Numer 4(298)    kwiecień 2010Numer 4(298)    kwiecień 2010
fot.
Wierzę w jeden święty, powszechny i apostolski Kościół
Maciej Bieniasz
Jestem malarzem i nauczycielem malarstwa. Pod koniec lat siedemdziesiątych, realizując przewód habilitacyjny krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, za temat obrałem przemiany przedstawień tzw. duchów czystych w kulturze chrześcijańskiej Europy. Równolegle do wątku aniołów w malarstwie Jacka Malczewskiego chciałem omówić również postać szatana w powieści Michaiła Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”. Aby pisać o kreacjach twórców – malarza i pisarza – musiałem oprzeć się na biblijnym i teologicznym fundamencie oraz tradycji zachodniego i wschodniego chrześcijaństwa. Dlatego przyszedłem do cerkwi przy ulicy Szpitalnej. Tam poznałem o. Eugeniusza Lachockiego.
Wszedłem prosto z ulicy. Moja prośba – szczególnie w tamtych czasach – mogła budzić wątpliwości. Chciałem nie tylko prosić o potrzebny komentarz, lecz i nagrywać liturgię.
– A na co to panu? – zapytał.
– Liturgia jest zbyt piękna i ważna, bym mógł być tylko niezaangażowanym słuchaczem – odpowiedziałem. – Później w domu mogę odtworzyć nagranie, zajrzeć do słowników i komentarzy.
O. Eugeniusz wyraził zgodę na na-granie. Tak zaczęła się nasza znajomość. Odważę się powiedzieć więcej, nieoczekiwana przyjaźń.
Mieszkałem wówczas z żoną i dziećmi w Katowicach. Ale ilekroć odwiedzałem w rodzinnym Krakowie moją mamę, wstępowałem także na herbatkę do o. Eugeniusza i matuszki Julii. Przyjeżdżałem też z nieodłącznym magnetofonem na niedzielną św. Liturgię. Uspienska cerkiew zaakceptowała obcego przybysza, który wyraźnie nie znał obyczaju, ale próbował nadążyć za modlitwą obecnych. Nawet moje wyraźne gafy spotykały się z życzliwością i wyrozumiałością. A ja uświadomiłem sobie, że poprzez chrzest jestem i tu we własnym domu.
Oficjalne stosunki między siostrzanymi Kościołami – katolickim i prawosławnym – wciąż ewoluują. Strzałka „praktyki jedności” delikatnie chwieje się na obie strony. Trafiłem wówczas na szczęśliwy okres – obydwa Kościoły uznały, że wierni, którzy nie mogą uczestniczyć w Liturgii w „swoim” kościele, mogą to uczynić w tym drugim. Zgodnie z szeroką zasadą, przyjmującą, że to co nie jest zabronione, jest dozwolone, przyjąłem, że uczestnicząc w Liturgii cerkiewnej nie mogę później w tym samym dniu „spełnić obowiązku niedzielnego” w kościele katolickim. Praktycznie oznaczałoby to nieważność – lub przynajmniej niepełność tej pierwszej. A ponieważ w „swoim” kościele przystąpiłbym do Komunii Świętej, zapytałem o. Eugeniusza, czy mogę uczynić to w cerkwi. Decyzję pozostawił memu sumieniu. Uchylone wówczas przez oba Kościoły drzwi do tak szerokiej interpretacji wewnątrzkościelnej dyscypliny – słuchania Boga i ludzi – zostały później zamknięte, ale czas ten wspominam z wdzięcznością.
A czas był bogaty. Poznając wschodnią twarz chrześcijaństwa (na jakimś niewidzialnym planie, mimo podziałów, nadal jednego świętego, powszechnego i apostolskiego Kościoła) coraz lepiej rozumiałem też własną tradycję – i tę jeszcze wspólną, i tę już osobną. Delikatny jak zawsze o. Eugeniusz zapytał kiedyś z widocznym namysłem: – Czy pan Matzjej (charakterystycznie nie zmiękczał „c” i „s”) nie zamierza stać się prawosławnym? Zaprzeczenie wyraźnie go ucieszyło. – Takich otwartych ludzi potrzeba po obu stronach. To dobrze, to dobrze... Jakiekolwiek dodatkowe wyjaśnienia były zbyteczne.
Ale też, gdy w wiozącym o. Eugeniusza na Świętą Górę Grabarkę samochodzie znalazło się wolne miejsce, z radością przyjąłem zaproszenie i pojechałem na Świętą Górę. Nocami przy modlitewnych śpiewach, wśród nowych ludzi znów powtarzał się znany schemat – najpierw nieufność i niechęć wobec obcego, potem rozmowa, a następnego dnia serdeczne machanie ręką czy uścisk dłoni. Otrzymałem szczególny dar od losu – w starym, drewnianym domku na Grabarce, na herbacie przy wspólnym stole z metropolitą, bliską sąsiadką okazała się jedyna żyjąca jeszcze kuzynka Michaiła Bułhakowa.
Moja praca habilitacyjna zmierzała do końca. Ale okazała się ona zaledwie pretekstem do kontaktu z rzeczywistością o wiele pełniejszą. Szukając kulturowych śladów anielskich, niejeden raz spotykałem ludzi, którzy i dla mnie stali się „posłańcami”.
Dziękuję Ci, Ojcze Eugeniuszu.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token