą policji. Nie było mowy o wniesieniu ciał do cerkwi, ani o odprowadzeniu na cmentarz.
14 czerwca 1938 roku brał ślub z dwudziestoletnią Marią Maliniak z Beresta. – Razem paśliśmy krowy – wspomina. – Tak się poznaliśmy. Maria przychodziła do siostry, która wyszła w Binczarowej za mąż. Po ślubie stała się prawosławna. W 1947 roku zostali osiedleni w pegeerze Borowina, w lubuskiem, sześćdziesiąt kilometrów od Wysokiego. Z dyrektorem Małeckim, poznaniakiem, żyli jak rodzina. Dyrektorowi nie przeszkadzało, że jego równolatek Habura jest prawosławny, dwukrotnie poprosił go za chrzestnego swoich synów.
Do leśniczówki w Wysokiem po raz pierwszy przyjechał w 1948 roku, kiedy robił kurs leśnika. Nie przypuszczał wtedy, że po latach będzie często gościem swego bratanka Teodora i jego żony Ireny. Wtedy mieszkał tu jego wuj Jan Michniak, któremu pomagał w pracach polowych, a który wychowywał jego młodszego brata Jakuba, nazywanego Jackiem. – Stefciu to jest morowy chłop – mawiał prowadzący kurs, z którego większość kursantów uciekła, a pan Stefan ukończył go w gronie nielicznych. – Zawsze starałem się wykonywać powierzone mi obowiązki do końca – śmieje się stulatek, emerytowany leśniczy.
Po raz pierwszy pojechał do Binczarowej, gdzie zostawił gospodarstwo i siedem hektarów lasu, w lipcu 2011 roku na poświęcenie krzyży na cmentarzach upamiętniających zmarłych mieszkańców jego rodzinnej wsi. Wtedy zobaczył, że po pomnikach jego bliskich nie ma śladu. Spotkał znajomych Polaków z sąsiedniej Kąclowej. – Moje życie jest tutaj – mówi o Dolnym Śląsku. Od dwunastu lat jest wdowcem, mieszka z córką i jej rodziną. Doczekał się trojga wnucząt i siedmiorga prawnucząt.
– Stryj zawsze był optymistą – podpowiada Teodor Habura na pytanie, jak zachować formę w wieku pana Stefana. – Nigdy nie odmawiał kieliszka wódki, ale jest pewien czas, że wszystko odstawia. – Żebym nie wiem, jak był głodny, to w czasie postu nie wezmę ani alkoholu, ani papierosa – zapewnia żarliwie stulatek.
Do szpitala trafił jeden raz w życiu ze złamaną nogą. Lekarzy odwiedza sporadycznie.
O kondycji pana Stefana do dziś krążą anegdoty wśród bliskich. Na motorach, o których opowiada z błyskiem w oku, już nie jeździ, ale zdarza się, że jeździ na rowerze.
– Za parę dni skończę pięćdziesiąt dziewięć lat – śmieje się Włodzimierz Oleśniewicz z niedalekich Brodowic. Psalmista z parafii Studzionki przyszedł na świat 22 lipca 1922 roku w Piorunce, łemkowskiej Perunce.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Anna Rydzanicz
fot. autorka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token