Numer 7(361)    lipiec 2015Numer 7(361)    lipiec 2015
fot.Anna Radziukiewicz
Tajemnica żalu
Tadeusz Wyszomirski
Nie postrzegał siebie jako człowieka wierzącego. Wychowywał się w zwyczajnej radzieckiej rodzinie, wyznającej światopogląd naukowy. Daleki był od wszelkiej metafizyki – nawet nie zdawał sobie sprawy z istnienia podobnego słowa – tym bardziej od spraw cerkiewnych. Dymitr Aleksiejewicz Semionow, zwyczajny, zdrowo myślący obywatel, od lat z konieczności miał kontakt ze światem starych ikon, pracując na etacie konserwatora zabytków.

Jego wprawne ręce przywróciły już blask niejednemu dziełu sztuki. Lubił pracować z ikonami. Miał w domu piękną ich kolekcję. Nieziszczalne na razie marzenie – przemycić je wszystkie na Zachód i dostać za nie prawdziwe pieniądze. Podczas bezsennych nocy doprecyzowywał wielki życiowy plan. Zdawał sobie sprawę z ryzyka. W wypadku niepowodzenia groził mu kryminał, lecz pomarzyć dobra rzecz.

Pochylał się nad starymi ikonami z pietyzmem zegarmistrza naprawiającego emerytowane, bezczynne czasomierze, niemych świadków niepowrotnej przeszłości. Za każdym razem, gdy dostawał nowe zadanie i potrafił mu sprostać, rozpierała go duma.

Ikony były dla niego symbolem zamierzchłych czasów, utrwalonych w opowiadaniach Antoniego Czechowa, kiedy siadało się do rytualnych podwieczorków z herbatą i czereśniowymi konfiturami, wokół tulskiego samowara. Jego bohaterowie nie znali telewizji, mieli za to mnóstwo czasu na rozmowy o zmierzchu.

Dymitr Aleksiejewicz widział przed laty obraz z epoki, kiedy ludzie głęboko wierzyli w możliwość budowy lepszego, komunistycznego świata, w którym nie będzie fabrykantów, obszarników, krwiopijców i wyzyskiwaczy, żywiących się potem ludu pracującego. Na obrazie tłum nawiedzonych prawosławnych „świętych”, mnichów, popów i jurodiwych oraz innych podobnych pasożytów społecznych, żerujących na ludzkiej naiwności i klasowej nieświadomości, uciekał bojaźliwie przed tym nowym, jakie parło zdecydowanie do przodu z wysoko wzniesionym w rękach dzielnych mołojców czerwonym sztandarem. Obraz został podpisany Odchodząca Ruś. Wydawał mu się ciekawą, w swoich ideowych założeniach, kompozycją, chociaż walory artystyczne przegrywały w nim z propagandowymi.

Miał pewien sentyment do tego co było onegdaj. Szacunek, ograniczony oczywiście przez świadomość walki klas. Zdawał sobie też sprawę, że sztuka dawnych wieków wykorzystywana była cynicznie do alienacji świata pracy. Temu właśnie służyły ikony w cerkwiach.

Kierunek studiów wybrał przypadkowo. Zapisał się ostatecznie na historię sztuki, chociaż pociągała go turkologia albo geografia. Chciał kiedyś, wzorem Przewalskiego, podróżować po Azji, dokonując odkryć. Okazało się jednak, że wszystko co było do odkrycia, już odkryła radziecka, przodująca w świecie, nauka. Historia sztuki sprowadzała się do katalogowania burżuazyjnych artystycznych fanaberii.

Na temat techniki powstawania ikon wiedział chyba wszystko, a jak lubił mawiać jeden z jego przyjaciół – nawet o wiele więcej. Dawni mistrzowie pisania ikon (tak mówiono na Rusi) wiele wysiłku wkładali w przygotowanie deski i podkładu, malowanie (ikonopisanie) zwieńczało jedynie cały cykl czynności wstępnych.

Dawniej mnisi, gdyż głównie oni zajmowali się tworzeniem cerkiewnej sztuki, podczas pracy odmawiali psalmy. Chcieli w dziele wyrazić nie nastrój chwili, jak to przyjęte w malarstwie świeckim, tylko doświadczenie modlitwy, czego współcześni nie rozumieli.

Dostał do renowacji starą, zniszczoną ikonę. Niegdyś na Rusi otaczano ten wizerunek szczególnym pietyzmem. Była to słynna Vera icon, czyli Spas nie ręką ludzką uczyniony. Związane z nią było podanie o asyryjskim królu Abgarze, którego uzdrowiło spojrzenie na ten wizerunek. Ikona, nad jaką pracował, powstała w środowisku wyznawców starych obrzędów, wiernych stróżów dawnych duchowych tradycji. Wiele wycierpieli za swoje przekonania. Prześladowani, kryli się w gęstych borach północnego kraju, aby tam pracą i modlitwą budować alternatywne społeczeństwo.

Ikona, jaką delikatnie dotykał, znajdowała się w opłakanym stanie. Nigdy nie zastanawiał się nad losem ikon w radzieckiej ojczyźnie i ogromem barbarzyństwa, z jakim się z nimi obchodzono. Nikt nie policzy ikon bezpowrotnie straconych, spalonych, porąbanych, przepadłych świadectw geniuszu pokoleń. Magazyny pełniły rolę więzień dla ikon, jakby bano się ich oddziaływania.

Przed laty w małym kołchozie, w miejscowości nazywanej niegdyś Nikołajewsk a po rewolucji Lenińsk, był świadkiem dramatycznej sceny. Wnuk – aktywista ruchu postępowej młodzieży, przykładny komsomolec, zabrał starą ikonę własnej babce z zamiarem jej zniszczenia. Dla starej kobiety była jedyną rodzinną pamiątką, relikwią, ostatnią więzią z daw¬nymi laty, kiedy starzy ludzie nie byli wyzywani przez własnych wnuków od ciemnych, durnych, wiejskich bab z powodu pójścia do cerkwi.

Babcia klęczała na ziemi, płacząc i załamując zreumatyzowane ręce. Błagała wnuka – jeżeli pozostało w nim cokolwiek z ludzkich uczuć – by pozostawił jej pamiątkę w spokoju. Przecież niedługo złożą ją wraz z ikoną do trumny i już nikomu nie będą więcej przeszkadzać.

Wnuczek, z diabolicznym uśmiechem, położył ikonę na brzozowym pieńku, na którym rąbano drzewo. Babcia mocno zacisnęła powieki, żeby nie oglądać egzekucji. Od tamtej pory przestała się odzywać. Zamknęła się w sobie jak w klasztornej celi. Często biła pokłony, czołem dotykając ziemi. Nie minęło wiele czasu, jak we śnie wydała ostatnie tchnienie, bez pożegnania z rodziną.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Tadeusz Wyszomirski

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token