Numer 6(360)    czerwiec 2015Numer 6(360)    czerwiec 2015
fot.Jan Makal
Zmartwychwstanie cerkwi
Anna Radziukiewicz

Cerkiew Zmartwychwstania Pańskiego w Bielsku Podlaskim przy Traugutta wzniesiono 177 lat temu. Była drewniana. Na początku XX wieku postanowiono wzmocnić jej konstrukcję. Obłożono ją z zewnątrz cegłami i otynkowano. To był błąd. Drewno pod taką „kołdrą” butwiało. Zbyt szybko jak na taki materiał. Eksperci, inżynierowie z białostockiego oddziału Naczelnej Organizacji Technicznej w 2012 roku stwierdzili: – Cerkiew postoi może rok, może pięć lat najdłużej i runie. Najgorzej, że nastąpi to prawdopodobnie wtedy, gdy będzie duża różnica temperatur między wnętrzem cerkwi a temperaturą na podwórzu, co wyzwala ruchy powietrza, czyli zimą podczas Liturgii, bo wtedy ruchy powietrza są największe. Nie można było czekać na tragedię.

Remontować cerkiew, jak każdą inną na Białostocczyźnie, wzmacniając jej konstrukcję? Nie dało się. Cerkiew trzeba było rozebrać, pozostawiając jedynie dzwonnicę, dobudowaną w 1914 roku do remontowanej wówczas cerkwi. 13 maja 2013 roku cerkiew była rozebrana.

– Do fundamentów? – pytam.

– Można tak powiedzieć – odpowiada proboszcz Woskresieńskiej parafii, o. Andrzej Mińko – chociaż fundamentów nie było. Była ona posadowiona bezpośrednio na gruncie. Drewniana mogła się bez nich obejść.

I tu zaczął się ogromny problem. Zaczęto kopać na głębokość półtora metra rowy pod fundamenty, a tu ziemia zaczęła się ruszać, czy raczej płynąć. Natrafiono na kurzawkę. Koparka zamiast ziemię, czerpała muł. Pojawiło się nowe niebezpieczeństwo. Może runąć dzwonnica. Jeśli spod niej zacznie wypływać kurzawka, to jeden milimetr odchylenia w jej podstawy, spowoduje według geologów 10 centymetrów odchylenia u szczytu. Na budowę przyjechał metropolita Sawa, biegły w sprawach budowlanych. Spojrzał i powiedział: – Zaraz wam runie dzwonnica.

– Odnaleźliśmy firmę z Warszawy, która była gotowa z tym problemem poradzić. Pracę wyceniła na 100 tysięcy złotych plus VAT – mówi o. Andrzej. – A my w kasie mamy na początek budowy tylko 50 tysięcy złotych, z których trzydzieści trzeba zapłacić za projekt przebudowy. Jesteśmy bezradni, a projektanci i wykonawcy rozkładają ręce, najchętniej je umywając. Wtedy posyła nam Bóg najlepszego w województwie podlaskim geologa i geotechnika Stefana Rolę. „Niech ksiądz się nie martwi – powiedział. Poradzimy”.

I tak jedna łyżka koparki wybierała kurzawkę, druga w to miejsce sypała drobne kamienie, które natychmiast ubijano zagęszczarką. Powstawały kamienne „poduszki”, na które można było lać ławy i fundamenty. Te prace wymiany gruntu trzeba było wykonywać natychmiast, co stanowiło duże wyzwanie dla wykonawcy, firmy parafianina Roberta Czapiuka.

– Stefan Rola nas uratował – komentuje proboszcz. – W dodatku za swoją pracę nie wziął pieniędzy.

Kiedy wyszli z ziemi, wiedzieli, że cerkiew stanie. Budowa jakby obudziła wszystkich parafian, nawet tych, którzy do cerkwi niemal nie zaglądali. Każdy niósł coś od siebie. Jeden sto złotych, inny kilka tysięcy, zadziwiając duchownych, skąd te tysiące zdobył, chyba wygrzebał ostatnie z domowej kasy. Wszak w takim mieście widać, kto na jakim poziomie wiedzie życie codzienne. Ale ludzie przede wszystkim nieśli swoje ręce do pracy. Roboty, niefachowej, było mnóstwo. Po rozbiórce świątyni cały duży plac wokół był usłany materiałami, jakby przeszła po nim trąba powietrzna. Ludzie wszystko segregowali, piłowali, czyścili, nosili, układali, zamiatali, potem donosili pod ręce budowlanej ekipy. Ofiarowali tysiące tak zwanych roboczogodzin, za które nikt nie musiał płacić.

I tak już w listopadzie 2013 roku stanął korpus cerkwi, zwieńczony kopułą, pochodzącą z poprzedniej świątyni. Tylko jej konstrukcja nie poddała się zębowi czasu. Ale i tę trzeba było obić innymi deskami, czyli wybranymi ze starej drewnianej podłogi cerkwi. Ołtarzowy kamień także pozostał na swoim miejscu i oczywiście dzwonnica, wyremontowana na rok przed przebudową cerkwi.

Zaczęły się prace wykończeniowe. Było ich mnóstwo. Nawet ikonostas cały zdemontowano. I zanim przybyli złotnicy z Ukrainy, wielu parafian w swoich domach oczyściło go ze starej warstwy farby i pozłoceń.

Tylko dwóch lat potrzebowano w Bielsku Podlaskim, by Woskresieńską cerkiew rozebrać, postawić ją od nowa i wykończyć. To niebywałe tempo, zrodzone z rzadko spotkanej ofiarności i zapału. To cud, którego Bóg dokonał poprzez wiarę swoich ludzi – tak to wydarzenie interpretują duchowni bielskiej cerkwi, wikariusze o. Rustyk Bielow i o. Paweł Fiedoruk oraz rezydujący tu o. Andrzej Nielipiński na czele ze swoim proboszczem, którzy razem z parafianami stawali do znojnej pracy przy przebudowie. I widzieli, jak ludzi jednoczy to wyzwanie i nie tylko ich parafian, ale także prawosławnych i katolików w bielskich urzędach, z jak wielką życzliwością rozwiązują problemy, naturalne wszak przy tak dużej inwestycji. Widzieli, jak nawet protestantów jednoczy, tych z ewangelickiej parafii w Weimarze, zaprzyjaźnionej z bielską. Proboszcz niemieckiej parafii wsparł budowę własną ofiarą, a młodzi Niemcy podczas roboczego obozu, zorganizowanego w Bielsku, stali się przykładem tego, jak można solidnie i odpowiedzialnie pracować. Zbijali tynki na dzwonnicy, czyścili okna. Może wszyscy byli pomni słów, powtarzanych przez proboszcza: Przyjmijcie to wyzwanie jako błagodat’ Bożą, łaskę, a nie jako trud i ciężar.

Wchodzę do cerkwi. Przede mną odnowiony, pozłocony ikonostas, spokojna w swoim rysunku, stonowana, elegancka posadzka, wykonana z najlepszego gatunku gresu, czyli dużo tańsza od posadzki kamiennej. Elementy drewniane, wykonane z dębowych desek, wszystkie ze sobą spójne, to schody, prowadzące na chór, boazeria, filary, ławki, drzwi. Rzadko się spotyka we wnętrzach tyle dobrego smaku, wydobytego z tej samej gamy kolorystycznej i konsekwencji linii. To wnętrze uspokaja i nastraja do modlitwy.

Na sklepieniach ma się tu jeszcze pojawić polichromia.

Anna Radziukiewicz
fot. autorka i archiwum parafii

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token