Numer 9(339)    wrzesień 2013Numer 9(339)    wrzesień 2013
fot.Anna Radziukiewicz
Potoka pamięta
Ałła Matreńczyk

11 sierpnia na niewielkim wzniesieniu w Potoce poświęcono krzyż. Ani miejsce, ani data nie były przypadkowe. Na wzgórzu tym stały potockie cerkwie, tę ostatnią, murowaną, poświęcono sto lat temu. Teraz przypomina o tym krzyż. I tym, którzy nadal mieszkają w Potoce, i tym, którzy już dawno z niej wyjechali. Jedni i drudzy przybyli na uroczystość. Wypełnili cerkiew w Topolanach, do której należy obecnie wieś, po brzegi. Po Liturgii, którą odprawił dziekan, o. Jan Jaroszuk z Michałowa we współsłużeniu z miejscowym proboszczem, o. Aleksandrem Aleksiejukiem, wszyscy udali się do Potoki. Tam, jak ich przodkowie przed stu laty, zebrali się na najważniejszym we wsi wzgórzu, na którym zachowały się jeszcze kamienie z ich cerkwi.

Teraz na tym miejscu, wśród ponadwiekowych lip, stanął krzyż. Półtorametrowy, na solidnym ponadmetrowym kamiennym postumencie. Z okazjonalną tablicą. Przed krzyżem wmurowano starą potocką chrzcielnicę z kamienia.
– Stawiając ten pomnik zachowujemy pamięć o tej cerkwi na długie lata – powiedział po molebniu i poświęceniu krzyża o. Jan Jaroszuk.
– Zebraliśmy się w miejscu szczególnym, gdzie wysławiano imię Boże, na miejscu, gdzie składano bezkrwawą ofiarę, sprawowano św. Eucharystię – zwrócił się do zebranych o. Aleksander Aleksiejuk.
Batiuszka przypomniał, że murowaną cerkiew św. Jerzego wyświęcono w 1913 roku, prawdopodobnie w dniu patrona. Poświęcenie pamiątkowego krzyża planowano też na Jurija, ale że w tym roku to święto zbiegło się z drugim dniem Paschy, obchody przełożono.
– Miejsce to mieszkańcy wsi w dalszym ciągu traktują z szacunkiem – podkreślił. – Tu zbierają się w Wielką Sobotę, żeby poświęcić paschy, tu zatrzymują się, gdy odprowadzają swych bliskich w ostatnią drogę. I sława Bogu, że dzisiaj przybyło tak wielu ludzi, żeby pomodlić się za żywych i zmarłych mieszkańców Potoki.
Batiuszka serdecznie dziękował gościom oraz inicjatorom i wykonawcom przedsięwzięcia. Do podziękowań przyłączył się też burmistrz Michałowa, Marek Nazarko.
Te podziękowania w pierwszym rzędzie skierowane były do Witalija Romańczuka, Jerzego i Haliny Romaniuków, Jerzego i Walentyny Kuleszy oraz Antoniego Iwacewicza, czyli inaczej mówiąc grupy inicjatywnej, komitetu budowlanego i wykonawców w jednym.
– O tym, żeby upamiętnić to miejsce, myślałem od dawna – przyznaje Witalij Romańczuk, obecnie mieszkaniec Białegostoku.
A że często spotykał się z Antonim Iwacewiczem z pobliskiej Małynki, który interesuje się historią, właśnie jemu opowiedział o swoich bliżej niesprecyzowanych planach. I już we dwóch, tak ze dwa lata temu, wybrali się do sołtysa Potoki, Haliny Romaniuk.
– Może by tak na cerkwisku krzyż postawić – zaproponowali.
Halina i Jerzy Romaniukowie z radością przyjęli ten pomysł, proboszcz o. Aleksander Aleksiejuk też. A tu po wsi zaczęły chodzić słuchy, że ktoś chce kupić ten plac. To tylko wzmogło ich determinację.
Pierwsze zebranie w Potoce. I nowa propozycja wybudowania kapliczki. Tylko skąd wziąć środki? We wsi, która jeszcze przed wojną liczyła około stu prawosławnych domów, teraz jest raptem jedenaście. Średnia wieku mieszkańców też zaawansowana. Kto będzie załatwiał formalności?
A więc krzyż. I zbiórka.
– Zachowało się jedno zdjęcie naszej cerkwi – nagle w trakcie zebrania odezwał się były starosta. – Ma je pani Leszczyńska z Hoźnej. Zdjęcie cerkwi? – we wsi, która przeżyła bieżeństwo, dwie wojny a potem spalenie, to dopiero była wiadomość.
Ślad okazał się prawdziwy. Na zdjęciu grupa dzieci na lekcji gimnastyki, rok 1935. Zajęcia prowadzi nauczyciel Idzi Dolata. W pierwszym rzędzie z prawej właścicielka fotografii, jedyna w butach. W tle cerkiew, już bez dachu, już bez wschodniej ściany. Ale wciąż majestatyczna. Zbudowana chyba na planie krzyża.
Kilka miesięcy później do ich rąk trafia michałowska gazeta z artykułem o. Grzegorza Sosny. W niej informacja – wyświęcenie cerkwi św. Jerzego w Potoce odbyło się w 1913 roku.
A więc w 2013 minie równo sto lat! Trudno o lepszą okazję do upamiętnienia świątyni.
Gorzej ze składkami. Uzbierano 2000 złotych.
– Starczyło na 40 worków cementu – wspomina Jerzy Romaniuk. – Nie udała się nam też współpraca z kamieniarzem.
Wtedy wraz z Jerzym Kuleszą wziął ciężar budowy postumentu na siebie. Najpierw we dwóch schodzili Potokę wzdłuż i wszerz. Nie na próżno. Odzyskali 9 czy 10 ciosanych kamieni z fundamentu cerkwi. Potem wykorzystali mniejsze, głównie z cerkwiska. Z nich wymurowali postument. To była ciężka, fizyczna praca. Ogromna. Tym bardziej, że ułożyli też z kamieni na sucho cerkiewny parkan.
Krzyż, wycięty z blachy w zakładzie w Czarnej Białostockiej, ufundował Witalij Romańczuk. Podobnie tablicę, której treść ułożył batiuszka. Jeszcze tylko ogrodzenie – i można było zapraszać gości.
– Jeśli chcesz postawić krzyż, przygotuj się na duże nieprzyjemności – ostrzegał Witalija Romańczuka wikariusz dojlidzkiej parafii, o. Piotr Pietkiewicz.
I tych nieprzyjemności nie brakowało.
– Było ciężko – przyznaje Jerzy Romaniuk – ale dziś cieszymy się, że mamy święto.
Postawiony krzyż upamiętnia nie tylko cerkiew. Pośrednio też jej budowniczego, o. Płatona Giereminowicza. Był ostatnim proboszczem potockiej parafii. Kto pierwszym, nie wiadomo. Wiadomo natomiast, kiedy w Potoce stanęła pierwsza cerkiew. W 1707 roku. Przedtem jej mieszkańcy należeli do parafii w Topolanach, o której pierwsza pisemna wzmianka pochodzi z 1595 roku. Ale odkąd na przełomie XVII i XVIII wieku decyzją nowego dzierżawcy dóbr topolańskich, Aleksandrowicza, stała się unicka, część wiernych z Potoki, Hoźnej, Nowej Woli i Topolan przestała do niej chodzić. Trzeba było jednak chrzcić dzieci, chować zmarłych, przyjmować sakramenty… Co robić? Po radę poszli do Zabłudowa, do monasteru, który nigdy nie przyjął unii. I za radą mnichów zwrócili się z prośbą do opiekuna dóbr zabłudowskich, wojewody wileńskiego, o pozwolenie na wybudowanie prawosławnej cerkwi w Potoce. To była dobra podpowiedź. Wojewoda się zgodził: …pozwolił we wsi nazwanej Potock cerkiew dla ludu tey wiary starożytnej trzymającego się zbudować y swiaszczennika w teyże cerkwi dla odległości od mieysca od miasta Zabłudów swego mieć… Ta pierwsza potocka, drewniana cerkiew, w 1744 roku, także była już unicka. Gdzie ją wzniesiono? Najprawdopodobniej na tym samym wzgórzu, gdzie poświęcono teraz krzyż. Z pewnością stanęła tam kolejna cerkiew, też drewniana, wybudowana w 1780 roku, bo pierwsza w 1771 roku spłonęła.
Nadszedł rok 1807. Dystrykt białostocki przeszedł do zaboru rosyjskiego. Wraz z nim do zaboru rosyjskiego trafiły obie parafie, potocka i topolańska. W 1832 albo 1833 zmarł w Potoce ostatni prawosławny – Prokop Niczyporuk.
– Z Zabłudowa, gdzie jeszcze była prawosławna cerkiew, przyjechał swiaszczennik pochować zmarłego – wspominał urodzony w Potoce Józef Giereminowicz, syn potockiego proboszcza, o. Antoniego Giereminowicza (do tych ciekawych wspomnień dotarł Sergiusz Borowik). – Za żałobną procesją, w której cicho brzmiało melodyjne prawosławne Swiatyj Boże, swiatyj krepkij biegła czereda wyrostków unitów, krzycząc „syzmatyki”.
Kilka lat później, w 1839 roku, to właśnie tata owego Józefa, o. Antoni Giereminowicz, przyłączył parafię potocką do prawosławia. Parafia topolańska od czterech lat już nie istniała – jej cerkiew stała się filialną cerkwią potockiej parafii, na kilkadziesiąt lat.
W lutym 1881 roku parafię w Potoce objął o. Płaton Giereminowicz. Miał 33 lata, wcześniej był proboszczem w Narojkach i w Surażu. Tu w Potoce rozwinął swój organizacyjny talent. Zajął się bowiem nie tylko budową dużej murowanej cerkwi, ale także organizacją męskiej cerkiewno-parafialnej szkoły II stopnia (wtorokłasnej szkoły). Do końca będzie też jej dyrektorem.
– Ta szkoła z pewnością nobilitowała Potokę – mówi dr Irena Matus, autorka książki „W Drohiczynie, Jałówce, Potoce i Różanymstoku”, niekwestionowany autorytet w sprawie szkolnictwa cerkiewno-parafialnego na Podlasiu. – Kształciła przecież nauczycieli do parafialnych szkół gramoty.
„Sieminaria”, z dumą w głosie mówią o niej najstarsi potoczanie do dziś. Ta „ich seminaria” stała na wprost cerkwi, kilkaset metrów od wsi, na ziemi przekazanej nieodpłatnie przez potocką radę parafialną. Wiodła do niej wysadzana akacjami droga. Tę drogę o. Płaton przemierzał nieraz. Na początku nadzorował jak rosną ściany szkoły, murowane w dwie i pół cegły na parterze i w dwie na piętrze, później kolejne prace. Koszt inwestycji nie był mały, zamknął się sumą 14 280 rubli 86 kopiejek, ale już po roku okazały budynek o długości 26 i szerokości 17 metrów widać było ze wsi. Wyglądał podobnie jak stojący do dziś budynek takiej szkoły w Jałówce.
A na ogrodzonej wysokim drewnianym płotem szkolnej posesji znalazły się studnia pod zadaszeniem, spichlerz, murowana bania, pralnia, składzik, wychodek. Już od wakacji 1899 roku cztery duże sale lekcyjne, kancelaria, jadalnia, kwatery dla czterech nauczycieli, kuchnia, sypialnie dla uczniów czekały na pierwszych użytkowników. Nie tylko uczniów, także nauczycieli.
Bo oto w sierpniu w prasie diecezjalnej ukazała się informacja o wakującym etacie na stanowisko nauczyciela w Potoce. Jakie proponowano mu warunki? Trzysta rubli rocznie, bezpłatne mieszkanie z ogrzewaniem i oświetleniem, także, co ciekawe, pomoc służącej.
Nim Jan Nowik, pierwszy nauczyciel męskiej szkoły drugiego stopnia w Potoce, rozpoczął lekcje, o. Płaton sprowadził meble i ławki według rysunku prof. Erismana, podręczniki, zeszyty, atrament, pomoce szkolne, także fisharmonię i trzy pary skrzypiec (później dokupił kolejne cztery), 6 lamp, zegar ścienny, dzwonek, kran do beczki na naftę, balię, wagę dziesiętną, globus, dzieżę.
Wraz z pierwszym dzwonkiem pojawili się też pierwsi uczniowie, głównie absolwenci cerkiewno-parafialnych szkół jednoklasowych, kilkunastoletni chłopcy. Z najbliższej okolicy, także samej Potoki.
Czekały ich trzy lata nauki – dwie klasy i roczny kurs pedagogiczny.
Uczyli się nie tylko zawodu nauczyciela, zdobywali ważne na wsi umiejętności – introligatorskie, stolarskie, pszczelarskie. Wokół szkoły wśród 50 drzew owocowych i krzewów ozdobnych pojawiło się kilkanaście uli. Musiały te zajęcia przypaść chłopcom do gustu skoro własnoręcznie zrobiony przez nich ul oraz cztery prace autobiograficzne zdobyły wyróżnienie na wystawie „Świat dziecięcy” w Petersburgu w 1904 roku.
O. Płaton organizował i prowadził pielgrzymki swych podopiecznych do monasteru w Supraślu, inni nauczyciele wycieczki do najbliższej fabryki włókienniczej w Niezbudce – Michałowie.
Ilu uczniów, nazywanych tu w Potoce seminaristami, uczyło się we wtorokłasnej szkole?
Różnie. W trzech klasach łącznie od trzydziestu sześciu do siedemdziesięciu pięciu, zależnie od roku.
Nie musieli płacić za naukę, początkowo dostarczali jedynie do internatu produkty rolne, dodając kilka rubli na tzw. priwarok, na zakup mięsa, a w zasadzie tłuszczu, śledzi, oliwy. Od szkolnego roku 1903/1904 już nie przywozili produktów, płacili na swoje utrzymanie w internacie od 30 do 40 rubli rocznie, w dwóch ratach.
A w szkole odbywały się też kursy doskonalące dla nauczycieli dla szkół gramoty.
Cały czas placówce dyrektorował o. Płaton, uczył też religii. Bardzo dbał o dyscyplinę i tężyznę fizyczną swoich wychowanków. Dbał, żeby przy szkole znajdowali zatrudnienie jego parafianie. Stróżował w niej Wincenty Gierasimiuk, w kuchni pracowała Katarzyna Timoszuk, książki oprawiał Józef Krawczuk. Wszyscy z Potoki.
O. Płaton starał się zapraszać wszystkich parafian na szkolne wieczorki literacko-muzyczne. A chłopcy wystawiali nawet fragmenty spektakli, sięgając do utworów klasyków rosyjskich, najczęściej Gogola…
Często też śpiewali, ich młode głosy niosły się daleko, do samej wsi…
Absolwenci szkoły znajdowali pracę w szkołach gramoty. Niektórzy robili wojskowe, niebywałe kariery.
– W tej szkole uczył się Wasilij Sokołowski z Koźlik – mówi Antoni Iwacewicz.
Wasilij Sokołowski urodził się w pod zabłudowskich Koźlikach. Wyjechał na bieżeństwo i już w rodzinne strony nie wrócił. Poszedł na front, dowiódł, że rzeczywiście każdy żołnierz w tornistrze buławę nosi. Po wojnie został marszałkiem ZSRR, dowódcą Grupy Okupacyjnych Wojsk Radzieckich w Niemczech, szefem sztabu Generalnego, pierwszym zastępcą ministra obrony ZSRR, deputowanym do Rady Najwyższej ZSRR 2,3,4,5,6 oraz 7 kadencji.
Rodzinne strony odwiedził tylko raz, w latach 60., było to wielkie wydarzenie nie tylko dla rodziny, ale całej okolicy. Czy to właśnie wtedy, czy też po jego śmierci w zabłudowskiej szkole została otwarta izba jego pamięci?
Marszałek zmarł w 1968 roku w Moskwie, został pochowany przy murach Kremla. Po jego śmierci poczta wypuściła znaczek z jego podobizną, a w Grodnie stanął pomnik.
Władze wysoko oceniły pracę o. Platona na niwie oświatowej, odznaczając go w 1909 roku orderem św. Anny III stopnia.
A batiuszka równolegle prowadził budowę nowej cerkwi. Stanęła nieopodal starej, drewnianej. Jej fundamenty, podobnie jak fundamenty wtorokłasnej szkoły, zbudowane były z ciosanych kamieni, mury wznoszone z czerwonej cegły. Cegła miała nietypowe jak na dzisiejsze czasy wymiary 27x13x7.
Jaka była ta cerkiew?
– Duża jak białostocki sobór, podobna do zabłudowskiej – opowiadali najstarsi potoczanie. I wysoka. Z jej dzwonnicy nawet Zabłudów było widać.
W 1913 roku została wyświęcona. Dwa lata później Potoka opustoszała. Bieżeństwo. Ci co wrócili, nie wierzyli własnym oczom. Po ich sieminarii, wskutek frontowych zajść, nie było śladu, a cerkiew, po tym jak spadła na nią niemiecka bomba, nie miała dachu i ściany wschodniej. Ich domy były w niewiele lepszym stanie. Cała wieś zarosła pokrzywami, tylko w lasach było zatrzęsienie grzybów.
Ludzie byli zbyt biedni, by podjąć trud odbudowy świątyni. Tym bardziej, że polskie międzywojenne władze nie chciały słyszeć o reaktywowaniu parafii w Potoce, gdzie nie było cerkwi, ani też w Topolanach, chociaż tam się zachowała. I Potokę, i Topolany przyłączono do parafii w Zabłudowie.
I tak dobiegła końca historia parafii w Potoce, która istniała ponad dwieście lat. Jej pieczątka przechowywana jest w Izbie Regionalnej w Skaryszewie koło Narwi.
Powrót z bieżeństwa o. Płatona Giereminowicza niewiele zmienił. Wszystko nad czym pracował przez 34 lata, legło w ruinie. Schorowany mieszkał przy rodzinie Sosnowskich, początkowo w Folwarkach, później w pobliskiej Małynce – także te informacje pochodzą z książki Ireny Matus. Odszedł 5 kwietnia 1920, miał 72 lata. Został pochowany na cmentarzu w Piatience. Pozostawił książki religijne i krzyż, Sosnowscy przekazali je do zabłudowskiej cerkwi.
Potocka cerkiew niszczeje. W jej ruinach dzieci bawią się w chowanego. Przychodzą Sowieci, chcą zburzyć świątynię. Przyczepiają łańcuchy i traktorami rozciągają cerkiew. Nie dają rady, odstępują od swych planów. Z cerkiewnym parkanem idzie im łatwiej – kamienie wykorzystują do budowy lotniska w Zabłudowie. Niemcy używają pewniejszych metod. W 1943 roku podkładają pod cerkiew ładunki wybuchowe.
– Wcześniej sołtys kazał otwierać okna – wspomina pani Helena Worobiej. – Wybuch był bardzo silny, kawałki cegieł fruwały w powietrzu, jeden z nich uderzył mnie w piętę.
– Chmura pyłu długo stała nad wsią – dodaje Witalij Romańczuk. – Następnego dnia po wybuchu do mojej mamy, wdowy, przyszła sąsiadka: „Ty by Olka z diet’mi poszła, cegły nabrała”. – Na co mama: „Ja z cerkwi cegły brati nie budu”.
Część cegły z cerkwi Niemcy kazali przewieźć do Dobrzyniówki, tam w majątku Manteuffla zbudowano z niej między innymi biurowiec.
W ten sposób dramat cerkwi dobiegł końca.
Wieś już wtedy należała do reaktywowanej w 1940 roku parafii w Topolanach.
Wkrótce skończyła się wojna, ale mieszkańcy Potoki, jak się okazało, sądne dni wciąż mieli przed sobą. 16 maja 1945 roku oddział Łupaszki, pod dowództwem por. Zygmunta Błażejewicza, „Zygmunta” zastrzelił we wsi cztery osoby: Jana i Włodzimierza Bekiszów, Jana i Włodzimierza Małaszewskich. Ledwie rodziny pochowały zmarłych, jak żołnierze „Zygmunta” wrócili. 22 maja, na Mykołę, około dziewiątej wieczorem otoczyli wieś. Wszystkich mężczyzn wypędzili ze wsi, potem w kierunku zabudowań oddali kilka wystrzałów z rakiet zapalających. Potoka stanęła w ogniu. W płomieniach zginęło troje dzieci Marii Gierasimczuk, po trzech dniach od poparzeń zmarł Michał Gierasimczuk (pisaliśmy o tym w artykule Michała Bołtryka „Sądne dni Potoki”, PP 8/2009).
Po tym ciosie Potoka długo goiła rany.

fot. Mikołaj Greś, autorka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token