Numer 5(359)    maj 2015Numer 5(359)    maj 2015
fot.Siergiej Prokudin-Gorskij
O wierze, mowie i nacjonalistach profesjonalistach
Anna Radziukiewicz

Z mnichem z żyrowickiego monasteru Zaśnięcia Bogarodzicy i poetą MIKOŁAJEM BIEMBIELEM rozmawia Anna Radziukiewicz

Anna Radziukiewicz: – Wspominaliście Ojcze o grzechu dzieciństwa. Jaki grzech mogło uczynić dziecko?

Mikołaj Biembiel: – Moja babcia każdego wieczoru modliła się po białorusku. Za wszystkich bliskich i za Andreja Anuchrewicza. To mój ojciec. Podśmiewałem się z niej. No, wiejska babula, myślałem, ani po miejsku mówić nie umie. I modli się. Zacofana.

– Ale w szkole był białoruski.

– Był, ale też traktowaliśmy go jak wiejską mowę, aż w piątej klasie przyszedł do nas nowy nauczyciel białoruskiego, Iwan Dmitriewicz Kamiński. Srogi i piękny. Nazywaliśmy go Iwan Groźny. Świetny nauczyciel. Baliśmy się go. I kochaliśmy go, razem z językiem białoruskim.

A rosyjskiego uczyła nas Raisa Iwanowna Michajłowa. Taka młodziutka była. Raisę Michajowną pokochał nasz Iwan Groźny. Razem chodzili podczas przerw. On do niej mówił po białorusku, a ona do niego po rosyjsku. Patrzyliśmy na nich z zachwytem i kochaliśmy rosyjską i białoruską literaturę.

– Poza szkołę i wieś białoruski jednak daleko nie wychodził.

– Zgadza się. Dlatego po skończeniu szkoły przestałem nim się posługiwać. Dopiero gdy zacząłem robić doktorat w instytucie filozofii w 1971 roku, spotkałem cudownego nauczyciela, Włodzimierza Michajłowicza. Po białorusku zaczął ze mną rozmawiać. Nie umiem po białorusku – stwierdziłem. Z trudem kleciłem zdania. Taki wstyd! I pokajanije. Zacząłem szybko odświeżać białoruski. Rozmawiać po białorusku. I doktorat napisałem już po białorusku.

– Wstyd i do wiary przyprowadził?

– Tak, poczułem wstyd za grzech dzieciństwa, za to że tak oceniałem babulę i ciocię jednocześnie. Moja ciocia skończyła wyższą szkołę w Leningradzie. Trzy lata przeżyła na zsyłce, ponieważ jako studentka należała w latach dwudziestych XX wieku do koła religijno-filozoficznego. Potem wykładała w instytucie kultury fizycznej i otwarcie chodziła do cerkwi. – Wstąpcie do partii – zachęcano ją. – Z radością – odpowiadała, ale z Chrystusem, bo jestem zwolenniczką chrześcijańskiego komunizmu, a nie bezbożnego. Ciocia żyła wiarą i mową. A życie miała tragiczne. Mąż zginął w 1944 roku jako oficer Armii Radzieckiej. Starszego syna rozerwała mina. Wychowywała jednego, młodszego syna. Potem była dyrektorką domu dziecka w Krupkach pod Mińskiem. To rodzona siostra mojej matuli. Oto przykład łagodnego cierpienia wobec tego, co Bóg dopuścił. Od niej się uczyłem, że iść za Chrystusem to iść na Golgotę, ale bez histerii, dramatyzacji, z wiarą w powszechne zmartwychwstanie. (...)

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token