Numer 8(362)    sierpień 2015Numer 8(362)    sierpień 2015
fot.Anna Radziukiewicz
Dawidowicze wróciły na zgliszcza
opr. Dorota Wysocka
Bieżeństwo 1915 roku długo nieobecne było nie tylko w polskiej historiografii, ale i w literaturze wspomnieniowej. Warstwa chłopska, która najliczniej w nim uczestniczyła, pamiętników  nie spisywała. Drukiem ukazało się zaledwie kilka, spod ręki duchownych, ziemian, ludzi wykształconych. Na wsiach, w kręgach rodzinnych, przekaz ustny był jednak żywy, tyle że zaczęto go zbierać i upowszechniać bardzo późno, gdy pamięcią wstecz sięgnąć mogli jedynie ci, którzy wówczas byli dziećmi. Opowieści bieżeńców, nie własnej rodziny, ale całej zbiorowości, już w latach osiemdziesiątych wysłuchała Irena Matus. Stały się one częścią monografii „Wieś Strzelce-Dawidowicze w tradycji historycznej”, wydanej w 1994 roku przez Białoruskie Towarzystwo Historyczne.

Niezwykła to książka, której bohaterami nie są pojedynczy ludzie, a wieś jako taka. Autorka poznawała indywidualne losy swoich rozmówców, ale splatała z nich historię całej grupy. Wszyscy oni byli już ludźmi starymi, w ich pamięć dramatyczne wydarzenia sprzed dziesięcioleci wryły się jednak mocno, a dzielili się  nimi otwarcie, ze szczegółami, z osobą, którą dobrze znali, też bowiem pochodziła z tej wsi.

Irena Matus rozmawiała w Dawidowiczach ze wszystkimi żyjącymi świadkami bieżeństwa, ustaliła losy niemal każdej rodziny – jak wyjeżdżali, dokąd dotarli, jak się im tam żyło, kiedy i jak wracali, co zastali po powrocie. I właśnie powroty są chyba najdramatyczniejszą częścią relacji. Nie pokonywanie przestrzeni i przekraczanie granicy, a odbudowywanie życia na rodzimej – spalonej – ziemi.

Tuż przed wyjazdem mieszkańcy wsi obserwowali na nocnym niebie łuny pożarów. Potęgowały one grozę i skłaniały do ucieczki przed zbliżającym się frontem. Byli pewni, że to Niemcy palą zajmowane gospodarstwa. Ze zdumieniem i przerażeniem zobaczyli w chwili odjazdu, jak rosyjscy żołnierze podpalają cztery wiatraki i zabudowania na skraju wsi.

Pierwsze rodziny, które powróciły w 1918 roku, żadnych zabudowań już nie zobaczyły. Nie pozostał po nich kamień na kamieniu. Zaczętego przez kozaków dzieła zniszczenia dopełnili mieszkańcy tych okolicznych wsi, które się nie ewakuowały. Rozebrali cokolwiek się dało i przewieźli do sobie. Tylko dwóm gospodarzom udało się odnaleźć swoje budynki gospodarcze i pod groźbą podpalenia zmusić do ich zwrotu. Reszta nie miała dachu nad głową.

Nie odnaleziono również  niczego, co przed wyjazdem zabezpieczono i ukryto – sprzętów, ubrań, wartościowszych przedmiotów, zwojów płótna. Przepadło wszystko.

Sąsiednie wsie w większości ocalały, ten kto miał tam rodzinę, u niej szukał schronienia na zimę, inni zajmowali wciąż puste domostwa w Puchłach, Socach, Ciełuszkach, Pawłach…
„W drodze do Dawidowicz zatrzymaliśmy się w Rybołach. Zabudowania wsi przedstawiały się nie najgorzej, znaczna część budynków ocalała. Pomimo zmęczenia ojciec wyruszył pieszo do Dawidowicz. Powrócił furmanką z Chalimonowym, który pomógł nam przetransportować się do Puchłów, gdyż z relacji ojca wynikało że do Dawidowicz nie ma po co wracać. W Puchłach ze współtowarzyszami podróży, rodziną Nikołajuków, udało się nam zamieszkać w domu, który parafia wybudowała dla psalmisty a w którym do wojny mieściła się szkoła cerkiewno-parafialna. Byli już tam lokatorzy, pewna rodzina z Goręd. Wprowadzili się, sądząc że uchodźcy już nie wrócą, a oni zajmą ich domy i ziemię. Wyganiano nas na plebanię, która znajdowała się w opłakanym stanie – powybijane szyby, wyrwane drzwi, rozebrane piece. W takich oto warunkach przetrwaliśmy zimę. Ojciec wynajmował się do pracy przy piłowaniu drewna, a ciotka Anna poszła na żebry” – relacjonowała Olga Antoniuk. 

Wiosną w Dawidowiczach wszyscy kopali ziemianki, stawiali szałasy. Przede wszystkim trzeba się było zatroszczyć o coś do jedzenia.
„Nie było takiej rodziny, z której ktoś nie udałby się na żebry. Chodziły głównie kobiety. Dzieci nie mogły się doczekać powrotu matki lub starszej siostry. Może poszczęści się tym razem i spróbują prawdziwego chleba lub przypomną sobie smak gotowanego ziemniaka. Wczesną wiosną podstawowe pożywienie stanowiły młode pędy sosnowe, później szczaw. Wiosna i lato obrodziły mnogością zielska, jagód i owoców.

W 1919 roku był wielki urodzaj na gruszki. Grusze pomagały również powracającym z tułaczki ustalić, gdzie przed laty stały ich zabudowania. Matka gotowała nam niedojrzałe gruszki na zrobionym pośrodku podwórka palenisku. Zupę przyrządzano z kilku rodzajów ziela. Do wrzącej wody wrzucano młode posiekane pędy pokrzywy i zabielano garścią mąki lub otrąb, jeśli były. Tak również gotowano lebiodę. Spożywano ziele zwane potocznie „snitką”, rosnące w sadach i pozbawione gorzkiego smaku. Suszono je, następnie tłuczono i gotowano podobnie jak pokrzywę i lebiodę lub pieczono, dodając mąki.

Kolejną zimę spędziliśmy w Dawidowiczach. Schronienie dała nam prowizoryczna chałupa, przerobiona z kupionej od Żyda łaźni służąca przedtem za suszarnię lnu. Budowę murowanki skończyliśmy dopiero w 1928 roku” – wspominała Katarzyna Grygoruk.
„Widok Dawidowicz był przygnębiający. Jedno wielkie pustkowie. Ulica porośnięta bujnym, różowo kwitnącym zielskiem, a po środku wąziutka ścieżka.

Wiosną moi rodzice po raz pierwszy wyruszyli w pole. Ciężka i prymitywna to była praca, zanim przy pomocy szpadli i motyk przygotowaliśmy do sadzenia ziemniaków leżącą przez kilka lat odłogiem ziemię. Posadziliśmy około dwóch worków zarobionych przez ojca ziemniaków. Pomimo tych prymitywnych warunków zebraliśmy jesienią dość obfity plon. Ojciec zakopcował kartofle na terenie naszego siedliska. Niestety, zostały skradzione. Nie zapomnę naszej wielkiej rozpaczy po stracie ziemniaków, z którymi łączyliśmy nadzieję na przetrwanie kolejnej zimy” – opowiadała  Olga Antoniuk.
„Nasza matka chodziła na żebry. Opowiadała, jak przeszła całą wieś Krynickie i uzbierała zaledwie dwanaście małych ziemniaków. W trzecim z kolei domu, w którym poprosiła o nocleg, została przyjęta. Spała na gołej glinie, a ze spożywanej przez domowników wieczerzy nie dostała ani okrucha” – w Annie Michaluk wciąż tkwiły przeżyte wówczas upokorzenia.
„Mężczyźni wynajmowali się najczęściej do pracy przy sianokosach i omłotach. Za jeden funt żyta trzeba było młócić cały dzień. Kobiety często przędły jedynie za samo jedzenie dla siebie.

Jeszcze przez parę lat po powrocie gospodynie piekły chleb, dodając do ciasta, dla oszczędności, gotowanej rzepy, co nadawało wypiekowi szklistego wyglądu i nieprzyjemnego zapachu. Pierwszy na stole bochen normalnego, bez dodatku rzepy, chleba, stał się symbolem przechodzącego do historii głodu” – to relacja Michała Antoniuka.
„Z rzodkwi matka piekła chleb. Najpierw odgoryczała ją przez gotowanie, następnie drobno tarła i dodawała mąki. Tak bardzo wtedy smakował. Rzodkiew i ziemniaki oczywiście postne, bo nie było ich czym okrasić, stanowiły podstawowe pożywienie. Gotowano zupę zwaną „swarepa”, z szyszek chmielowych, rosnących po sadach kwiatów „dryhali”  i różnorakiego, pozbawionego gorzkiego smaku, zielska”. Katarzyna Grygoruk płakała, wspominając tamten czas.
„Od razu po przyjeździe zorientowaliśmy się, w jak trudnej jesteśmy sytuacji. Dwie starsze siostry i matka poszły na żebry po wsiach, których mieszkańcy nie przeżyli tragedii  ewakuacji. Rzadko przyjmowano żebraków z życzliwością i współczuciem. Zdarzało się, że szczuto ich psami. Zimą kobiety wynajmowały się do prac domowych, za miskę strawy. Wycieńczone, schorowane, nie były czasem w stanie podołać tak wyczerpującej pracy jak przędzenie. Z bólem patrzyłem na obrzęknięte jak kłody nogi mojej matki, kiedy w niedziele wracała do domu. Jednak każda praca, która udało się znaleźć, była potrzebna, dlatego moja matka, nie zważając na stan zdrowia, nie chciała jej przerwać.

Wyżebrane lub tak ciężko zapracowane ziemniaki, stanowiące główną zapłatę, były wiosną 1922 roku naszą największą nadzieją. Nie zważając na dokuczliwy głód, przechowywaliśmy je jak największy skarb.

Tak bardzo się cieszyliśmy, kiedy po raz pierwszy wyruszyliśmy w pole  z kilkoma koszami pokrojonych ziemniaków rozdrobnionych tak, że już bardziej nie było można. Kobiety podzieliły nawet najdrobniejsze sadzeniaki. Nieuprawiana od kilku lat ziemia wymagała nie lada wysiłku, aby ponownie zaczęła rodzić i żywić swych właścicieli.

Ja, dwudziestoletni chłopak, głowa rodziny, zabrałem się za budowę schronienia. Stał się nim stóg o podstawie kwadratu, z charakterystycznym podnoszonym dachem. Jego inność polegała na tym, że miał zadaszenie wykonane z nazrywanego przez matkę na mokradłach sitowia. Roślina ta, nikomu przedtem niepotrzebna, teraz stała się powszechnie wykorzystywanym w „budownictwie” materiałem.

Przeżyliśmy nieopisaną radość, rozpalając po raz pierwszy ogień w  ubitym z gliny prowizorycznym piecu, 4 listopada 1922 roku. Wiedzieliśmy, że tej zimy już nie zamarzniemy, choć ciągle wielkim problemem było zgromadzenie opału. Głównym środkiem transportu były chłopskie plecy, mocno obolałe pod ciężarem mokrego drewna” –  opowiadał Bazyli Grygoruk.

Ludzie byli głodni, wyczerpani fizycznie i psychicznie. Szalały choroby zakaźne – tyfus, żółtaczka, febra. Ciężko pracowali i dorośli, i dzieci. Wielu na długo poszło na służbę.

Po latach podkreślano jednak niesłychaną solidarność, jaka w tamtym czasie łączyła wiejską społeczność. Ludzie pomagali sobie, jak potrafili. To się już później nie powtórzyło.

Z danych spisu powszechnego, przeprowadzonego 30 września 1921 roku, wynika, że w Dawidowiczach stało wówczas dwadzieścia domów. – Zgadzałoby się to – zauważa Irena Matus – gdyby za chłopską chatę uznać szopę, szałas czy ziemiankę.

Według spisu w Dawidowiczach mieszkało wówczas 112 osób – 65 kobiet i 47 mężczyzn.  Autorka książki kwestionuje tę liczbę. Ustaliła sporo wyższą. Powroty w istocie zakończyły się w 1921 roku, ale pod jego koniec przybyło tylko kilkanaście osób. Prawdopodobnie nie ujęto w spisie tych, którzy mieszkali tymczasowo w okolicznych wsiach i dalszych osadach.

Liczby podane przez Irenę Matus są przygnębiające. W bieżeństwo udało się 341 osób z 71 rodzin. Wróciło około dwustu, 40 procent, z 58 rodzin. Nie wróciło 13 rodzin. Znane są losy jedynie pięciu z nich. Nikt z pozostałych nigdy nie nawiązał kontaktu z krewnymi, choć zapewne nie wszyscy zmarli. Tylko 15 rodzin wróciło w całości, tak jak wyjechało. Pozostałe utraciły wielu najbliższych. W bieżeństwie urodziło się pięcioro dzieci, zawarto cztery małżeństwa.

Żadna inna wieś w okolicy nie została tak boleśnie dotknięta. Jej mieszkańcy, jak i inni bieżeńcy, cierpieli podczas ucieczki z rodzinnych stron, tułaczki, potem wojny domowej w Rosji. A potem wszystko, dosłownie wszystko, trzeba było zacząć od zera, bez dachu nad głową i zapasów jedzenia.  Przetrwali, ale bieżeństwo zawsze już uważali za swoje najważniejsze doświadczenie.

opr. Dorota Wysocka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token