Numer 5(359)    maj 2015Numer 5(359)    maj 2015
fot.Siergiej Prokudin-Gorskij
W poszukiwaniu mądrości
Anna Radziukiewicz

Nie wolno rozgrzeszać się z jednej rzeczy: z obowiązku zdobywania mądrości. Jest to zasadniczy obowiązek człowieka – mówił w 1988 roku Jerzy Nowosielski, który stał, przyjaźnie doradzając, u początków zakładania „Przeglądu Prawosławnego”, wtedy „Tygodnika Podlaskiego”, dodatku do „Tygodnika Polskiego”. I mówił trzydzieści lat temu, że prawosławni powinni wreszcie wyciągnąć głowę z piasku i pokazać, że jest to głowa.

Czy spełniliśmy oczekiwania wybitnego malarza i myśliciela? Och, jakie to trudne! Zawsze pozostaje niedosyt. Zawsze widać braki. Ale ten kierunek uznaliśmy za swój, wbrew stwierdzeniom, że we współczesnym świecie myślenie wyszło z mody, że świat wyparł intelektualne debaty, że Europa z ponad stu dwudziestu klasyków filozofii żyjących w wieku dziewiętnastym i w pierwszej połowie dwudziestego zeszła dziś do jednego. Że zanikło praktycznie pisarstwo eseistyczne. Że nie próbujemy zrozumieć świata ani siebie nawzajem. Że świata nie objaśniamy, tylko informujemy o jego zdarzeniach, o tym co stało się dziś po południu, a co jutro z rana już nie zaprzątnie naszego umysłu. Że zalew informacji wsysa nas jak bagno, a bagno zakleja nam oczy tak, że one nie mogą ani sensów, ani wielkich idei odczytać. Że niemal wszyscy wolą wiedzieć, bo informacja stała się użytecznym towarem, wystawionym na sprzedaż, także w uniwersytetach, niż myśleć. Że niewielu ludzi przekazuje mądrość, a niemal wszyscy informacje – im bardziej sensacyjne i nieprawdopodobne, tym – zdaniem mediów i ich odbiorców – lepiej. Że zapowiada się epoka coraz większego natłoku informacji, w której będziemy wiedzieć wszystko, ale nikt już nie będzie myślał. Że w mediach obowiązuje zasada – szybko, płytko, bez namysłu i bez litości. Że to już stała się produkcja. Medialna. Że media publiczne zapomniały o tym, iż mają obowiązek nie tylko informować, ale komentować i opisywać zjawiska bardziej trwałe, że nie mogą iść z prądem kultury masowej i to tym najgorszym. Że świat to nie tylko to, co wyłania się ze współczesnych mediów – rozrywka, zbrodnia i sensacja.

Groźna jest coraz gęstsza mgła, tworzona z krótkich, powierzchownych przekazów, plotek i emocji, z dyktowania przez jakiś niewidzialny komitet centralny – takie odnosi się wrażenie – jedynego i „słusznego” sposobu informowania społeczeństwa, choćby wcześniej o Jugosławii, w sprawie Białorusi, Ukrainy i Rosji. Przecież są spece od PR (public relations), podrzucający jednostronne lub całkiem fałszywe obrazy rzeczywistości.

W tej mgle ludzie już mało widzą. W związku z tym nie mogą podejmować wyważonych decyzji, budować wartości i autorytetów, ani zostawiać miejsca dla Boga. A to jest niebezpieczne. Przykład? Gdy w 2011 roku zmarł Jerzy Nowosielski, ani telewizyjne Wiadomości, ani Fakty nie zdecydowały się na przygotowanie choćby krótkiego materiału filmowego, przedstawiającego postać wybitnego malarza, torującego w twórczym zmaganiu sobie i innym drogę do Boga. Dopiero włamanie dwa dni po śmierci do domu Nowosielskiego okazało się newsem godnym długiego felietonu. Nowosielski należał do świata, w którym porządek rzeczy układał się dokładnie na odwrót: odpowiednio godnie uczciłoby się śmierć kogoś takiego jak on, a wstydliwie pominęłoby się wyczyn złodziejskich hien.

Taka nauka kwitła nie tylko w kręgach wysokiej kultury. Ona i po zwykłych domach się tłukła. Pamiętam, jak moja mama, gdy dzieckiem byłam, zawsze gasiła w domu sprawy brzydkie i wstydliwe słowami: – O takich ludziach/sprawach w domu się nie rozmawia. Bo dom był jak ul, do niego starano się przynosić miód dobrych uczynków innych ludzi. Lubiła o nich, nam dzieciom, opowiadać. Specjalnie? Jakże w dziecięcej wyobraźni chciałoby się być jak Jurylik, który jeśli obieca, że coś zrobi, to zrobi na pewno, jak Słauka, co godnie znosi wszystkie ciężkie choroby swojej żony Juli, jak weterynarz Dudko, który naszym chorym koniem, piękny był, opiekował się przez tydzień w lecznicy, ot tak z dobrego serca, z nikłą nadzieją na jego przeżycie, o Wałodźce, humorem tryskającym, którego nikt nie potrafił rozgniewać ani obrazić. W naszej dziecięcej wyobraźni rozwieszano portrety dobrych ludzi. Złych nie wnoszono.

Ale świat jest pełen zła – powiedzą. Tak. Tylko że w świecie – odpowie nam starzec św. Paisjusz – żyją pszczoły i muchy. Pszczoła zawsze usiądzie na pachnącym kwiatku. Zbierze nektar. Uraduje nim człowieka. Mucha zaś będzie szukać tylko nieczystości. Piszę o tym, ponieważ współcześni dziennikarze, jakby do much chcieli być podobni i brud świata roznosić.
Wbrew tym tendencjom nas, jako środowisko skupione wokół Przeglądu Prawosławnego, ciągnęło w stronę mądrości.

Publikowaliśmy przemyślenia i nauczania świętych, zwłaszcza współczesnych, bo oni najbardziej odpowiadają na nasze problemy – Mikołaja Serbskiego, Paisjusza Hagioryty, Justa Popovicia, Teofana Rekluza. Przybliżaliśmy myśli wybitnych teologów, ojców Aleksandra Schmemanna, Johna Mayendorffa, patriarchów – Kiryła, Bartłomieja I, Daniela (Rumunia), metropolitów i biskupów – Sawy, Antoniego (Blooma), Filareta (Białoruś), Jeremiasza (Polska), Nikolaosa Chatzinikolaou (Grecja), Kallistosa Ware (Anglia), Włodzimierza (Ukraina), Leo (Finlandia).

Swoimi myślami na temat historii Cerkwi, teologii, cerkiewnej sztuki czy w ogóle prawosławnej cywilizacji, dzielili się z nami laureaci Nagrody Ostrogskiego, przyznawanej przez kapitułę, funkcjonującą przy naszej redakcji – profesorowie Aleksander Naumow, Aleksander Rogow, o. Witalij Borowoj, Siergiej Choruży, Antoni Mironowicz, Jerzy Nowosielski, o. Wacław Hryniewicz, Krzysztof Leśniewski, Aleksy Osipow, archimandryta Tichon (Szewkunow) i wielu innych.

Ileż książek omówiliśmy! Nie czyniliśmy tego w postaci klasycznej recenzji, która przede wszystkim autora książki interesuje. Staraliśmy się mądrość w nich zawartą donieść do naszych Czytelników, choć łatwe to nie jest – książki liczą zwykle od dwustu do pięciuset stron. I trzeba z nich wyciągnąć ów ekstrat mądrości, zamykając go w kilku stronach tekstu. Były to choćby pozycje o. Warsonofiusza (Doroszkiewicza), o. archimandryty Andrzeja (Borkowskiego), Antoniego Mironowicza, Aleksandra Naumowa, Ireny Matus, o. Wacława Hryniewicza, o. Michała Janochy, pisane przez prawosławnych i rzymskich katolików. Ich czytanie sprawia intelektualną radość. A radością chcemy się przecież dzielić.

Tak samo jak i smutkiem. Tego niestety na naszych łamach nie zabrakło, bo odpowiedzialne niesienie światła prawosławia wiąże się także z cierpieniem. I towarzyszyło ono każdemu wiekowi. Fala cierpienia w naszym regionie – mam na myśli wschodnią i środkową Europę – wezbrała ze szczególną mocą w wieku dwudziestym. Teraz przeniosła się na Bliski Wschód i północną Afrykę, na styk islamu z chrześcijaństwem i judaizmem. Historię traktowaliśmy jak mądrą nauczycielkę, nawet jeśli niewielu chce tej nauczycielki słuchać. Pisaliśmy o heroizmie, ale także błędach i zdradach prawosławnych, co było szczególnie widoczne w okresie wprowadzania postanowień unii brzeskiej (1596). Pisaliśmy o moskiewskiej Wielkiej Smucie, wojnach napoleońskich i mitach przez te wojny zrodzonych, o pierwszej wojnie światowej i bieżeństwie, międzywojniu z jego polityką spychania prawosławia w niebyt w granicach II Rzeczypospolitej, burzenia i zamykania cerkwi przez państwo i przejmowania ich przez Kościół rzymskokatolicki. Pisaliśmy o drugiej wojnie, o wojnie na Bałkanach – bombardowaniu Serbii w 1999 roku przez siły NATO. Pisaliśmy o mnóstwie świętych, których żywoty wykreowały cierpienia dwudziestego wieku i jego bezwzględna walka rozumu z duchem, rozumu także usprawiedliwiającego barbarzyństwo łagrów, gułagów, miejsc masowych kaźni, obozów koncentracyjnych. Bo rozumem, jeśli nie ma miłości, można usprawiedliwić nawet największą podłość i grzech.

Czyniliśmy więc miejsce dla ludzi miłości i wysokiego ducha. Rozwieszaliśmy ich portrety na naszych łamach, między innymi królowej Heleny, kniazia Konstantego Bazylego Ostrogskiego, św. Leoncjusza Karpowicza (archimandryty wileńskiego), św. Nektariusza z Eginy, metropolitów naszej Cerkwi Dionizego, Bazylego i Sawy, archimandryty Mirona (Chodakowskiego), rodu Kruzenszternów, Zyzykinów, Gołowinów, Smirnowów, rodziny św. Bazylego Martysza, o. Mikołaja Lenczewskiego.

Staraliśmy się przeciwstawiać innemu groźnemu zjawisku, jasne, na miarę swoich możliwości. Następuje załamanie rodziny. Staje się ona mała – rodzice albo jeden rodzic i jedno lub dwoje dzieci. Bywa, że każde z nich mieszka w innym mieście a nawet kraju, spotykając się raz na kilka miesięcy. Wielopokoleniowa przechodzi do lamusa. Utraciliśmy najbliższe otoczenie, jakim przez tysiące lat była wieś albo plemię. Rodzina i tamta wspólnota były naszym ubezpieczeniem emerytalnym (dzieci), szkołą, policją, bankiem, wszystkim, jak zwraca na to uwagę noblista, historyk i ekonomista Daniel Kahneman. Zanikają wspólnoty, w których każdy znał każdego i każdy za każdego odpowiadał, bo poza wspólnotą człowiek był martwy. Teraz słyszymy: nie potrzeba ci braci, sióstr i sąsiadów, by się tobą zajęli. Da ci to wszystko państwo, rynek i technologie. Może i da, ale nie zasypie pustki samotności, bycia niepotrzebnym po nagle zadeptanych tradycyjnych wspólnotach i będzie tworzyć warstwę ludzi gotowych na zadawanie sobie śmierci powolnej (narkotyki, alkohol) lub gwałtownej (samobójstwa, eutanazja).

Dlatego bronimy nieustannie na naszych łamach tradycyjnych wartości, nie ze ślepego zapatrzenia się w przeszłość, ale z autentycznej zadumy nad procesami, jakim podlega współczesna cywilizacja, z troski o to byśmy nie popadli w rozpacz samotności i opuszczenia, łatwo wykreślając, zwłaszcza w młodości, swoją rodzinę i przyjaciół, bo nas drażnią, bo są balastem na drodze zawodowej kariery. Przestrzegamy przed tymi procesami. Głównie poprzez rozmowy z mądrymi ludźmi, skłaniamy do zadumy, refleksji i w konsekwencji do mądrych wyborów. Na ożywienie dawnych wspólnot nie mamy już praktycznie wpływu. Sąsiada mogę nie widzieć przez rok, bo wyjedzie z domu samochodem przez dwie bramy – garażową i ogrodzeniową, otwierane automatycznie, latem chodzi po ogrodzie jak w kojcu, szczelnie osłoniętym żywopłotem, bo szuka intymności. Nie spotkam go, jak dawniej, przy studni, na polu, na drodze, w lesie, na targu. Dziś już i na przystanku autobusowym nie spotkam, bo niemal wszyscy zamknęli się w samochodach. Został nam ostatni przyczółek wspólnotowości. Są to parafie. W nich życie toczy się podobnie jak przed dziesiątkami, a nawet setkami lat. Tego przyczółka nieustannie bronimy na łamach PP. Opisujemy je. Podajemy mnóstwo przykładów odwagi, ofiarności, z jaką duchowni i parafianie budują cerkwie i wspólnoty. Bo to jest droga do Boga, słana przez dwa tysiące lat. I nie zastąpią jej żadne nowe trendy, choćby były kreowane w Dolinie Krzemowej, i żadne systemy filozoficzne.

Podpowiadamy, że myślenie nie wyszło z mody, że życia nie możemy oprzeć na paplaninie portali społecznościowych, ani na zabawowości, płaskiej i banalnej, usiłującej wyprzeć wszystko, szczególnie miejsce dla Boga.

Chcemy, by w Przeglądzie było jak najwięcej miejsca dla Boga – biez Boha ni da paroha – mówi ludowe porzekadło, by ludzie mądrzy i ludzie uczeni dzielili się na naszych łamach swoim doświadczeniem, myślami, badaniami. Chcemy, byśmy tworzyli jedną rodzinę, dobrze siebie rozumiejącą.

Wam, Drodzy Czytelnicy, chcemy podziękować za trzydzieści lat wierności. Za to, że dzięki Wam czytelnictwo PP nie spada, choć w Polsce i w całym świecie przeżywamy kryzys czytelnictwa pism, głównie tygodników opinii. Łączny nakład największych trzech tego typu tygodników, ukazujących się w Polsce – „Polityki”, „Wprost” i „Newsweeka” – spadł w ciągu dekady z 800 do niespełna 400 tysięcy egzemplarzy. Wysiłek czytania staje się dla coraz większej grupy nadmierny. Czy oczy zasłania owa mgła miałkiej i płytkiej informacji, bezpłodnych dywagacji? Czy tygodniki opinii podzielą los stoczniowców i górników, a z nimi oczywiście poważni dziennikarze, latami śledzący wybrane zagadnienie, stający się wiarygodnymi ekspertami, odróżniającymi ważne od nieważnego, faktyczne od mniemanego?
Szkoda, że nie możemy podziękować tym, którzy odeszli, a którzy czytanie Przeglądu przekazali swoim synom i córkom jak testament.

Anna Radziukiewicz

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token