Numer 6(360)    czerwiec 2015Numer 6(360)    czerwiec 2015
fot.Jan Makal
Marek Dolecki 1943-2015
Anna Radziukiewicz

Nie znam nikogo, kto by nie lubił Marka Doleckiego, urodzonego w Mławie, wychowywanego na Wybrzeżu i w Warszawie, z wyboru obywatela małej ojczyzny, Białostocczyzny. Mówiono o nim: Mareczek. Z sympatii do niego, wszak wzrostu był normalnego, tyle że zawsze bardzo szczupłej postury. Był dobrym człowiekiem.

Wrósł w wybraną ojczyznę. Pokochał jej ludzi. Pokochał jej wieś. To głównie jej sceny fotografował: portret mężczyzny z koniem, stojących, jak dwaj przyjaciele, za płotem, kobiety wyciągającej z piwnicy – jamy kosz ziemniaków, albo idącej, w pół zgarbionej, niczym z węzełkiem, z krzyżem na Grabarkę, oracza jak z obrazu Ferdynanda Ruszczyca. Widział piękno tam, gdzie inni go nie zauważali, bo stare, wypłukane deszczami, wysmagane wiatrem, wypalone słońcem, pomarszczone, zgarbione, niemodne.

– Przyniosłem zdjątka – mówił otwierając drzwi redakcji, a my gromadziliśmy się wokół Marka i jego zdjęć, jakbyśmy szli na wernisaż. Lubiliśmy te momenty. Potem wybieraliśmy najlepsze do Przeglądu Prawosławnego. Wtedy zdjęcia wywoływano na papierze. Marek wybierał większe formaty. Biurka zakładaliśmy „zdjątkami”.

Marka Doleckiego „wypatrzyłam” na początku lat dziewięćdziesiątych. Poprosiłam, by zrobił zdjęcia do Przeglądu, wchodziliśmy wszak w okres kolorowych okładek, a te wymagały dobrych zdjęć. Marek długo okładki naszego pisma wyciągał na profesjonalny poziom. W środku jeszcze do 2005 roku pozostawaliśmy czarno-biali. Ale i w środku pojawiały się zdjęcia Marka. I nie tylko w Przeglądzie.

GRABARKA

Marek Grabarkę, bytującą jakby poza światem oswojonym i opatrzonym, fotografował od lat siedemdziesiątych, jeszcze tę ogrodzoną płotem z żerdzi, z wozami i końmi, co jak most ścieliły doliny wokół Góry na Spasa, z metropolitą Bazylim, służącym w święto Przemienienia Pańskiego. Fotografował i Górę samotną, bez turystów i pielgrzymów, odsuniętą od szumnego świata, do której tylko piaszczyste polne drogi prowadziły a mniszki szły po wodę z wiadrami do studzienki u podnóża Góry.


W 1995 roku powstał album Święta Góra Grabarka ze zdjęciami Marka Doleckiego. Wszyscy uczyliśmy się wtedy tworzenia „poważnych” wydań, ja jako redaktor i autor tekstu. Marek sfotografował pożar, który wybuchł na Świętej Górze w nocy z 12 na 13 lipca 1990 roku. Potem w kadrach zamykał proces odbudowy cerkwi Przemienienia Pańskiego.
Był to jedyny album Marka Doleckiego. Bywa, że fotograficy zastawiają po sobie kilka albo i kilkanaście albumów. Marek jakby nie dbał o takie pomniki twórczej pracy. Robił zdjęcia, a inni donosili je do oczu odbiorców.

BIAŁORUŚ

Byłam redaktorem podręcznika dla licealistów „Historia Białorusi”. Otrzymałam od autora, prof. Eugeniusza Mironowicza, tekst i żadnego do niego zdjęcia. Autor ma do tego prawo, ale nie redaktor. Obłożyłam się mnóstwem książek na temat historii wschodniego sąsiada, marnie ilustrowanych – taki był wtedy poziom edytorski i przygotowywałam wyprawy na Białoruś. Wypraw było pięć. Każda z Markiem Doleckim jako fotografem. Każda do innego regionu Białorusi. Wyznaczałam szlak przez uniwersyteckie wydziały historii, gdzie rozmawiałam z historykami, przez muzea, archiwa, ruiny pałaców – takie wtedy dominowały, zabytkowe parki, miasta i miasteczka, pola sławnych bitew z ich pomnikami. Razem uczyliśmy się Białorusi.

Przedtem nasz szlak prowadził jedynie do Mińska i wydawało się, że ta ziemia jest niezamieszkała. Odkrywaliśmy Białoruś, nieraz z okrutną dla niej historią z wojnami szwedzkimi, napoleońskimi, hitlerowskimi, które tę ziemię paliły, łupiły i potrafiły skazać na śmierć jedną trzecią mieszkańców, którym przyszło się żyć niczym na autostradzie Europy, na której Wschód, przeważnie moskiewski, ścierał się z Zachodem polsko-litewskim, francuskim, niemieckim i każdym innym. Naród, który wojen nie wywoływał, stawał się ich największą ofiarą. Oboje z Markiem, który był Polakiem i katolikiem, żywiliśmy do Białorusi podobne uczucie.

Uczyliśmy się rozumieć Białoruś, wiele jej wybaczać, usprawiedliwić trudną historią. Jeździliśmy po ruinach systemu sowieckiego, którego liszaje widzieliśmy wszędzie – na drogach, chodnikach, placach, w niedogrzanych hotelach, ruinach zamków. To wtedy z pałacu Radziwiłłów w Nieświeżu wyprowadziło się sanatorium. Stał opuszczony, jakby zabity deskami, czekając na rychłą śmierć.

Któż mógł przypuszczać, że po latach stanie się, nawet w skali Europy, wspaniale odremontowaną perłą! Taki sam widzieliśmy zamek w Mirze, czy pałac Sapiehów w Różanach, dziś podniesione z ruin, bądź podnoszone. Więc usiłowaliśmy tamte pałace fotografować z jak najlepszej strony, choć o nią było trudno. Cieszyły nas eksponaty świetności ukryte w muzeach, chętnie udostępniane przez Białorusinów, zawsze życzliwych, bezinteresownych. Odkrywaliśmy dla siebie i podręcznika świetność Witebska, Połocka, Grodna, Brześcia, Słucka, Pińska, Lidy. Odkrywaliśmy miałomiasteczkową Białoruś, do której wtedy niemal żaden turysta nie zbłądził. Jechaliśmy do Świsłoczy, Turowa, Dawidgródka, Stolinu, Dzierżyńska, Stołpców.

W Polsce straszono nas Białorusią. A my czuliśmy się tam wyjątkowo bezpiecznie. Kiedy zepsuł się samochód gdzieś na Polesiu, wszyscy mężczyźni z ławeczki pod blokiem wyszli na pomoc, aż auto ruszyło.

Marek nigdy nie krytykował Białorusi i Białorusinów. Wyszukiwał dobre cechy i strony kraju i jego mieszkańców. I miał rację. Bo to naród pracowity, gościnny, potrafi wiele przecierpieć, z pokorą i godnością, bez buntu. Wtedy nie było wiadomo, co czeka Białoruś. Była jak jeden z cechów w potężnej sowieckiej fabryce, która przestała produkować. Po co komu cech z jego podzespołami, kiedy przestano składać produkt finalny? I choć wszystkie polskie media, przez lat kilkanaście, obrały sobie Białoruś za symbol czegoś najbardziej dotkniętego rozpadem i brakiem tak zwanego postępu, Marek Dolecki pozostawał głuchy na tę propagandę. Szukał swojej wiedzy. Formułował własne opinie. A te były dla Białorusinów niezmiennie życzliwe. Szkoda, że nie zobaczył Białorusi po latach, choć nieraz o tym marzył. Marzył, że pojedzie nad rozlewiska Prypeci, które wiosną zdawały się brać we władanie cały krajobraz, wszystko zamieniając w niebo, że będzie je fotografował, że dotrze do Berezyńskiego Parku Narodowego. Nie dotarł. Chyba był za mało przedsiębiorczy.

Z tamtego okresu pozostały jeszcze w naszym archiwum setki zdjęć – slajdów, wszystkie opisane – czas, miejsce. Kiedyś nabiorą historycznej wagi. Może ktoś wyda drugi album Marka Doleckiego o Białorusi przełomu tysiącleci.

W Mińsku mieszkał Eugeniusz Koziula z żoną Jadwigą i dwoma synami, znany białoruski fotografik, związany z wiodącymi mińskimi pismami, autor wielu wystaw fotograficznych, w tym jednej wspólnej z Markiem Doleckim i Niemcem Siegwardem Schmitzem. Ta wystawa, „Czas ciszy”, o Białorusinach w Polsce, była pokazywana w wielu galeriach Białorusi, Polski i Niemiec.

Na Białoruś raz zabraliśmy Olka, czyli Aleksandra Doleckiego syna Marka, wtedy niespełna dziesięcioletniego. Był uroczym, posłusznym chłopcem. Teraz ma 23 lata. 10 maja stał się sierotą. Jego mama, Maria, odeszła kilka lat wcześniej. Wyniszczyła ją długa choroba. Maria, z domu Bołbot, pochodziła z Lewkowa Starego. Marię, tkwi w mojej pamięci tylko w pełnym uśmiechu, lubili wszyscy. Była świetną germanistką. Pracowała w Uniwersytecie w Białymstoku. Olek, jakby pocieszając mnie podczas pogrzebu, mówił: – Jestem samodzielny i mam bardzo dobrą rodzinę.

Marek nieraz żartował: – A dlaczego dziecko nie może przyprowadzić ojca do prawosławia? I jakby był gotów na tę drogę. Olek został ochrzczony w cerkwi.

Pierwsza żona Marka, lekarka, zginęła pod kołami samochodu. Wyszła wtedy do pracy. Zostawiła córkę Joannę, dziś dojrzałą kobietę.

POLSKA

Z Markiem jeździłam po Polsce. Mnóstwo parafii odwiedzaliśmy, cerkwi sfotografowaliśmy. Podobnie jak Białoruś odkrywaliśmy Lubelszczyznę, Chełmszczyznę i Łemkowszczyznę. W końcu lat dziewięćdziesiątych te ziemie dokopywały się do swej prawosławnej warstwy, wydobywały ją na światło dzienne. Lubelszczyzna i Chełmszczyzna miały swego męża opatrznościowego, arcybiskupa Abla, który niczego się nie bał. Restaurował cerkwie, zdawało się wtedy, bez jednego parafianina, odtwarzał parafie albo zakładał nowe, wchodził do gabinetów ministrów, wojewodów, prezydentów, uniwersyteckich auli i domagał się godnego miejsca dla prawosławia. Rejestrowaliśmy to z Markiem. Marek aparatem. I napełnialiśmy się radością. Stawaliśmy się świadkami odżywania. Z tych wędrówek powstawały nie tylko materiały do Przeglądu Prawosławnego. W 2000 roku została wydana książka „Prawosławie w Polsce” pod moją redakcją, z tekstami profesorów Antoniego Mironowicza, Jerzego Nowosielskiego i moimi, ilustrowana głównie zdjęciami Marka Doleckiego. Jej nakład wyczerpał się po kilku miesiącach. Pozycję trzeba było wznowić.

Wyprawy kilkanaście lat temu na Podkarpacie, z Markiem, Eugeniuszem Czykwinem i Michałem Bołtrykiem, też przypominały odkrywanie nieznanego lądu.

A Białostocczyzna? Zamykana w zdjęciach Marka Doleckiego, najczęściej trafiała na łamy PP. Ale nie tylko. „Ścieżkami prawosławia. Białostocczyzna” (dwa wydania 1998 i 1999) pod moją redakcją, została także zilustrowana głównie zdjęciami Marka Doleckiego.

Co potem? Przegląd coraz bardziej zaczął się otwierać na prawosławie w innych krajach, odpowiadając na zaproszenia do podróży po nich naszych zagranicznych przyjaciół, których grono wciąż rosło. Zaproszenia nie uwzględniały wędrówki dwóch lub trzech osób (w czasach PRL-u było normą, że w tak zwany teren jechał kierowca, dziennikarz i fotograf). Trzeba było oszczędzać, samemu podjąć naukę fotografowania, łącząc dwie funkcje w jednej osobie. I tak już zostało. Po kraju też jechał kierowca, dziennikarz i fotograf w jednej osobie. Było smutniej, ale oszczędniej.

A teraz jest smutno. Nie ma między nami Marka, Mareczkiem nazywanego. Posmutniał krajobraz Białegostoku. Straciła polska fotografia, stracił swego członka Związek Polskich Artystów Fotografików, artystę (taki otrzymał tytuł) Międzynarodowej Federacji Sztuki Fotograficznej, odznaczonego przez ministra kultury medalem Gloria Artis, udekorowanego medalem św. Brata Alberta, nagradzanego za swoje dokonania podczas salonów fotograficznych w Australii, Nowej Zelandii, Argentynie, Polsce. My, prawosławni, straciliśmy swego życzliwego kronikarza, władającego obiektywem.
Wiecznaja pamiat’.

Anna Radziukiewicz
fot. Natalia Kalina, Marek Dolecki

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token