Numer 7(361)    lipiec 2015Numer 7(361)    lipiec 2015
fot.Anna Radziukiewicz
Tu od śmierci się wybawiła. Tu śmierć przyjęła
Anna Radziukiewicz
Upokoj Hospodi duszu uspopszej raby Bożijej Anny – niesie się po łąkach pod Knorydami, płaskich jak stół, głos batiuszki Mirosława. Batiuszka modli się w chłodny czerwcowy, mokry ranek. Wokół niego skupiło się kilkanaście osób. Oni pamiętają Annę Ostrożańską. Odeszła 10 lat temu, gdy miała 92 lata. Urodziła się w Knorydach koła Bielska Podlaskiego. I tu przeżyła drugą wojnę światową. Choć mogła jej nie przeżyć. Ktoś ze wsi doniósł Niemcom, że pomaga partyzantom, choć była to nieprawda. Niemcy zaczęli jej szukać. Lawonicha, kobieta ze wsi, schowała ją pod kopańkę i narzuciła na nią szmaty. Niemcy jej nie znaleźli, ale całą wieś trzęśli dalej. Wtedy uciekła na łąki, gdzie stała kapliczka, od pradawna znacząca miejsce święte. Kapliczka chroniła źródło ze świętą wodą. Ludzie jej nie zamykali, żeby każdy mógł przyjść o każdej porze ze swoim bólem i pomodlić się do Bogarodzicy.

Anna weszła do kapliczki. Modliła się w niej trzy dni. Bogarodzica wzięła ją najwyraźniej pod swoją opiekę, bo gdy potem wróciła do domu, Niemcy już jej nie szukali.

Ostatnie trzydzieści trzy lata przeżyła w Białymstoku u syna i synowej.

– Dla niej źródełko koło Knoryd było miejscem tak świętym, jak Jerozolima – mówi synowa Halina, która dziś na Piatienkę, czyli w dziesiąty piątek po Wielkiej Nocy, przyjechała pomodlić się razem z kilkuset wiernymi i kilkoma duchownymi, w dniu dla tego miejsca najbardziej uroczystym w roku.

Przyjechała i Zinaida Zinkiewicz z Bielska Podlaskiego. Anna to jej ciocia, siostra mamy.

– Ciocia nie miała lekkiego życia. Jej mama, bieżenka, zmarła, gdy ciocia miała dziewięć miesięcy – mówi. – Ciocia bardzo lubiła się modlić. Gdy mieszkała w Białymstoku, nie przepuściła ani jednego roku, by nie przyjechać na Piatienkę do Knoryd. Gdy już sama nie mogła dojechać autobusem do Knoryd, prosiła, by ktoś ją przywiózł. We czwartek była już zwykle u nas w Bielsku, by w piątek niemal o świcie wyruszyć do źródełka, gdzie wodoswiatnyj molebien rozpoczyna się o wpół do siódmej, po nim Liturgia. Tak samo było w 2005 roku. Ciocię przywiózł z Białegostoku mój syn, Grześ (Grzegorz Zinkiewicz jest ikonopiscem). Ciocia, mimo swoich dziewięćdziesięciu dwóch lat, weszła sama na pierwsze piętro.

Opowiedziała jeszcze, jak jej prawnuczka Różyczka, którą się opiekuje, płakała i prosiła, by jej babci nie zabierali. „Wykupiła się” dziesięcioma złotymi i obiecała że jutro już wróci. Zjadła postnego gołąbka. Ja, jak kobieta, jeszcze kręciłam się kuchni, coś gotowałam. Zajrzałam przed snem do cioci. I wiedzę, modli się. Następnego dnia wstałam wcześnie. Idę ciocię obudzić, a tu widzę – ona znów się modli. Pojechaliśmy do źródełka do Knoryd. Zbierali się pierwsi ludzie. Ciocia wyszła z samochodu i poszła do kapliczki, spod której wytryska źródełko. Poprosiłam jakąś kobietę, by nas przepuściła, bo obie spieszyłyśmy się do spowiedzi. Ciocia wzięła mnie mocno za rękę i nachyliła się, by zaczerpnąć wody. Ale czuję, że się obsuwa. Już leży na łące, tuż obok świętej wody. Nadbiegają ludzie, a ona tylko trzy razy zacharczała. I koniec. Grześ wezwał pogotowie ratunkowe. Przyjechali lekarze i stwierdzili zgon. Przyszli batiuszkowie i mnich z Jabłecznej, ten najstarszy, Grysza go nazywają, i wszyscy odmówili modlitwy na ischod duszy.

– Ciocia od śmierci się tu wybawiła i tu śmierć przyjęła – kończy Zinaida Zinkiewicz.

Wśród krzyży postawionych na świętym miejscu pod Knorydami, ten drewniany, upamiętniający Annę, jest najokazalszy. Pod nim kamienna tabliczka, przypominająca, że tu dokończyła swego żywota. Na świętym miejscu, które tak ukochała.

Anna Radziukiewicz
fot. autorka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token