Numer 3(273)    marzec 2008Numer 3(273)    marzec 2008
fot.
Medalik pana Mikołaja
Ałła Matreńczyk
Ten medalik Mikołaj Małaszkiewicz nosi do dziś. Czas nie zatarł konturów ani Poczajowskiej Matki Bożej na jednej stronie, ani Mikołaja Cudotwórcy na drugiej.
   – To dzięki niemu przeżyłem front i żywy z frontu wróciłem – nie ma wątpliwości.

   
   Gdy urodził się w 1923 roku, nikt z jego rodzinnych Gobiat nawet nie przypuszczał, że kolejna wojna nie pozostawi po ich wsi najmniejszego śladu. Nikt tego nie podejrzewał ani w 1939 roku, gdy do wsi weszli Sowieci, ani nawet w 1941, gdy zastąpili ich Niemcy. W małej wsi nad Świsłoczą stało sześćdziesiąt domów, mieszkańcy od pokoleń uprawiali ziemię. Niewiele tej ziemi mieli Małaszkiewiczowie, tylko trzy hektary i to w zagonkach. Ojciec od dawna już nie żył, najstarszy brat Iwan pracował w kuźni, Mikołaj, najmłodszy w rodzinie, za Sowietów poszedł do pracy na szosę.
   Gdy przyszli Niemcy, musiał do tej roboty powrócić. Nie on jeden, bo odkąd okupanci rozpoczęli przebudowę szosy Białystok – Wołkowysk, rozkazali stawić się do pracy wszystkim, którzy pracowali tam wcześniej.
   Nadszedł lipiec 1944 roku, upalny. Smoła na drodze zamieniała się w kleistą maź, chłopak ratując nawierzchnię cały czas sypał drobny żwir, ale nie na wiele się to zdało. Nadjechał niemiecki czołg. Raz po raz przystawał, bo smoła przyklejała się do gąsienic i trzeba było je oczyszczać. Żołnierze całą swoją wściekłość wyładowali na Mikołaju. Oficer wyciągnął z kabury pistolet i z całej siły uderzył nim dwudziestolatka.
   Byłby pewnie zastrzelił, gdyby nie starszy wiekiem kolega. Warknął coś na młodszego i odjechali.
   Mikołaj rzucił taczkę do rowu i pędem ruszył do wsi. Do tej pracy postanowił już więcej nie wracać. Właściwie i tak już nie musiał, nadciągał front i los rodzinnych Gobiatów był przesądzony.
   Właśnie tutaj Niemcy spodziewali się natarcia radzieckich wojsk. Może dlatego, że rzeka w tym miejscu była akurat płytka, że nieopodal były tory, a za wsią łatwiejszy do obrony, bo pagórkowaty, teren? Trzy rzędy min ułożyli wzdłuż brzegu Świsłoczy dodatkowy, czwarty, już w wodzie.
   Zabudowania im przeszkadzały, podobnie jak drzewa. Nim drzewa ścięli, a całe Gobiaty spalili, wydali rozkaz opuszczenia wsi.
   Rodzina Mikołaja zdecydowała się iść na zachód, do kuzynów w Zubrach. Trafili z deszczu pod rynnę. Bo wszystkich mieszkańców Zubrów esesmani popędzili na stację w Waliłach. Oddzielili kobiety i dzieci od mężczyzn, a mężczyzn zaczęli zapędzać do stojącej trzydzieści metrów dalej stodoły.
   Bratowa Mikołaja z dwuletnią córką i sześcioletnim synem uczepiła się męża, podniósł się lament i płacz. Wszyscy spodziewali się najgorszego. Nagle do esesmanów podjechał niemiecki żołnierz na motocyklu. Chwile porozmawiali i wszyscy w pośpiechu odjechali. Podobno na szosie Piaszczaniki–Królowy Most ich oddziały zaatakowali partyzanci i Niemcy postanowili się z nimi rozprawić.
   Przestraszeni ludzie zaczęli wracać gdzie kto mógł.
   Gdy rodzina Małaszkiewiczów wyruszyła na zachód, pozostali mieszkańcy Gobiatów na rozkaz Niemców zebrali się przy jedynej we wsi studni. – Wywieziemy was stąd – tłumaczyli niemieccy żołnierze.
   Ale jeden z nich, już starszy, zaproponował inne rozwiązanie. Wiera, żona pana Mikołaja, wtedy kilkunastoletnia dziewczynka, znała trochę niemiecki.
   – Mamy iść na wschód, przez rzekę do lasu – przetłumaczyła pozostałym.
   – Jak to przez rzekę – osłupieli mieszkańcy – Przecież zaminowana.
   – Ja pokażę drogę – na to Niemiec. – Tu kaput i tu kaput, tędy idźcie.
   Ruszyli gęsiego, z niewielkimi tłumokami, kto z chlebem, kto z jakimś ubraniem. Bezpiecznie przeszli na drugą stronę Świsłoczy.
   W lesie natrafili na niewielki wąwóz.
   – Tu zostaniemy – zadecydowali mężczyźni. Rano dzieci zaczęły płakać, że pić chcą. W poszukiwaniu wody ruszyli na zachód – trafili pod ostrzał Niemców, zawrócili więc na wschód.
   – Stoj! Kto idiot! – zatrzymał ich stanowczy rozkaz.
   – Uciekamy przed Niemcami.
   – Skorej, skorej, bo zdieś budiet bolszoj boj...
   Szybko przeszli na stronę zajętą już przez Armię Czerwoną, opowiedzieli o minach nad Świsłoczą. Radzieckie wojsko poszło inną drogą, na Jałówkę.
   Po trzech dniach mogli wrócić do swoich Gobiatów. Poznali je z wielkim trudem – były jednym wielkim pogorzeliskiem.
   – Na naszym podwórku został tylko kawałek płotu – wspomina pani Wiera. – Do jego boków tata przystawił dwa wykopane z ziemi kufry, z wierzchu nakrył gałęźmi. – Dzietki, heta budzia nasza chata – powiedział.
   Dach nad głową, ten z prawdziwego zdarzenia, znaleźli w leżącym za wsią folwarku, w którym przed pierwszą wojną mieszkał rosyjski notariusz, a po roku 1920 legionista, kapitan Antonowicz. Teraz służył wszystkim gobiatynowianom.
   – Wasza dierewnia sejczas budiet w Sowietskom Sojuzie – poinformowali niebawem radzieccy dowódcy, ale mało kto zwracał na to uwagę, bo wszyscy zmagali się z bardziej przyziemnymi problemami.
   Rodzina pani Wiery odzyskała jedną z trzech krów, zarekwirowanych jeszcze przez Niemców, na podwórko pana Mikołaja powróciła kwoka z kurczętami, w piwnicy szczęśliwie przetrwały trzy prosięta...
   Najstarszy brat Mikołaja, Iwan, jeszcze za Niemca zrobił furę. Żeby nie wpadła w ręce okupantów, którzy wcześniej wszystkie wozy we wsi za-brali, zatopił ją w Świsłoczy – oddzielnie przód, oddzielnie tył.
   – Choć, wyciągniemy ją z rzeki – zaproponował Mikołajowi, gdy po Niemcach nie było już śladu. Chłopak wszedł już do wody, aż tu zobaczył kolegów, którzy szli z radzieckim żołnierzem ryb w Świsłoczy nagłuszyć. Pobiegł za nimi, pierwszy raz nie słuchając starszego brata. Ledwie zdążyli odejść jakieś sto metrów, a tu jak nie huknie.
   Iwana zakrwawionego, z naderwaną pachą odrzuciło na kilkanaście metrów, części fury – dużo dalej. To pozostawione przez Niemców w rzece miny wciąż zbierały swoje żniwo.
   Długo pozostawali razem mieszkańcy Gobiatów w byłym folwarku za wsią. Bo choć władza radziecka pozwoliła każdej rodzinie wziąć trzydzieści metrów sześciennych drzewa na budowę nowego domu, we wsi nie było koni. Nie starczało też rąk do pracy. Jednych mężczyzn Sowieci kierowali do prac za Uralem, innych wcielali do wojska. Z małych, należących teraz do ZSRR Gobiatów na front w szeregach Armii Czerwonej poszło czterech.
   Już po dwóch tygodniach nadeszły dwie pochoronki. Po następnych dwóch przyszły kolejne wezwania. Wśród powołanych znalazł się także Mikołaj.
   Mama rozpaczała.
   – Batiuszka, Kolę biorą na front, może jakąś ikonkę macie – poprosiła o. Kasperskiego, który w szkole w Mostowlanach uczył religii.
   Ale po wojnie o wszystko było trudno. Batiuszka poszedł do cerkwi i przyniósł wyrwany z książki, może kalendarza, papierowy obrazek Mironosicy u Groba Gospodnia.
   W nocy poprzedzającej wyjazd, Mikołaj budził się bez przerwy (spali wciąż wszyscy razem, całą wsią). To papierosa zapalił, to posiedział trochę. Nagle spostrzegł, że nie ma mamy. Wyszedł na podwórko, żeby jej poszukać. Nie znalazł… Poszedł do wsi, na ich pogorzelisko – ani śladu. Wróciła po północy, cała mokra, wyraźnie przestraszona. W nocy wybrała się na cmentarz, przeszła wpław rzekę, bo przedwojenny most wciąż był nienaprawiony, a potem cztery kilometry przez pola. Zagarnęła z mogiły męża garść ziemi.
   I teraz do złożonej ikonki nasypała. Potem swój medalik z Matką Bożą i św. Mikołajem na szyi syna powiesiła, tuż obok jego krzyżyka. – Niech cię prowadzą.
   Mikołaj najpierw trafił do Izmajłowki, gdzie kiedyś były carskie koszary, na kurs dla kierowców. Mimo że trwała wojna, instruktorzy byli bardzo wymagający, nazwy części samochodu, ich przeznaczenie potrafi wymienić po rosyjsku i objaśnić do dziś. Samochody otrzymali doskonałe – amerykańskie studebackery, były też rosyjskie zisy. Wozili nimi paliwo do czołgów, które forsowały Odrę. Kursowali nocą. Już czwartego dnia namierzyli ich Niemcy, ostrzelali, a wozy z paliwem zapaliły się błyskawicznie. Gdyby nie piechota, nie zdołaliby się uratować.
   Mikołaj miał poparzoną lewą stopę. Władze wydały stosowne zaświadczenie. „Ranny w obronie ZSRR” – napisały. Teraz po latach miało okazać się to bardzo ważne. Gdy w Białymstoku, na Słonimskiej, po wielu latach ubiegał się o rentę, od starszego już lekarza usłyszał: „Bronił ich pan, to od nich powinien pan żądać”. Jakby niespełna dwudziestodwuletni chłopak mógł mieć wpływ na to, że jego malutka wieś została włączona do ZSRR, a władze wojskowe wstawiły taką, a nie inną adnotację.
   Z poparzoną stopą trafił najpierw do szpitala polowego pod Przemyślem, potem do specjalistycznego w Charkowie.
   Został wypisany 31 maja i choć wojna na froncie zachodnim dobiegła końca, o demobilizacji nie było mowy. Został wcielony do 28. samochodowego pułku i skierowany na front wschodni.
   Gdy po osiemnastu dobach dotarli do Mongolii, przywitał ich bezkresny step. Ledwo zdążyli się rozpakować, a tu zjawili się marszałkowie Wasilewski i Malinowski.
   – Nu skażitie rebiata, czewo my siuda prijechali? – zapytał jeden. Żołnierze tylko popatrzyli po sobie, nikt nie ośmielił się odezwać.
   – Wojewat’, u nas jeszcze jest’ Japoniec.
   Ten Japoniec wciąż był w Mandżurii. Mandżurię od Mongolii oddzielały potężne góry chinghańskie, łączyła wyciosana w skale droga. Przyprawiała o zawrót głowy. – Tylko nie patrzcie w przepaść – ostrzegali dowódcy.
   Jako pierwsi ruszyli Gruzini i Ormianie, którzy znali góry nie tylko z obrazków, reszta za nimi. Drogę tę przemierzali wielokrotnie – najpierw dostarczali to co jest potrzebne wojsku, później z Mandżurii do Ułan Bator wieźli zboże gallan, którego źdźbła przypominały trzcinę, a same ziarna – grykę, podobną do prosa czumizmę, papierosy, mydło, także jeńców. Japończycy w niewoli byli bardzo grzeczni.
   Stoją, widać że chcą zapalić, dasz im papierosa, a oni zaraz do plecaka sięgają i w zamian ołówek albo kartkę papieru dają, tacy honorowi.
   „Boże, żeby chociaż tu nie umrzeć, żeby na śmierć wrócić do domu” – nieraz modlił się Mikołaj, nie rozstając się ze swoją ikonką i medalikiem.
   Klimat przerażał surowością. Trudno było przyzwyczaić się do braku wody. Jedziesz i widzisz, że na horyzoncie coś się błyszczy. Woda – już się cieszysz. Podjeżdżasz, a to sól, która została po wyparowaniu jeziora. Pustynia też kryła swoje tajemnice – ot chociażby stojący wzdłuż drogi rząd słupków – podjeżdżasz, słupków nie ma – to pustynne susły na dźwięk motorów pochowały się do swoich nor.
   Zimą było jeszcze gorzej – temperatura sięgała minus 51 stopni. Najgorsze były zamiecie piaskowo-śnieżne, purgi. Ze swoich ziemianek do kuchni, też zresztą w ziemiance, trzeba było iść po sznurku, inaczej nikt by nie trafił.
   Pełno było wilków i szakali. Mikołaj nieraz wychodził z ziemianki, żeby posłuchać ich wycia.
   – Nu, Polaczok, wszystko z tobą w porządku? – nie mógł zrozumieć tego zainteresowania kapitan Golikow i znacząco pukał się w czoło.
   Mandżuria najpiękniej wyglądała wiosną, cała w kwitnącej wiśni. Każda wieś otoczona była murem, wielu mieszkańców mówiło po rosyjsku.
   Jesienią 1946 roku widzieli ich po raz ostatni – oddziały wojskowe przejechały do ZSRR, na Zabajkale, do miasta Czita. Na rozkaz o demobilizacji trzeba było czekać jeszcze pół roku. W koszarach wybuchła wielka radość. – Wy nie choczetie pojechat’ na kurylskije ostrowa? – proponowali jeszcze dowódcy, ale wszyscy już pakowali się do domu. Żołnierze śpiewali, tańczyli, brali propusk na drogę.
   – To ty pisałeś do Rady Najwyższej o przeniesienie do polskiej armii? – zapytał Mikołaja podpułkownik Goraczow. Chłopak przytaknął, bo rzeczywiście taki list za radą kolegi, studenta z Łotwy, napisał. – W takim razie gołubczyk, musisz u nas poczekać na odpowiedź.
   Mikołajowi wydawało się, że mu serce pęknie. – Ale ja mam siostrę w Grodnie – trochę zmyślił, bo miał tam daleką ciotkę Aniutę. I podał adres.
   – Do Grodna możesz jechać – otrzymał zgodę po kilkunastu minutach.
   Pojechał prosto do Wołkowyska. I jak nakazywał regulamin, zameldował się u wojskowego komendanta.
   – Dierewnia Gobiaty uże w Polsze – rozwiał jego plany komendant. – Musisz jechać do Mińska wyrobić nowe dokumenty.
   Mikołaj myślał, że tego nie przeżyje. O planach zmiany granicy i powrocie ich małej wsi do Polski rodzina coś tam pisała, ale nie sądził że sprawy poszły tak szybko.
   Wyszedł, zapalił papierosa, jednego, drugiego (z Japonii przywiózł ich całą walizkę). Zobaczył hydrant, wyjął japońskie mydło, też trofiejnoje, zaczął się myć.
   Tym mydłem zainteresowali się trzej pogranicznicy.
   – Dokąd jedziesz sołdat? – zapytali, gdy pozwolił im z niego skorzystać. A on dalej opowiadać im o swojej biedzie.
   – Przecież Gobiaty są jeszcze w ZSRR – oni na to. – Dopiero mają przejść do Polski. To nasz obchod. Pojedź z nami parowozem, to ciebie na samym moście przy twojej wsi wysadzimy.
   Mikołaj wysiadł na stacji, chciał od razu odwiedzić kolegę.
   – Kola, heta ty? Ty uże da chaty? – po drodze napotkał swoją sąsiadkę, przyszłą teściową. Kobieta od razu pobiegła z tą wiadomością do wsi, to siedem kilometrów.
   Gdy po wizycie u kolegi chłopak wyszedł na szosę, zobaczył furę jadącą naprzeciw. To córki siostry wyjechały mu na spotkanie.
   Wieś z trudem, ale już podnosiła się z pogorzeliska. Z frontu nie wrócili i mieli już nigdy nie wrócić Bazyli i Michał Wysoccy, Piotr Wojcieszyk, Teodor Wysocki, Mikołaj Szakodyn.
   Starszy brat Mikołaja wybudował mały domek, jeszcze nie był wykończony.
   Położyli się spać na pryczach. Rano Mikołaj usłyszał z podwórza żałosny głos mamy – staruszki.
   – Mój syn wczoraj wrócił z wojska, nie mam go czym nakarmić, a wy jeszcze chcecie, żebym wam coś dała.
   Mikołaj, wciąż w żołnierskim mundurze, wyszedł na zewnątrz.
   – Widzisz, twoja mama nie oddała 130 kg zboża – tłumaczył urzędnik ze Swisłoczy.
   Kobiecina w płacz: – Ani konia, ani nic, tylko jedna motyczka i to nadpalona, skąd ja wam tego zboża nabiorę.
   – Ty dorogoj, pomogi mamie – poradził mu bezduszny gość.
   Życie powoli wracało do normy. Dwudziestego piątego maja 1948 roku nastąpiła regulacja granicy. Gobiaty znalazły się w Polsce.
   Nie mieszkał długo w swej rodzinnej wsi Mikołaj. Wraz z żoną Wierą wybrał Białystok i pracę w POM-ie Białostoczek. Za swój udział w wojnie otrzymał wiele, wiele medali, także rosyjskich. Ale to nie medale, nawet ten od samego Putina, traktuje jak swój największy skarb.
   Tym skarbem jest medalik, który stale nosi szyi, z pietyzmem przechowuje też papierową ikonkę Mironosicy u Groba Gospodnia.
   – A wie pani, ze ja akurat na Paschę do domu wróciłem? Dokładnie na trzeci dzień.
   
   Ałła Matreńczyk
   fot. archiwum rodzinne i autorka
   

Opinie

[1] 2010-11-18 10:48:00 ireneusz
mam naimie irek . moim opiekunem jest św. mikołaj om mnie chroni opiekuje sie mno medalik św mikołaja dostałem od św pomienci metropolity bazylego pozdrawiam
[2] 2018-07-31 22:28:00 Mikołaj
jestem wnukiem Mikołaja Szakodyn. Proszę o kontakt

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token