Numer 8(362)    sierpień 2015Numer 8(362)    sierpień 2015
fot.Anna Radziukiewicz
Odmienieni przez Talerhof
Anna Rydzanicz
Światowa premiera filmu dokumentalnego Johna Righettiego i Marii Silvestri „Odmienieni przez Talerhof” miała miejsce 7 marca 2015 roku prawie jednocześnie w  Ruskiej Bursie w Gorlicach, niegdyś kuźni inteligencji łemkowskiej, gdzie we wrześniu 1914 roku rozpoczęły się represje austriackich władz skierowane przeciw oskarżonym o rusofilstwo jej członkom oraz w Nowojorskiej Bibliotece Publicznej. Dlaczego? Dążeniem twórców filmu, aktywnych działaczy rusińskiej społeczności w Stanach Zjednoczonych, było przekazanie potomkom tych, którzy wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych, jak najwięcej informacji o Thalerhofie, galicyjskiej Golgocie. Ponadgodzinna produkcja prywatnej fundacji Helen i Johna Timo stara się opowiedzieć o społeczności Karpatorusinów w Galicji w kontekście Talerhofu ustami naukowców z Polski, Stanów Zjednoczonych, Słowacji i Ukrainy, dziennikarza i poety oraz prawnuczki, wnuczki i córki internowanych.

To nieznany dziś większości okres. Wielojęzyczny dokument, bo występujący w nim mówią po polsku, łemkowsku, angielsku,  opatrzony został napisami w trzech wersjach.

Jak rodziła się orientacja rusofilska i czy była  zagrożeniem dla monarchii Habsburgów? Dlaczego doszło do represji i jak potoczyły się losy Karpatorusinów w wyniku prześladowań? Pierwsze kadry filmu ukazują pomnik ofiar Talerhofu w Czarnem i młodego człowieka, oddającego im cześć. W tle pobrzmiewa chóralnie wykonywana Wicznaja Pamiat z wyróżniającym się głosem łemkowskiego poety, psalmisty Piotra Trochanowskiego-Murianki, którego ten okres w historii Łemków ideologicznie ukształtował. Sceny kręcono w październiku w Polsce, a następnie w Grazu.    

– Rusini w II połowie XIX wieku szybko w Galicji awansowali. Wnosili ze sobą ducha rewolty, rewolucji, zamieszania – zakwestionowania od dawna obowiązującej w Galicji społeczno-politycznej i ekonomicznej hierarchii – mówi profesor Andrzej Zięba z Instytutu Etnologii i Antropologii Kultury Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Tak jak i Żydzi, Rusini mieli problemy z tożsamością. Ich kultury były mocne, ale nie do końca wiedzieli, kim są. Szczególnie, kiedy kulturę łączyło się z polityką. Żydzi asymilowali do kultury polskiej lub niemieckiej, rzadziej ukraińskiej. Rusini w swoich wątpliwościach dzielili się na różne orientacje.

W połowie XIX wieku pojawiło się przeświadczenie, że Rusini, od zachodnich wsi łemkowskich po wsie w głębi Rosji, są częścią Wielkiej Rusi. Orientację tę nazywano rusofilską. Najpóźniej pojawiła się tożsamościowa orientacja ukraińska.

Elita rusińska składała się w części z bardzo starych rodów, związanych z Cerkwią, wcześniej prawosławną, po unii brzeskiej greckokatolicką. Wyższą warstwę społeczną stanowiły rody duchownych. W Rzeczypospolitej cieszyły się, jako odrębny stan, licznymi przywilejami, dorównującymi szlacheckim, ale były niezamożne. W dziewiętnastym wieku ich dzieci zdobywały uniwersyteckie, świeckie wykształcenie. Mochnaccy, Hnatyszakowie, Kaczmarczykowie i Kuryłłowie, lekarze, prawnicy, nauczyciele, urzędnicy, tworzyli warstwę inteligencji.

– Środowisko duchowieństwa było niezwykle zaangażowane w działalność narodową i polityczną, ale podzielone na dwa obozy, moskalofilski i ukrainofilski – mówi dr hab. Włodzimierz Osadczy z Ośrodka Badań nad Historią i Tradycją Metropolii Lwowskiej Obrządku Łacińskiego. – Stąd równolegle występowały dwa nurty oświatowe,  reprezentowany przez ukrainofilskie towarzystwo „Proświta” i przez moskalofilskie „Obszczestwo im. Kaczkowskiego”.

– W tamtym czasie, a nawet dziś, moskalofile  byli utożsamiani z opcją prorosyjską, co było nie do końca prawdą, ale też nie było nieprawdziwe – mówi dr hab. Helena Duć-Fajfer z Instytutu Neofilologii Akademii Pedagogicznej w Krakowie. – Czuli się częścią wielkiej Rusi. Byli lojalnymi obywatelami monarchii austro-węgierskiej, ale też poczuwali się do związków z Rosją.

Inteligencka warstwa Rusinów, szczególnie na zachodzie Galicji, na Łemkowszczyźnie, określała siebie jako „ruskich”. Czuła się częścią wspólnoty obejmującej narody wschodniosłowiańskie – Rosjan, Białorusinów, Ukraińców i Rusinów Karpackich. Austria popierała ten ruch, dopóki był wyraźnie antypolski. Poparcie ustało, kiedy władze doszły do wniosku, że ta grupa poddanych, z racji prorosyjskich czy  proprawosławnych sympatii, może stać się nielojalna wobec Wiednia, co w dalszych konsekwencjach grozić  może nawet zmianą  granic. Tym bardziej, że z Rosji  zaczęła napływać pomoc materialna dla biednych Rusinów z Galicji. W Petersburgu, Kijowie działały komitety, organizujące zbiórkę pieniędzy, co było niechętnie widziane przez działaczy Ukraińców. Skargi docierały do namiestnika Galicji. W efekcie rząd wiedeński odmawiał dotacji organizacjom rusińskim.

– Wielu inteligentów i chłopów Galicji uważało, że ich pierwotną i prawdziwą religią jest prawosławie – mówi profesor Zięba. Z udziałem władz politycznych trwała walka o obywateli. Często posuwano się do intryg. Wiele też w świadomości Karpatorusinów zmieniła emigracja. Miała ogromny wpływ na stosunki polityczne, kulturowe i etniczne w  Galicji. Mało kto wie, że Rusini już w latach 70. XIX wieku stali się najliczniejszą grupą emigrantów do Stanów Zjednoczonych, a ta emigracja trwała przez dziesięciolecia. Wielu osiedlało się na stałe, ale też reemigranci z zarobionymi pieniędzmi wracali na Łemkowszczyznę. Do końca XIX wieku z Łemkowszczyzny do Ameryki Północnej wyemigrowało 30 proc. ludności.

– Moja rodzina wracała dwukrotnie, ostatecznie w 1913 roku. Przeczuwali, że wybuchnie wojna – mówi Paul Best, emerytowany profesor z Uniwersytetu Connecticut. – Za pieniądze rosyjskich władz, funduszy carskich, prywatnych sponsorów finansowano misje, ruch misyjny i misjonarską działalność w Stanach Zjednoczonych. 

W Ameryce nic nie przeszkadzało w określaniu się jako Rusin czy  prawosławny. Nie było Austro-Węgier i systemu monarchii z zakazem przyjmowania prawosławia i używania własnego języka. W Ameryce, w warunkach kultury wielkomiejskiej, emigranci szybciej dojrzewali i potrafili określić się w nowoczesnych kategoriach. Zdawali sobie sprawę z prawa do wolności.

– Powroty wydawały się Austrii niebezpieczne i prawie każdy reemigrant pozostawał pod nadzorem policjanta, władzy administracyjnej, czasem też kościelnej, bo mógł przywieźć niewłaściwe idee. Poza tym emigracja zwiększała niezależność finansową. Uniezależniała od pomocy. Oni sami mogli tworzyć organizacje, zakładać gazety, zdobywać wykształcenie, które przecież kosztowało. Jednym słowem emigracja nie była tak szkodliwa, jak jej skutki – mówi profesor Zięba.

– Trzeba pamiętać, że przed I wojną światową Austro-Węgry były skonfliktowane z Rosją. W prasie uprawiano politykę. Tacy ludzie jak Łemkowie-Rusini, orientacji rusofilskiej lub staroruskiej, byli uważani za wrogów. Już przed wojną obwiniano ich o przyjmowanie finansowej pomocy od Rosji, wykonywanie rozkazów z Rosji i szpiegostwo – mówi dr Bogdan  Horbal, historyk z Nowojorskiej Biblioteki Publicznej, autor cennych publikacji na temat politycznej działalności Łemków na początku XX wieku.

To rodziło represje. Zarówno na prowincji, jak i miastach.
– Wesele na wsi łemkowskiej. Pani młoda w welonie. Pan młody elegancko ubrany, goście. Ale już toczy się wojna i front jest w pobliżu tej wsi. Wpada oddział austriacki, ogarnięty żądzą zemsty na ludziach podejrzewanych o zdradę. Wszystkich wypędzają z domu i każą im kopać dół, a po wykopaniu tego dołu wszystkich rozstrzeliwują i zakopują. Scena jak z II  wojny światowej, a zdarzyła się w czasie pierwszej  – opowiada profesor Zięba.
 
Rozpoczął się terror. Szubienice, egzekucje, samosądy. Piotr Trochanowski, redaktor naczelny łemkowskojęzycznego miesięcznika „Besida”, przypomina tragedię rodziny Kaczmarczyków. Kiedy o. Teofil Kaczmarczyk, proboszcz Binczarowej, siedział w Talerhofie wraz z synami, Lubomirem i Włodzimierzem, jego wnuka, który pojechał po lekarstwo dla babci  do apteki na rynku w Grybowie, aresztowano, osadzono w więzieniu i parę dni później powieszono na tym rynku. – Trzy dni tam wisiał. Nie pozwolono go pogrzebać, żeby wszyscy zobaczyli, jak Rusin wisi – mówi Trochanowski.

Nagonka w prasie doprowadziła do tego, że tłum chciał oglądać ukaranych zdrajców. Napływały donosy również ze strony ukraińskich polityków i inteligencji. We wsiach rozpoczęły się masowe aresztowania. Ludzi zwożono do więzień. Najczęściej do Gorlic lub Grybowa. Kiedy te były już przepełnione, rzekomych winnych wsadzano do wagonów kolejowych i wśród obraźliwego tłumu odprawiano w nieznane. Zwykle taka podróż trwała trzy dni. Dziennik „Łemka z Talerhofu” Teofila Kuryłły, aresztowanego studenta prawa i syna o. Wasyla, proboszcza z Florynki, jest doskonałym świadectwem tamtych dni. Pierwsza notatka opowiada o tamtych wydarzeniach.

– Talerhof w Grazu i Teresin w Czechach stanowią symbol tych pierwszych eksperymentów na prostych ludziach, którzy przecież nie mieli broni, nie szpiegowali  – mówi Valerij Padiak z Wydziału Języka i Kultury w Preszowie na Słowacji. Profesor Best wyjaśnia istotę obozów koncentracyjnych, powołując się na źródła historyczne, przywołuje wojnę burską, gdzie Brytyjczycy w Południowej Afryce zebrali etnicznych Holendrów i umieścili w obozach. Natomiast profesor Padiak podkreśla, że Rusini byli pierwszym narodem, który przeszedł prześladowania obozów koncentracyjnych, bo tym w istocie były określane jako obozy internowania, związane z przemieszczaniem się ludności – Teresin i Talerhof. To, co podczas II wojny światowej było ściśle związane z polityką narodowościową, dwadzieścia pięć lat wcześniej dotknęło Karpatorusinów.

Teorię tę potwierdza doktor Horbal. – Nie zrobili nic złego. Nie było na początku procesów. Oskarżano ich na podstawie list z nazwiskami prenumeratorów czasopism o charakterze rusofilskim lub staroruskim, członkostwa w organizacjach oświatowych, jak „Towarzystwo Kaczkowskiego”. Łemkowie przed wojną byli aktywni politycznie – mówi. W dziewięćdziesięciu procentach więźniami Talerhofu byli inteligenci. Więziono oczytanych i zorientowanych politycznie chłopów.

  Austria zdecydowała się na prześladowania swoich obywateli, ale technicznie nie była do tego przygotowana. Przez miesiące kobiety, starców i dzieci trzymano na terenie ogrodzonym drutem kolczastym.  Najpierw na gołej ziemi, pod gołym niebem, później w prowizorycznych namiotach, potem w barakach, które sami sobie musieli zbudować. Kiedy było spokojnie, więźniom pozwalano na kulturalne zajęcia. Tworzono chóry, pozwalano na praktyki religijne, ale też więźniów wzywano na przesłuchania. Część z nich już latem 1916 roku, wcześniej, że uznano ich za zdrajców, wcielono do armii austriackiej, by walczyli w obronie cesarza. Wcześniej zwalniano omyłkowo internowanych Ukraińców, potem Polaków i Żydów. Rusini, uważani za rusofilów, nie byli zwalniani.

Warunki w obozie były bardzo trudne. Złe jedzenie sprawiało, że ludzie musieli sobie radzić sami. Część z nich otrzymywała pieniądze lub paczki żywnościowe z domu. Bywało, że otrzymywali też paczki z pomocą żywnościową od rodziny lub znajomych ze Stanów Zjednoczonych. W obozie funkcjonował sklep dla żandarmów, gdzie internowani nie mogli kupować bez specjalnego zezwolenia. Z czasem, za specjalnym zezwoleniem, niektórych więźniów wypuszczano na przepustki do Grazu, celem zrobienia drobnych zakupów dla siebie i współwięźniów. Stopniowo w obozie ukształtowała się działalność usługowa. Strzyżenie, naprawa butów czy odzieży za drobną odpłatnością były tolerowane przez żandarmów.

W rodzinie Sandowiczów pamięć o Talerhofie trwała dzięki o. Maksymowi Sandowiczowi, urodzonemu w Grazu synowi rozstrzelanego męczennika za wiarę Maksyma Gorlickiego i uwięzionej tam wraz z jego ojcem, Tymoteuszem Sandowiczem i brzemiennej matuszki Pelagii. To ona przekazywała tę wiedzę urodzonemu w Grazu synowi. – Babcia starała się ten okres pominąć – uważa jednak Wiera Sandowicz-Bąkowska, prezes Fundacji Wspierania Mniejszości Łemkowskiej „Rutenika”, wnuczka świętego Maksyma.

– Wydarzenia w Talerhofie były zapowiedzią tego, co miało się stać w czasie II wojny światowej. Były wstępem do holokaustu – stwierdza profesor Zięba. Straszne warunki sanitarne, wykopany dół i drąg na brzegu, załatwianie się grupowe, na rozkaz. Następstwem tego były choroby, tyfus i cholera. Chorych izolowano jedynie w osobnym namiocie, więc zarazki rozprzestrzeniały się bardzo szybko. Poza obozem powstał cmentarz „Pod sosnami”. Zmarłych pozwalano odprowadzić z procesją jedynie do bramy.

– W Wiedniu znajdują się dokumenty z tamtego okresu o więźniach, którzy trafili do Talerhofu. Wykonane z pedantyczną starannością wykazują nie tylko dane więźnia, imię ojca, wyznanie, wiek i miejsce zamieszkania oraz dokładną datę śmierci  – mówi o ewidencji zmarłych Viktor Padiak. Miejsca, gdzie znajdował  się cmentarz, nie można zobaczyć, bo na jego terenie wybudowano lotnisko.

– Byłam w Grazu w latach 70. Tam nie było nic, lotnisko – mówi Wiera Sandowicz-Bąkowska. – W kaplicy w Feldkirchen, gdzie przeniesiono ekshumowane kości, nie było wtedy żadnej tablicy. Nie było jej również w 90. rocznicę założenia obozu. – Ci ludzie nie mieli nic, tylko błoto. Uważam, że tylko cudem mojej babci udało się w tak koszmarnych warunkach urodzić mojego ojca, urodzić żywego. Proszę sobie wyobrazić niemowlę w obozie. Druty kolczaste i żandarmi, to były jego wspomnienia z dzieciństwa.

Po upadku monarchii Habsburgów polscy działacze polityczni nadal pozostali aktywni, podobnie jak niegdyś lojalni wobec  Austro-Węgier Ukraińcy, stanowiący teraz  mniejszościową opozycję. Natomiast wśród Rusinów nastąpiło ewidentne załamanie się elit. – Wprawdzie inteligencja rusińska istniała, ale straty były zbyt duże, żeby można było je nadrobić intelektualne i psychiczne – mówi profesor Zięba.

Talerhof zmniejszył liczbę łemkowskich liderów. Wielu spośród internowanych wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Przed wojną Łemkowie mieli szereg instytucji, które zniknęły ponieważ nie było się komu nimi zajmować. W niektórych przypadkach ich majątek przejęło państwo. Nie było komu się o to upomnieć.

Mimo to nastąpił zryw
– 5 grudnia 1918 roku na plebanii we Florynce, za sprawą dawnych więźniów Talerhofu, o. Teofila Kaczmarczyka, proboszcza Binczarowej oraz o. Wasyla Kuryłły z Florynki i jego syna, doktora prawa, Jarosława Kaczmarczyka, prezydenta Narodowej Republiki Łemków, miał miejsce niepodległościowy wiec – mówi Helena Duć-Fajfer. – Musimy zadbać sami o siebie w tych nowych politycznych warunkach – przytacza słowa internowanych.

– W kontekście doświadczeń tych ziem, o których mówimy, Europy Wschodniej, pogranicza, niesprawiedliwe jest przemilczanie kolejnej martyrologii, której symbolem jest Talerhof. Obóz powstał, żeby eliminować jednostki, które nie pasowały do ogólnej koncepcji narodowości i chciały się samookreślić. To dobry początek do uczciwego odtwarzania historii Europy środkowo-wschodniej – mówi Włodzimierz Osadczy.

– Należy uświadamiać, że ludobójstwo dotyczy nie tylko narodów, które ucierpiały w czasie ostatniej wojny. Nie tylko spotkało Żydów czy Tatarów krymskich, ale w XX wieku jednym z pierwszych narodów, obok Ormian, który doświadczył dyskryminacji i został poddany ludobójstwu, byli nasi karpaccy Rusini – mówi profesor Padiak.

– Łemkowie byli ledwie tolerowani. Szczególnie wtedy, kiedy nie godzili się na oficjalną linię państwa, do którego należała ich ojczyzna, bo Karpaty były ich ojczyzną – mówi Wiera Sandowicz- Bąkowska. – Ustalanie granic odbyło się ponad ich głowami,  nikt ich o zgodę nie pytał. Oni byli tymi, którzy na tej nieżyznej ziemi wydzierali kawałeczek chleba dla siebie. Ledwie – powtórzę – ich tolerowano. Nie tylko mój dziadek, ale i inni Łemkowie za dumę ze swego pochodzenia zapłacili wysoką cenę. Często cenę życia.

– Talerhof przez cały czas pozostaje symbolem naszego trwania, naszego przetrwania. To uwięzienie uświadomiło nam, że musimy trzymać się razem. Ono nas scementowało, uświadomiło nam, że jesteśmy odrębną grupą, która walczy o coś określonego – mówi Piotr Trochanowski. – Wystarczyło napisać, że jest się  Ukraińcem i na drugi dzień można było zostać zwolnionym, ale nikt tak nie pisał. Woleli cierpieć, a nawet umierać. To poświęcenie było przepiękne i ono nas zbudowało na wiele lat.

„Odmienieni przez Talerhof” dziś można zobaczyć w Internecie. W Stanach Zjednoczonych film, prezentowany w rusińskich i akademickich kręgach, spotyka się z zainteresowaniem i uznaniem.

Anna Rydzanicz
fot. z archiwum Marii Silvestri

Opinie

[1] 2016-09-24 14:32:00 Ewa
Witam! Jestem zainteresowana tym filmem dokumentalnym a raczej jego treścią. Niestety nie mogą go znaleźć. Bardzo chciałabym przesłać go rodzinie ze stanów. Pozdrawiam, Ewa.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token