Numer 4(298)    kwiecień 2010Numer 4(298)    kwiecień 2010
fot.
Pascha na Sołowkach
Borys Szyrajew

Takie wydarzenie może wydać się nieprawdopodobne, ale w 1925 roku, jedyny raz w historii sołowieckich łagrów, władze pozwoliły na odprawienie paschalnej zautrenii, którą odsłużyło siedemnastu biskupów, wśród nich swiaszczennomuczennik Ilarion (Troicki).

Pascha w tym roku była późna, w maju, kiedy niegorące, północne słońce już długo widniało na szarym, bladym niebie. Nadeszła wiosna i ja, pozostając wówczas z racji swych katorżniczych obowiązków do dyspozycji wojskowego komendanta specjalnego sołowieckiego pułku Suchowa, pewnego dnia, kiedy cicho i słodko pachnąc rozwijały się pączki na ubogich w sok sołowieckich brzozach, szedłem z nim obok tego ukrzyżowania, w które on (kiedyś) dwukrotnie wystrzelił.
Krople wiosennych deszczy i topiącego się śniegu gromadziły się w ranach – zagłębieniach po nabojach i ściekały z nich cieńkimi strużkami. Pierś Ukrzyżowanego dosłownie krwawiła.
Nagle, zupełnie dla mnie nieoczekiwanie, Suchow zerwał budionowkę, zatrzymał się i pospiesznie z rozmachem się przeżegnał.
– Tylko uważaj, nikomu, ani słowa... A to zgniję w karcerze! Wiesz, jaki dzisiaj mamy dzień? Sobota... Strastna...
W nadciągającym białawym sołowieckim zmierzchu smutno bledniało oblicze ukrzyżowanego Chrystusa, ruskiego, siermiężnego, który jako sługa przemierzył ziemię swoją i tutaj, na jej północnych kresach, został rozstrzelany przez kłaniającego się teraz przed Nim zabójcę.
Wydało mi się, że światło nieziemskiego uśmiechu prześliznęło się po bladym obliczu Chrystusa.
Spas Gospod’! – powtórzyłem słowa władyki Ilariona, wypowiedziane na brzegu – Spas wtedy i teraz.

* * *

Jak mogłem nie wspomnieć o niej, tej jedynej, odprawionej na Sołowkach zautrenii w starej cmentarnej cerkwi. Pamiętam i to, o czym nie wie mój przypadkowy rozmówca.
Pracowałem wtedy już nie na tratwie, a w teatrze, wydawnictwie i muzeum. W związku z tą ostatnią pracą trafiłem w samo jądro przygotowań.
Władyka Iłarion wystarał się u Eichmansa o pozwolenie na wzięcie udziału w nabożeństwie dla wszystkich więźniów, a nie tylko dla duchownych.
Wyprosił u naczelnika obozu stare chorągwie, krzyże i czasze z muzeum, ale o szatach liturgicznych zapomniał. Iść i prosić po raz drugi już nie było można. Ale nie załamaliśmy rąk. Do muzeum szybko został wezwany słynny włamywacz, nasz przyjaciel Wołodia Biedrut.
Niezmordowany w swych ustnych felietonach Głubokowski odciągał nimi uwagę dyrektora muzeum, Waśki Iwanowa, a w tym czasie Biedrut operował wytrychem, wydobywając ze skrzyń i witryn stare drogocenne szaty liturgiczne, wśród nich jepitrachil metropolity Filareta (Kołyczewa). Rano wszystko w ten sam sposób wróciło na miejsce.
Była to niepowtarzalna zautrenia. Dziesiątki biskupów szło na czele krestnego chodu.
Niespotykanymi kolorami świętej nocy płonęły stare lampy, a w ich świetle błyszczały chorągwie z obliczem Zbawiciela i Przeczystej Jego Matki.
Błagowiesta nie było, ostatni dzwon, który ocalał ze spustoszenia monasteru w 1921 roku, został zdjęty w 1923.
Ale na długo przed północą wzdłuż składającej się z nadzwyczajnych kamiennych głazów kremlowskiej ściany, obok surowych, ośnieżonych wież, kierowały się w stronę starej kaplicy niekończące się sznury szarych cieni.
Tylko nielicznym udało się wejść do środka. Cerkiew nie mogła pomieścić nawet duchownych. Przecież przebywało ich wtedy w zamknięciu ponad pięciuset.
Cały cmentarz był wypełniony ludźmi, część modlących się stała już w sosnach, niemal na granicy coraz bardziej podchodzącego do monasteru boru.
Cisza. Umęczone dusze pragną błogosławionego spokoju modlitwy. Uszy w napięciu wyłapują dochodzące z otwartych drzwi cerkwi dźwięki świętych pieśni, a na ciemnym niebie, mieniąc się wszystkimi kolorami tęczy, wędrują słupy zorzy polarnej. Oto połączyły się one w jedną zwartą zasłonę, zaświeciły ognistym lazurem i odpłynęły w stronę zenitu, opadając stamtąd jak dziwne szaty.
Niczym groźne życzenie obleczonego w nieziemską siłę hierarchy zabrzmiało zaklęcie – wozgłas władyki Iłariona:
Da woskresniet Bog i da rastoczatsa wrazi Jego!
Z gałęzi pobliskich sosen opadł śnieg, a na czubku dzwonnicy rozbłysnął jasnym światłem ustanowiony tam przez nas symbol cierpienia i zmartwychwstania – święty Życiodajny Krzyż.
Z otwartych na oścież wrót starej cerkwi, błyszcząc wielokolorowymi ogniami, wyszedł niezwykły krestnyj chod.
Siedemnastu biskupów w obłaczenijach, otoczonych latarniami i pochodniami, ponad dwustu duchownych i tyluż mnichów, a dalej niekończące się fale tych, których serca i myśli kierowały się ku Chrystusowi Zbawicielowi w tę dziwną, niezapomnianą noc.
Uroczyście wypłynęły z drzwi cerkwi błyszczące chorągwie, wykonane jeszcze przez mistrzów Wielkiego Nowogrodu, zapłonęły pyszną wielobarwnością latarnie – świeczniki, dar doży z Wenecji dla dalekiego monasteru, gospodarza północnych mórz, zakwitły uwolnione szaty, wyszyte cienkimi palcami moskiewskich wielkich kniagiń.
Christos Woskresie!
Niewielu usłyszało wygłoszone w cerkwi słowa Dobrej Nowiny, ale wszyscy poczuli je w sercach i donośną falą rozniosło się po śnieżnej ciszy:
Woistinu Woskresie!
Woistinu Woskresie! – rozległo się pod uroczystą ognistą kopułą uwieńczonego zorzą polarną nieba.
Woistinu Woskresie! – powtórzyło echo w śnieżnej ciszy wiekowego boru, głos przeniósł się hen, hen za niezachwiane kremlowskie ściany do tych, którzy nie mogli wyjść poza nie w tę świętą noc, do tych, którzy złożeni cierpieniem i chorobą leżą na szpitalnym łóżku, którzy męczą się w smrodliwym podziemiu szczeliny Awwakuma – historycznym sołowieckim karcerze.
Żegnali się znakiem krzyża skazani na śmierć w głuchej ciemności izolatki. Opuchłe, zbielałe wargi chorych na szkorbut, krwawiących, wyszeptywały słowa obiecanego wiecznego życia...
Ze zwycięskim, triumfującym śpiewem o podeptanej, zwyciężonej śmierci szli ci, którym groziła ona co godzinę, co minutę...
Śpiewali wszyscy... Triumfujący głos suszczych wo grobie wychwalał i utwierdzał swoje przyszłe, nieuniknione, niepokonane przez siły zła Zmartwychwstanie...
I rozpadły się ściany więzienia, zbudowanego zakrwawionymi rękoma.
Krew, przelana w imię miłości, daruje życie wieczne i radosne. Niech ciało męczy się w niewoli – duch jest wolny i wieczny.
Nie ma na świecie siły, która mogłaby go zgasić. Bezsilni jesteście wy, którzy trzymacie nas w okowach.
Ducha nie zakujecie i zmartwychwstanie on w życiu wiecznym dobra i światła.
Christos woskresie iz miertwych, smiertiju śmiert’ popraw... – śpiewali wszyscy. I stary, ledwie powłóczący nogami generał, i gigant Białorusin, i ci którzy zapomnieli słów modlitwy, i ci którzy być może je znieważali....Wielką siłą wiecznej, niegasnącej Prawdy dźwięczały one w tę noc..
I suszczym wo grobie żywot darowaw!
– Radość nadziei wlewała się w ich wyczerpane serca. Nie wieczne, lecz tymczasowe są cierpienia i niewola. Niekończące jest życie Ducha Chrystusa.
Umrzemy, ale odrodzimy się! Podniesie się z popiołów także wielki monaster – ostoja ziemi ruskiej. Zmartwychwstanie Ruś, ukrzyżowana za grzechy świata, poniżona i zbezczeszczona. Poprzez cierpienie oczyści się, niezmierzalna w swoim upadku, oczyści się i zajaśnieje światłem Bożej Prawdy. I nie na darmo, nie przypadkiem zdążali tutaj prześladowani, pokrzywdzeni, wykluczeni z życia ze wszystkich krańców wielkiego państwa.
Czyż nie tutaj, do świętej arki rosyjskiej duszy, przez całe wieki rosyjski naród niósł swój smutek i nadzieję?
Czyż nie rękoma przychodzących tutaj za sprawą złożonej obietnicy, by w tym północnym monasterze odpracować swój grzech, na prosławlenije św.św. Zosimy i Sawwatiija zbudowane są te wielowiekowe ściany?
Czyż nie tutaj, w poszukiwaniu spokoju i pokoju, szli, poznawszy marność świata, zbuntowani nowogrodcy uszkujniki (wolni ludzie, członkowie zbrojnych drużyn, wysyłanych przez nowogrodzkich kupców i bojarów dla grabieży i handlu na Wołdze i Kamie w XIV-XV wiekach).
Priiditie ko Mnie wsi trużdajuszczyisia i obriemienienii, i Az upokoju wy...
Przyszli i zlali się w jednym dążeniu w tę świętą noc, zlali się w braterskim pocałunku.
Runęły ściany, dzielące w przeszłości petersburskiego dygnitarza i kałuskiego chłopa, kniazia Rurykowicza i Iwana Bezrodnego. W zgaszonym popiele ludzkiej marności, kłamstwa i ślepoty wybuchły iskry wiecznego.
Christos Woskresie!
Ta zautrenia była jedyną odprawioną podczas sołowieckiej katorgi. Później mówiono, że wydając zgodę na nią OGPU chciały zademonstrować Zachodowi swój humanizm i tolerancję. Nigdy jej nie zapomnę.

Borys Szyriajew
Sołowki 1925
tłum. Ałła Matreńczyk

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token