Numer 5(359)    maj 2015Numer 5(359)    maj 2015
fot.Siergiej Prokudin-Gorskij
Samochody
Anna Radziukiewicz

Samochodami nazywają na Syberii Białorusinów, którzy pieszo dotarli za Ural ze swego kraju. Pokonali ze trzy i pół tysiąca kilometrów. Sami chodzili. Stąd nazwa. Szli rok.

Nikt ich tam nie wyganiał. Może tylko bieda. Od kogo słyszeli, że jest taki kraj, w którym nie ma pana, wyzysku, za to w tajdze jest mnóstwo drewna, grzybów, choć kosę zakładaj, jagód i zwierzyny, i ziemi? A w rzekach mnóstwo ryb, nawet jesiotrów. Może od włóczęgów słyszeli, bradziagami na wschodzie nazywanymi, może od kupców? A może od tych Białorusinów, którzy z oddziałami Jermaka podbijali Syberię?

Najpierw szli u suchlady. Była to zwykle grupa mężczyzn, wyprawiona przez wieś na obejrzenie nowej ziemi. Szli za Kamień, bo tak kiedyś nazywano Ural. I tam widzieli to, o czym wcześniej słyszeli. I łąki ogromne, jak na Polesiu, też ich witały. Upodobali sobie południową część tiumieńskiej obłasti, tę najcieplejszą. Budowali tymczasowe chaty. Wracali do rodzinnego kraju. Zabierali żony, dzieci, wozy z końmi. I pieśni zabierali, te tęskne, żałosne. I znów udawali się w podróż, która zdawała się nie mieć końca. Szli albo podjeżdżali na swych tielegach i w skwarze, i mrozach, dochodzących do 50 stopni Celsjusza. Jechali obozami. Tak było bezpieczniej.

– Do potomków Samochodów jechaliśmy siedem godzin autokarem z Tiumieni (położonej 2,5 tysiąca kilometrów za Moskwą). Był skwar, taki jak latem bywa na Syberii. Przybyliśmy bardzo zmęczeni – mówi Ludmiła Bakłanowa z Tiumieni. – Jak Białorusini mogli pokonać przed wiekami taką drogę!

Teraz w tiumieńskiej obłasti mieszka 50 tysięcy Białorusinów. (...)

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
Anna Radziukiewicz

Dziękuję Ludmile Bakłanowej, kierującej informacyjnym centrum przy związku Integracja Bratnich Narodów, za pomoc w gromadzeniu materiałów do artykułu.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token