Numer 2(212)    luty 2003Numer 2(212)    luty 2003
fot.M. Dolecki
Paryski szlif
Michał Bołtryk
Ojciec Teodot Malutczyk przeżył prawie cały wiek XX. Odwiedziłem go w Kaliszu latem 1998 roku.
   Miał wtedy 91 lat i był proboszczem parafii św. św. apostołów Piotra i Pawła. Tam, w domu parafialnym przy ulicy Niecałej 1, opowiedział mi fragmenty ze swego długiego życia.

   O. Teodot Malutczyk przed kaliską cerkwią- Najszczęśliwszy okres mojego życia - wspominał - to lata 1931 - 1935, lata studiów w Instytucie Teologii Prawosławnej w Paryżu.
   O. Teodot należał do nielicznych naszych duchownych, którzy tam się uczyli.
   - Urodziłem się w Równem - kontynuuje. - Moi rodzice uprawiali ziemię. Zacząłem naukę za cara. Uczono wszystkiego po rosyjsku. A potem była Polska i zaczęto tworzyć u nas gimnazja polskie, niemieckie, rosyjskie i ukraińskie. Ja poszedłem do rosyjskiego. Oczywiście to było gimnazjum prywatne. Ale żeby w przyszłości pójść na studia, należało zrobić państwową maturę po polsku. Uczniowie zamożni mogli sobie pozwolić na korepetycje i przygotowania do takiej matury. Ja byłem biedny. W naszej rodzinie oprócz mnie były jeszcze trzy siostry.
   Tam, na Ukrainie w czasach II Rzeczypospolitej, władze miały jeden cel: spolszczyć te tereny. Z Cerkwią robiono co chciano - świątynie zamykano, burzono...
   Do lat 30. nie byłem związany z Cerkwią. Właściwie rozglądałem się, jakby tu zarobić jakiś grosz i pomóc rodzicom.
   Przydała mi się moja nauka i dyplom geodety zdobyty w Gimnazjum Matematyczno - Przyrodniczym w Równem. Zaczęła się u nas reforma rolna i wzrosło zapotrzebowanie na geodetów. Zatrudniłem się w prywatnym biurze mierniczym. Przez trzy lata (1927 - 1929) zarabiałem po dwieście - trzysta złotych miesięcznie. A zwykły urzędnik zarabiał wtedy 120 - 150 zł, koń kosztował 70 złotych. Tak więc moja praca zapewniała godziwe życie moim siostrom i rodzicom. I wtedy postanowiłem jechać na studia do Paryża.
   Mówię o tym do mierniczego. On na to: - Do Paryża? Sam? Zwariowałeś!
   Znałem kilka języków - rosyjski, polski, ukraiński, nieźle niemiecki, ale francuski najgorzej. Do wyjazdu potrzebny był paszport. Byłem obywatelem polskim, ale narodowości rosyjskiej. Paszporty wydawało u nas starostwo, ale bardzo niechętnie.
   Zwróciłem się do nich. - Po co pan chce jechać do Paryża? - Na studia w Instytucie Teologii Prawosławnej. - Taka uczelnia jest w Warszawie - oni na to. Rzeczywiście, w Warszawie było Studium Teologii Prawosławnej na Uniwersytecie. - W Warszawie ja muszę mieć na studia pieniądze, a mój ojciec jest biedny - odparłem.
   Co dalej się działo, zanim wydano mi paszport, nie chcę mówić. To moja tajemnica. W każdym bądź razie trafiłem do Paryża, bo była taka okazja. I wykorzystałem ją.
   Z Równego do Warszawy dojechałem pociągiem osobowym. W Warszawie kupiłem bilet na wagon sypialny i po półtorej doby znalazłem się w Paryżu. Na dworcu nikt na mnie nie czekał. Ale w instytucie wiedziano, że przyjadę.
   Do jakiego świata trafiłem? Proszę sobie wyobrazić - to świat arystokracji rosyjskiej pod każdym względem - intelektualnym, duchowym i z powodu urodzenia. Całe morze ludzi z paszportami Nansenowskimi (dla bezpaństwowców), cierpiących biedę. W Paryżu dla Rosjan dostępne były zawody kierowcy taksówki i nocnego dozorcy. Dwadzieścia tysięcy szoferów jeżdżących po Paryżu to Rosjanie. I oto syn biednego chłopa z Równego trafia do Instytutu Teologii Prawosławnej im. św. Sergiusza Radoneskiego. A tam na studiach książęta, ludzie z wyższym wykształceniem, wszyscy starsi ode mnie. Instytut był dla wybrańców. Emigracja liczyła na to, że wróci do Rosji. Cały czas żyła nadzieją - jutro jedziemy do Rosji.
   Podczas mojego pobytu na czterech rocznikach uczyło się czterdzieści osób. Na pierwszym roku - siedem.
   Kim byli nasi profesorowie? To elity elit, ludzie znający po siedem języków. Rektorem był metropolita Eulogiusz, egzarcha patriarchy konstantynopolitańskiego. Inspektorem szkoły - prof. Kartaszow, w Rosji w rządzie Kiereńskiego minister oświaty, wybitny historyk, Wasilij Zienkowski - profesor filozofii, profesorowie Bułgakow i Fłorowski, światowej sławy teologowie.
   Przed wykładem prof. Fłorowskiego zawsze wychodziliśmy przed instytut, pilnowaliśmy, żeby go ktoś po drodze nie "złapał' i nie zagadał. Gdy do tego doszło, przepadał cały wykład.
   Czego nas uczono? Było chyba ze 25 przedmiotów w ciągu czterech lat: historia Cerkwi, religii niechrześcijańskich, Kościoła rzymskokatolickiego. Wykłady prowadzono po rosyjsku. Ale uczono angielskiego, francuskiego, greki, hebrajskiego.
   Cerkiew w KaliszuNa zabawy nie mieliśmy czasu. O siódmej rano pobudka, krótkie nabożeństwo, o ósmej śniadanie. Potem do trzynastej wykłady, obiad, i znowu dwie godziny wykładów. Żyliśmy jak w wielkiej rodzinie. Lubiliśmy profesorów, oni nas. Była moc odczytów polityków rosyjskiej i ukraińskiej emigracji. Zapraszano nas na te odczyty, bo stanowiliśmy część emigracyjnej elity.
   Od października do maja trwała nauka. Potem miesiąc przerwy na przygotowania do egzaminów. Na egzaminy przyjeżdżał, choć nie zawsze, rektor. To był wielkiej dobroci człowiek.
   Gdy nie było metropolity, to student przychodził, siadał i rozmawiał z profesorami na zadany temat. Po godzinnej rozmowie wiadomo było, czy opanował materiał, czy nie. W przypadku, gdy w komisji egzaminacyjnej uczestniczył metropolita, student musiał stać.
   Mawialiśmy: "U metropolity nie "siediat" i nie "sadiatsia"" - co znaczy: nie siedzą podczas egzaminu, ale i nie oblewają egzaminu.
   Najbardziej srogim profesorem był Gieorgij Fłorowski. U niego trzeba było umieć wszystko doskonale. I metropolita Eulogiusz zawsze prosił, wręcz błagał, profesora: "Ojcze Gieorgiju, on nie będzie profesorem, postawcie mu trójeczkę". O. Gierogij odpowiadał: "Postawię, ale na drugim roku mu tego nie daruję".
   Kończył się czerwiec. Zamykano stołówkę przy instytucie i rozjeżdżaliśmy się na wakacje. Każdy jechał gdzie chciał.
   Ja przez trzy sezony pracowałem na południu Francji, przy zbieraniu winogron. A raz byłem u farmera - hodowcy kur. To był okres, gdy Francja przeżywała gwałtowny rozwój przemysłu. Francuska wieś wyludniła się. A gospodarstwa były spore - pięćdziesiąt, sto hektarów. Więc chętnie zatrudniano do prac sezonowych studentów. Za miesiąc płacono 500 franków. Garnitur kosztował trzysta, buty osiemnaście.
   Oprócz tych pięciuset franków dostawaliśmy od gospodarzy wyżywienie. To w naszym budżecie bardzo się liczyło.
   My, studenci instytutu, i tak mieliśmy dobrze. Wszak nie płaciliśmy za studia, mieszkanie i wyżywienie.
   Spotykałem w Paryżu kolegów z Równego. Jeden z nich studiował na politechnice - nocami pracował, w dzień studiował. Znałem artystę malarza. Ten chodził w nocy (od drugiej do czwartej) do garaży myć samochody. A my w naszym instytucie mieliśmy luksus studiowania bez zbytnich zmartwień.
   Kto utrzymywał nasz instytut? Rosyjska emigracja. Dużej pomocy udzielali Anglicy.
   Skończyłem instytut mając 35 lat. Wróciłem do Równego. Pojechałem do Krzemieńca, do metropolity Aleksija. Pokazałem mu dyplom ukończenia instytutu.
   - Gołubczyk, kakim czudom ty popał w Paryż? - wykrzyknął metropolita. I wszystko wtedy opowiedziałem. Ale tego panu nie powiem.
   Powiedziałem metropolicie, że się chcę ożenić i później przyjąć święcenia duchowne.
   Metropolita popatrzył na dyplom i skomentował: - Widzę, że w Paryżu nie traciłeś czasu.
   Fakt, ciężko pracowałem przez te cztery lata.
   Ale gdy dziś wspominam tamten okres, myślę sobie - w moim życiu nie było lepszego.
   W Równem ożeniłem się z matuszką Niną. Przyjąłem święcenia. Już 62 rok jestem duchownym. Pierwszą moją parafią był Włodzimierz Wołyński (1936 rok) i cerkiew św. Mikołaja. Źle się tam działo w owych czasach.
   Trzy lata byłem we Włodzimierzu, potem pod Kowlem. Całą wojnę przeżyłem na Wołyniu. To oddzielna i straszna historia. Nie chcę o tym teraz nawet myśleć i mówić.
   W Kaliszu jestem od 1947 r. Jeszcze zastałem Rosjan, którzy wyjeżdżali do ZSRR. Wcześniej część Rosjan wyjechała z Kalisza do Niemiec, razem z odstępującymi Niemcami.
   Została nas w Kaliszu garstka prawosławnych.
   W 1947 roku pojechałem do Warszawy, do metropolity Dionizego.
   - Jedź do Kalisza - polecił mi metropolita - i pilnuj cerkwi. Ona sporo nas kosztowała.
   Pojechałem i pilnuję do dziś.
   Młodzieży prawosławnej u nas prawie nie ma. Ci co są, żenią się z katoliczkami, wychodzą za mąż za katolików.
   U nas w Kaliszu widać jak na dłoni odwieczny proces dziejów historii: większość zjada mniejszość. Tak znikały całe narody. Mniejszość ulega większości i ginie.
   Cóż teraz robię? Często rozmyślam, jak to z woli Bożej życie człowieka rozwija się w tę czy tamtą stronę. Przykładem moje studia w Paryżu i następstwa tego.
   W życiu jest ważne spotkać dobrych ludzi, którzy ci pomogą. W najważniejszych momentach mojego życia znajdowali się dobrzy ludzie.
   
   * * *
   Ojciec Teodot Malutczyk umarł kilka lat temu.
   - Nie chcę, żeby o mnie pisano za życia - zaznaczył, gdy skończyliśmy rozmowę. - A wspomnienia zamierzam napisać sam.
   Czy je napisał?
   fot. autor
   

Opinie

[1] 2018-09-22 10:00:00 iwona
To mój dziadek - dziękuje za artykuł, dziadek nigdy nam nie opowiadał aż tylu szczegółów ze swojego zycia

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token