Numer 8(362)    sierpień 2015Numer 8(362)    sierpień 2015
fot.Anna Radziukiewicz
Po powrocie z bieżeństwa
Eugeniusz Mironowicz
Tekst profesora Uniwersytetu w Białymstoku Eugeniusza Mironowicza jest fragmentem zleconej przez Biuro Analiz Sejmowych opinii na temat konsekwencji bieżeństwa 1915 roku dla mniejszości białoruskiej, ukraińskiej i rosyjskiej w Polsce.

Z Rosji do swoich wiosek na Białostocczyźnie, Grodzieńszczyźnie czy Chełmszczyźnie wracali ludzie bardzo biedni. Ci, którzy dorobili się jakichś pieniędzy, wydali je w drodze powrotnej na kupno chleba czy kartofli. Nawet gdy komuś udało się dowieźć rosyjskie pieniądze, w Polsce okazały się bezwartościowe. Majątkiem, którym dysponowała większość bieżeńców, były ręce do pracy i nieużytkowana od kilku lat ziemia. Dorobek wielu pokoleń przestał istnieć. To, co zabrali ze sobą uciekinierzy, przepadło najczęściej jeszcze w drodze do Rosji.

Ci, którzy wrócili, najgorzej wspominali pierwsze lata na rodzinnej ziemi. Głód, epidemia tyfusu, poszukiwanie schronienia przed chłodem i brak pomocy. Większość zapamiętała zamieszkiwanie w szałasie lub ziemiance, zupy z lebiody, pokrzywy i innych polnych ziół, chleb z kory drzewnej i czarnej rzodkwi, żebranie o kromkę chleba lub pojedynczy kartofel dla dzieci w katolickich wioskach lub żydowskich miasteczkach.

Odtwarzanie stanu posiadania sprzed 1915 roku trwało praktycznie całe dwudziestolecie międzywojenne.

Na pomoc państwa polskiego nie mogli liczyć. Nie miało ono po pierwsze realnych możliwości pomocy, a jego władze problem uważały za drugorzędny. Po drugie bieżeńcy to prawosławni Białorusini lub Ukraińcy, podejrzani z kilku powodów – jako potencjalni separatyści, bolszewicy, zwolennicy Rosji lub obcy wyznaniowo schizmatycy. Tak czy inaczej, z punktu widzenia władz element podejrzany i potencjalnie destrukcyjny.

Od 1919 roku na obszarach, które ogarnęła fala uchodźstwa, tworzyły się struktury państwa polskiego. Armia polska i administracja zachowywały się na ziemiach zamieszkałych przez powracającą ze wschodu ludność białoruską lub ukraińską jak w podbitym kraju. Wbrew deklaracjom Józefa Piłsudskiego o federalizacji i poszanowaniu odrębności kulturowej i narodowościowej mieszkańców wschodnich województw, struktury władzy były tworzone wyłącznie przez Polaków i z uwzględnieniem interesów miejscowej ludności polskiej. Polacy obsadzili wszystkie urzędy, zamknięto nieliczne szkoły białoruskie i ukraińskie, utworzone w okresie okupacji niemieckiej, aresztowano wielu przedstawicieli inteligencji, usiłujących budować struktury państwowości białoruskiej lub ukraińskiej. Jedynym językiem urzędowym uczyniono polski. Burzono lub przekazywano na rzecz Kościoła katolickiego świątynie prawosławne, uznając je za instrument rusyfikacji ludności kresowej. Polityka ta zderzyła się z falą powracającej z Rosji ludności białoruskiej i ukraińskiej, przekonanej już o względności każdej władzy.

Powracających do swoich wsi uchodźców nie łączyły z państwem polskim więzi emocjonalne, kulturowe, religijne, językowe, a jedynie miejsce urodzenia. Nawet ci, którzy w szkółkach carskich lub u bolszewików nauczyli się czytać i pisać, w Polsce ponownie stali się analfabetami. Młodzi ludzie powołani do polskiego wojska nie rozumieli swoich dowódców i wydawanych przez nich poleceń, co prowadziło do ich poniżania, a w konsekwencji dezercji i szukania schronienia w różnych grupach zbrojnych, związanych z białoruskimi lub ukraińskimi ruchami politycznymi. Jeden z dezerterów z Białostocczyzny, który w 1922 roku trafił do białoruskiego oddziału partyzanckiego, pisał o swoim pobycie w wojsku polskim: „Obca i ohydna była ta mowa (polska – E.M.), nic nie można zrozumieć ani wykonać. Kaprale chamami i bydłem i nie wiadomo jak jeszcze nas nazywali i znęcali się”.

Inny członek tego samego oddziału partyzanckiego, działającego w okolicy Puszczy Białowieskiej, pisał, że do ucieczki do lasu zmusiły go po powrocie z bieżeństwa głód i bezduszność urzędników, oczekujących danin na rzecz państwa. Również w procesie 45 członków białoruskiej organizacji konspiracyjnej, toczącym się na początku lat dwudziestych, oskarżeni jako powód antypaństwowej działalności najczęściej wskazywali beznadziejność położenia socjalnego najbliższej rodziny i brutalność osób reprezentujących państwo.

Niewiele zmieniło się także w następnych latach. Bieżeńcy po latach wyrzeczeń dorabiali się najczęściej lepianki z gałęzi, desek i gliny, służącej za dom, budynków gospodarczych, zwierząt domowych. Drewniane podłogi w domach zaczęto wstawiać dopiero u schyłku lat 30. XX wieku. Ponieważ każdy grosz był przeznaczany na odbudowę gospodarstwa, większość ludności funkcjonowała w sferze gospodarki niemal naturalnej. Na wsi do końca lat trzydziestych we własnym zakresie wyrabiano narzędzia do prac polowych i gospodarstwa domowego, ubrania, obuwie. Kupowano niewiele – czarną sól, naftę, sacharynę. Konia lub krowę trzymano na zapłacenie podatku. Kto nie miał tej rezerwy podatkowej, musiał liczyć się z wyprawą komornika i konfiskatą wszystkiego co miało jakąkolwiek wartość rynkową. Głód, zwłaszcza na przednówku, był zjawiskiem powszechnym.

Kontrastowało to z położeniem tych, którzy nie uciekli do Rosji w 1915 roku. Oni nie musieli odbudowywać własnych gospodarstw. Dlatego stosunek mieszkających w sąsiedztwie katolików do okresu międzywojennego był zupełnie inny.

Brak respektu dla władzy jako takiej, ukształtowany podczas pobytu w Rosji, w konfrontacji z błędami popełnianymi przez kolejne rządy polskie, sprzyjał upowszechnianiu postaw nieustannej dezaprobaty zarówno wobec władzy, jak i samej instytucji państwa. Łatwo zyskiwały poparcie organizacje białoruskie, ukraińskie, a także rosyjskie, wyróżniające się radykalizmem politycznym o charakterze antypaństwowym. Początkowo przekładało się to nawet na powstawanie struktur o charakterze zbrojnym. Dokładniejsze analizy materiałów rządowych i policyjnych wskazywały na różne polityczne przyczyny buntu, lecz z reguły podstawową było poczucie socjalnej beznadziejności, a w następnej kolejności dyskryminacja z powodu odmienności kulturowej i narodowej.

Raporty policyjne dostarczają wielu informacji o organizacjach powstańczych, przygotowaniach do udaremniania zamachów z udziałem byłych uczestników rosyjskiej wojny domowej, którzy z bieżeństwa powrócili do swoich miejscowości.

Część tych struktur powstańczych powstała wprawdzie w umysłach konfidentów policji, lecz dość wyraźnie przebija się motyw nielegalnej aktywności politycznej zarówno byłych czerwonoarmistów, jak i ich przeciwników, walczących w armii Denikina lub innych antybolszewickich formacjach.

Kryzys na wsi trwał do połowy lat pięćdziesiątych XX wieku. Dopiero u schyłku tej dekady, gdy zaczęło zanikać przeludnienie i relikty gospodarki naturalnej, pojawiły się realne dochody z tytułu skromnych nadwyżek żywności na sprzedaż. Możliwy stał się zakup ubrań, obuwia, wyposażenia gospodarstw.

Na wschodniej Białostocczyźnie poziom cywilizacyjny Wielkopolski z końca XIX wieku został osiągnięty dopiero w latach sześćdziesiątych XX wieku. W dużej mierze było to także następstwo zapaści, spowodowanej konsekwencjami uchodźstwa i dewastacji infrastruktury wiejskiej latem 1915 roku.

Następstwem doświadczeń pokolenia bieżeńców była jego postawa po drugiej wojnie światowej wobec projektów repatriacyjnych. Żadne obietnice nie przekonywały do dobrowolnych wyjazdów do ZSRR. Swoje wsie opuszczali jedynie ci, których do tego zmuszono groźbą utraty życia.

W odrodzonym państwie polskim najbardziej zmieniła się sytuacja Cerkwi prawosławnej. Uległa ona gwałtownemu pogorszeniu. Straciła opiekę ze strony państwa. Nastąpiła też dezorientacja światopoglądowa wiernych, którzy byli świadkami upadku organizacji cerkiewnej w Rosji.

Władze i polskie społeczeństwo skłonne były utożsamiać to wyznanie z epoką rosyjskiego panowania. Dlatego z chwilą pojawienia się władzy polskiej w 1919 roku, na obszarach dotkniętych uchodźstwem mnożyły się incydenty, które miały znamiona działań odwetowych. Ofiarami stawali się nie kreatorzy polityki carskiej, lecz duchowni i zwyczajni wyznawcy prawosławia, powracający z Rosji do swoich miejscowości.

W piśmie, skierowanym przez delegatów Zjazdu Duchownych i Laików Prawosławnej Diecezji Litewskiej do Delegata Rządu Rzeczypospolitej w Wilnie z 21 czerwca 1921 roku, pisano o biciu i poniżaniu duchownych prawosławnych przez żołnierzy lub ludność katolicką, dewastacji i profanowaniu cerkwi, przejęciu świątyń i dóbr cerkiewnych przez katolików w okresie bieżeństwa oraz odmowie ich zwrotu po powrocie właścicieli. Miejscowe władze – pisano – z obojętnością lub nawet z życzliwością dla sprawców przyglądały się tym zdarzeniom, nigdy nie okazywały pomocy pokrzywdzonym ani nie szukały winnych ataków na duchownego lub dewastacji cerkwi.

Zgoda na objęcie własnych parafii przez powracających z Rosji duchownych była uzależniana od woli lokalnych urzędników. Ci natomiast, niekiedy bez żadnych dowodów, stwierdzali że są przeciwni, argumentując że kandydat na proboszcza jest niebezpieczny dla polskiej racji stanu.

Mniej znanym następstwem bieżeństwa była dekompozycja całej struktury życia religijnego środowisk prawosławnych. Uchodźcy byli świadkami upadku autorytetu Cerkwi, profanacji wszelkich świętości i poniżania kleru. W ich obecności potężna instytucja, dająca nadzieję na ostateczną sprawiedliwość, została odarta ze sfery sacrum. Ikony i księgi, w których moc głęboko wierzono, płonęły na stosach jak wszystkie przedmioty materialne. Jednocześnie w Rosji zaroiło się od magów, oferujących „prawdziwą wiarę w prawdziwych bogów”, tłumaczących świat i realne piekło na ziemi w sposób prosty i bardziej zrozumiały niż zawiłe rozmyślania „świętych ojców Kościoła” i uczonych teologów. Ku zbawieniu prowadziły rozliczne proste uczynki i najdziwniejsze rytuały. Zapożyczone w Rosji wzorce łatwo znajdowały zwolenników wśród bieżeńców.

Wraz z uchodźcami nie wracała z reguły tradycyjna pobożność chłopska, szacunek dla kleru ani wiara w dogmaty Cerkwi. Wyraźnie kontrastowało to z pobożnością mieszkających w sąsiedztwie katolików i Żydów. Wraz z bieżeńcami pojawiły się nowe wierzenia, przywiezione z Rosji. Najbardziej znany ruch religijny samozwańczego proroka Ilii Klimowicza na Białostocczyźnie miał nawet kilkanaście tysięcy wyznawców, którzy żyli w przekonaniu o rychłym końcu świata i z przywódcą kilkanaście lat czynili przygotowania do spotkania z Bogiem, naruszając wszelkie reguły życia religijnego, ustanowione przez Cerkiew.

Nowe grupy religijne stanowiły opozycję wobec oficjalnego prawosławia, ich ideologia objaśniała świat w łatwy sposób, dający oparcie wobec upokarzającej rzeczywistości. Niektórzy przywódcy ogłaszali się reprezentantami „prawdziwego prawosławia”, zaś reprezentujących Cerkiew duchownych określali mianem zdrajców i odszczepieńców.

Obok sekt przejawem kryzysu religijnego była plaga magii i zabobonów. W zasadzie każde zdarzenie, towarzyszące życiu ludzi, zwierząt lub wegetacji roślin, interpretowane było w kategoriach oddziaływania dobrych lub złych mocy. Przed tymi ostatnimi można było się bronić, wykonując różne czyny i gesty za radą lokalnych znachorów. Choroby dzieci, zwierząt lub usychające rośliny znajdowały źródła w „złych oczu” sąsiada, kuzyna lub innego mieszkańca miejscowości. Wykaz przejawów funkcjonowania białej lub czarnej magii na Białostocczyźnie w okresie międzywojennym i powojennym stanowił ludową niepisaną biblię, którą traktowano poważniej niż cerkiewne teksty liturgiczne i działalność duszpasterską kleru.

Nowością było pojawienie się wśród bieżeńców, pochodzących z tradycyjnych społeczności chłopskich, postaw ateistycznych i otwartej agitacji na rzecz światopoglądu, odrzucającego istnienie Boga. Do swoich miejscowości powróciły tysiące ludzi, którzy przewinęli się przez szeregi Armii Czerwonej. Nawet nie będąc członkami organizacji komunistycznych, niektórzy reprezentowali bolszewicki sposób postrzegania świata. Obok dezaprobaty wobec porządku prawno- państwowego negowali tradycyjny system wartości moralnych i etycznych, stanowiący ich zdaniem przeszkodę w zbudowaniu nowego świata.

Powracający do swoich parafii prawosławni duchowni nie przywozili z powrotem mienia cerkiewnego, które zabrali, wyjeżdżając do Rosji latem 1915 roku. Przepadła większość ikon, niekiedy będących przedmiotem lokalnego kultu przez wiele stuleci. W szaleństwie wojny domowej, prowadzonej przez bolszewików, wiele ikon zostało zniszczonych jako symbole wrogiej ideologii. Nie wróciły do Polski dzwony cerkiewne, wywiezione do Rosji.

Największe szkody związane były z utratą zbiorów bibliotek klasztornych i ksiąg parafialnych. Zaginęła między innymi większość zbiorów monasteru supraskiego, gromadzonego przez kilka stuleci. Przepadła także część dzieł powstałych w miejscowej drukarni, będącej jednym z najważniejszych centrów drukarskich w Wielkim Księstwie Litewskim w XVII i XVIII wieku. Monaster, wskutek opuszczenia go przez mnichów prawosławnych, został zajęty przez katolicki zakon salezjanów.

Utrata ksiąg poszczególnych parafii prawosławnych zamazała zapisaną w nich historię ludzi i miejscowości. Całemu pokoleniu bieżeńców i ich potomkom została zabrana część ich przeszłości, zapisanej w ikonach, księgach i dokumentach.

Ci, którzy przeżyli rosyjską odyseję, opowiadali o niej nieustannie do końca swoich dni. Za sprawą przekazu ustnego, temat bieżeństwa dotrwał do pokolenia prawnuków uchodźców z 1915 roku i staje się w ostatnich latach ważnym elementem ich tożsamości.

Eugeniusz Mironowicz

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token