Numer 4(394)    Kwiecień 2018Numer 4(394)    Kwiecień 2018
fot.Anioł zjawiający się kobietom niosącym wonności. Ikona z końca XV wieku.
Tropos Marcina Abijskiego
Anna Radziukiewicz
– Kiedy Pan zetknął się z muzyką bizantyńską?
– Tak dawno, że prawie nie pamiętam. Byłem wtedy w szkole podstawowej. Chyba w klasie piątej. Z przyjaciółmi zaczęliśmy jeździć do monasteru w Supraślu. Poznałem tam hierodiakona Jerzego, dzisiejszego arcybiskupa wrocławskiego i szczecińskiego, który akurat zimą, na ferie, przyjechał do Supraśla z Grecji, gdzie rozpoczął studia. Na nabożeństwach śpiewał wtedy hymny bizantyńskie, które mnie zafascynowały. W tym samym roku zaangażowałem się w nowe hajnowskie wydawnictwo – Bratczyk. Pomagałem rozdawać pierwsze ich wydania. Bratczyk miał kontakty ze Świętą Górą Atos, szczególnie z o. Gabrielem (Krańczukiem). Stamtąd trafiały do moich rąk pierwsze nagrania z muzyką bizantyńską. Były to psalmy w wykonaniu mnichów z monasteru Simonos Petras. Słuchałem ich godzinami. W Supraślu poznałem też dzisiejszego mnicha monasteru Paraklitu – o. Atanazego. Podarował mi on kasetę z hymnem Agni Parfene – szczególnie popularnym wśród Słowian. Marzyłem o nauczeniu się tego śpiewu.
– Pana koledzy w tym czasie grali w piłkę na podwórku?
– A ja rozgryzałem rękopisy bizantyńskie i słuchałem nagrań.
– Chodził Pan do szkoły muzycznej?
– Nie. Od dziecka za to śpiewałem w chórze. Najpierw dziecięcym, później młodzieżowym. W Hajnówce. Muzyki systematycznie uczyłem się dopiero w Grecji, dokąd wyjechałem na studia teologiczne dzięki błogosławieństwu metropolity Sawy i rekomendacji władyki Jerzego.
– A studia muzyczne?
– To już zupełnie inna historia, związana ze znajomością z moim profesorem – Archontem Hymnodosem Wielkiego Kościoła Georgiosem Chatzichronoglou, który przyjechał z Bizantyńskim Chórem Aten na jedną z edycji festiwalu muzyki cerkiewnej w Hajnówce. Byłem tłumaczem, chociaż język grecki znałem wówczas w stopniu podstawowym. Nauczyłem się go sam. Myślę, że mocno umęczyłem wtedy dyrygenta. Wypytywałem o wszystko. W końcu miałem na wyciągnięcie ręki prawdziwego bizantyńskiego śpiewaka, a młodzieńcza pasja widać zrobiła na nim wrażenie. Georgios Chatzichronoglou zaproponował mi studia u siebie, w swojej szkole. Oczywiście wszystkie formalności zostały również dopełnione na linii oficjalnej – z błogosławieństwem Cerkwi.
– Można samemu nauczyć się greki?
– Jeśli ktoś lubi ten język, to chyba tak. Kochałem muzykę bizantyńską i żeby ją poznać musiałem nauczyć się greki. Tylko tak mogłem czytać podręczniki muzyczne.
– Studia w Grecji były stacjonarne?
– Tak. Jeden rok nauki języka i cztery lata studiów teologicznych na Uniwersytecie Ateńskim.
– A muzyczne?
– Po przyjeździe stanąłem przed dziewięcioosobową komisją, składającą się z ośmiu profesorów i urzędnika ministerstwa. Komisja, po przesłuchaniu mnie i zadaniu serii pytań teoretycznych, przydzieliła mnie na czwarty rok studiów. To była wielka nobilitacja. Nagrodzono wiele lat indywidualnej nauki i poświęconego na nią czasu. Dzięki temu w ciągu pięciu lat skończyłem nie tylko teologię, ale także dwa stopnie konserwatorium. Po otrzymaniu dyplomu od Georgiosa Chatzichronoglou naukę kontynuowałem w Konserwatorium Narodowym – szacownej uczelni, gdzie uzyskałem dyplom drugiego stopnia z uprawnieniami do wykładania muzyki bizantyńskiej w konserwatoriach. Tę samą szkołę skończyła chociażby Maria Callas. Moim nauczycielem był Konstantinos Papachristodoulou – wspaniały człowiek, pedagog, ale przede wszystkim przyjaciel.
– Hajnowski festiwal miał na Pana wpływ?
– Na pewno. Wpływ na mnie miało kilka czynników związanych z Hajnówką. Po pierwsze moja rodzina. Dziadek Grzegorz, ojciec mamy, pomagał przy budowie soboru Świętej Trójcy w Hajnówce. Przyjaźnił się z o. Antonim Dziewiatowskim. Zacząłem przysługiwać w cerkwi, gdzie poznałem o. Mikołaja Białomyzego, który prowadził chór. Uczył mnie i innych chętnych muzyki cerkiewnej i języka cerkiewnosłowiańskiego. Wspaniały człowiek. Poświęcał nam wiele czasu i uwagi. Gdy miałem 17 lat, zacząłem dyrygować chórem w cerkwi św. Dymitra w Hajnówce. Stamtąd wyjechałem na studia do Aten.
– To duża odwaga stanąć, w zasadzie dziecku, przed chórem. Młodzieżowym?
– Dorosłych… W tym wieku „dziecko" się nie zastanawia. Kiedy w Hajnówce powstały nowe parafie, moją „rodzimą” cerkwią okazała się mała cmentarna kapliczka, pełniąca wtedy funkcję głównej świątyni parafii Narodzenia św. Jana Chrzciciela. Do cerkwi chodziłem z babcią. To ona najbardziej zbliżyła mnie do cerkwi. Proboszcz – o. Leonid Szeszko, dużą wagę przywiązywał do nabożeństw i „ustawu”. Śpiewając z o. Adamem Lewczukiem mieliśmy okazję zagłębiać się w liturgiczne kwestie w większości parafii nieznane i niepraktykowane. Po tym doświadczeniu, pomimo młodego wieku, prowadzenie chóru i nabożeństwa nie wydawało się szczególnie skomplikowane.
– Studia w Grecji rzutują na Pana życie?
– Powiem tak – żyjemy w świecie imitacji i pozorów. Bardzo ważne jest czerpanie ze źródeł, z oryginalnych doświadczeń. Szczególnie ważne jest to w autentycznej muzyce bizantyńskiej, ale chyba rzutuje to również na inne aspekty życia. Ważne jest uczyć się od ludzi, którzy są nośnikami żywej tradycji, prawdy, nie imitacji. Czyli muzyki uczyć się od tych, którzy tradycję przenoszą z pokolenia na pokolenie, bezpośrednio od swoich nauczycieli. Zresztą w Grecji ogólnie ważny jest szacunek dla starszych, wierność tradycji i kwestia autentyczności.
– Tak samo jest z ikoną.
– Oczywiście. Pisania ikony trzeba się uczyć od tych, którzy żyją życiem liturgicznym, dla których ikona nie jest jedynie dziełem sztuki. Tak samo jest z muzyką, a dokładniej śpiewem liturgicznym. Uczenie się ze źródeł wtórnych może prowadzić do wielu wypaczeń. Uczyć się trzeba tam, gdzie dana dziedzina sztuki powstała i rozwijała się. To daje gwarancję oryginalności przekazu.
– A na ile Grecy zachowali tradycję Wschodnich Rzymian? Można to stwierdzić?
– To bardzo szerokie pytanie, ale w kontekście oryginalności przekazu należy stwierdzić, że dzięki zachowaniu języka są najbliżej źródeł. To język jest nośnikiem muzyki liturgicznej.
– Muzyki?
– Oczywiście. Język jest bardzo ściśle związany z muzyką, szczególnie w hymnografii bizantyńskiej. To, jak są skonstruowane hymny, wpływa na to, jaka jest muzyka. Sam rytm słów, rozłożenie akcentów, rysunek prozodii słowa, wpływały na muzykę. Muzyka bizantyńska jest ściśle związana z greką i trzeba grekę poznawać. Dopiero później te wzorce należy dostosowywać do naszych realiów i języka, czyli cerkiewnosłowiańskiego albo polskiego.
– Na ile więc muzyka jest związana w naszym obszarze z językiem cerkiewnosłowiańskim?
– Bracia Cyryl i Metody zrozumieli, że język, który tworzą na potrzeby Cerkwi, musi być w stanie zaspokoić potrzeby teologii i hymnografii. Ich przekłady na cerkiewnosłowiański są bardzo wierne, jedyne czego im brakuje, to metryki języka greckiego, co powoduje, że są trudności z dostosowaniem tego języka do muzyki bizantyńskiej. Ale jeśli chodzi o pozostałe kwestie, jest to język doskonały dla naszej teologii i liturgii.
– A na ile polski może go zastąpić?
– To bardzo szeroki temat. Nie czuję się tu osobą wystarczająco kompetentną.
– Mam wrażenie, że jest językiem bardziej ułomnym od cerkiewnosłowiańskiego.
– Na pewno jest prostszy z punktu widzenia hymnografii. Brakuje mu wielu terminów. Niektóre musimy traktować opisowo, całym zdaniem, zamiast użyć jednego słowa. Dla hymnografa, który przekłada poezję liturgiczną, to wielki problem. Dla muzyka również. Jak to muzycznie opracować? To wyzwanie. Pytanie, na ile to będzie wierne oryginałowi? Trzeba pamiętać, że muzyka, która do nas dotarła, nie jest dokładnie muzyką pierwszych wieków ani także średnich. Wszystko się zmienia – zmienia się język, muzyka, estetyka, wrażliwość. W zasadzie tym właśnie jest żywa tradycja, która aktualizuje się, ale ważne jest, że pozostaje wciąż w pewnych ramach, w kanonie. Nie szukamy więc bezwzględnego wzorca, jaki istniał 500 czy 1500 lat wcześniej, a interesuje nas czy tradycja, jaką kultywujemy dzisiaj w ramach zdrowego życia liturgicznego i chrześcijańskiego, czerpie ze źródeł wypracowanych przez pokolenia i sprawdzonych w praktyce. Cerkiew żyje i cechuje się nieustanną dynamiką. Pozostajemy wierni tradycji, do jej nurtu dodając to, co niosą aktualne czasy.
– Na ile Pańskie studia doktoranckie w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim stanowią uzupełnienie wiedzy nabytej w Grecji, czy otwierają nowe pala badawcze i twórcze?
– Na KUL-u spotkałem katolików i protestantów. Zacząłem dostrzegać, w jaki sposób postrzegają oni muzykę i jak postrzegają naszą hymnografię oraz prawosławie. To dla mnie ważne doświadczenie. Dzięki niemu lepiej rozumiem odbiór śpiewu liturgicznego przez nieprawosławnych, co z kolei rzutuje na moją pracę twórczą.
– Efektem tego były dwa wielkie dzieła, napisane przez Pana?
– Przemyślenia te rozpocząłem już wcześniej, rozpoczynając współpracę z polskimi środowiskami śpiewu liturgicznego. Napisałem w 2010 roku bizantyńską muzykę do Akatystu do Przenajświętszej Bogarodzicy, do polskich słów ks. Romana Maja, zaś w 2016 roku do kondakionu św. Romana Melodosa o jawnogrzesznicy, przetłumaczonego na język polski przez Macieja Kazińskiego, z zachowaniem greckiej metryki. Kondakion, piękną opowieść o przemianie człowieka, wystawiliśmy w październiku 2016 roku w Pokrowskiej cerkwi w Bielsku Podlaskim. Te dwa wielkie hymny, które pojawiły się w języku polskim i zostały oprawione w muzykę bizantyńską to w zasadzie początek procesu przyswajania bizantyńskiej poezji i grecko-bizantyńskiej muzyki polskiej kulturze.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)




Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token