Numer 8(362)    sierpień 2015Numer 8(362)    sierpień 2015
fot.Anna Radziukiewicz
Marzenia
Anna Radziukiewicz
Krajobraz faluje, ściele zboża, niekończące się rzędy krzaków porzeczek, odsłania Krynki w kotlinie osadzone, na pokładach krystalicznych podziemnych wód, przed wojną żydowskie, gdzieś czterotysięczne miasteczko, w którym chrześcijanie byli mniejszością. Odsłania zielony raj, pozłocony lipcowym słońcem. Raj, z którego życie wycieka, a na południowy wschód od Krynek prawie wysycha. Zarasta puszczą. Pochłonęła ona zielone płachty łąk, pachnące dwa razy w roku skoszoną trawą, pola jak guzikami zapięte snopami żyta, ustawionymi w dziesiątki, wstęgi rzeczek, wymalowanych błękitem na skoszonych łąkach, do Świsłoczy płynących, która tu granicę rysuje między Polską i Białorusią. Pochłonęła pastwiska, karmiące setki czerwonych krów, stada białych owiec i gęsi, które wieczorem, jak czerwono-biały zwodzony most drogą sunęły zwartą ławą, napełniały wieś zapachem świeżego mleka i wsiąkały do chlewów, by z rana znów odezwać się na głos pasącego: Karowy wyhaniajjjj!, Awiaczkie, awiaczkie, awiaczkie!


Puszcza pochłonęła i ludzi. Nie, to ludzie ustąpili jej miejsca.
Zaczęli uciekać do Białegostoku. W nim widzieli raj, który wybawia od znoju dnia, zaczynającego się latem o trzeciej.

W cerkwi stały w chustkach wiejskie kobiety, ze spalonymi słońcem twarzami i karkami, z sękatymi od pracy rękoma i takimi samymi stopami, obutymi w czarne sandały, których od męskich nie odróżnisz. Jakoś niezgrabnie tak stały. I przetykały je młode kobiety z innej planety. Z Białegostoku przyjechały. Były równo opalone. Opalenizna wiejskich przypominała szachownicę. Miejskie stały z torebkami. Niektóre w rękawiczkach i kapelusikach, w białych sandałkach na obcasach, jak emisariuszki lepszego świata, w którym woda cieknie z kranu, kapcie czekają w przedpokoju, świnia nie przydusi prosiaka, źrebię nie urodzi się martwe, siano nie zgnije na łące, gryki nie wypali słońce, stodoła nie przecieknie, muchy nie obsiądą stołu i łydek.

Mamił Białystok, bo innego świata wtedy w Kruszynianach i Łosinianach, Rudakach, Sannikach z nimi sąsiadujących nie znano. Z Gdańska, Olsztyna, Elbląga, Warszawy docierały tu tylko odpryski życia. Wszystkich wchłaniał Białystok z Fastami, w których przygotowano sześć tysięcy miejsc pracy, Uchwytami z trzema tysiącami, Biruną, Pasmantą, zakładami Sierżana. Praca szukała ludzi ze wsi, najintensywniej w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Oni na zaproszenie odpowiadali. Wieś zaczęła pustoszeć.

O. Mirosław Łaciuk, kiedy osiemnaście lat temu zaczął służyć jako proboszcz parafii w Kruszynianach, zastał w niej około stu osób. Garstka, wtedy się wydawało, której nie zmiótł huragan masowych przeprowadzek do miasta. Szkoła w Kruszynianach, tysiąclatka, w której jeszcze w latach 60. i 70. czworo nauczycieli uczyło ze sto uczniów, prawosławnych głównie, była już zamknięta. Katolicy i Tatarzy byli mniejszością. Teraz jest 38 parafian. Nikt się nie rodzi. Wszyscy dożywają.

Kiedyś rytm życia zamykał się w dobie. Budziły koguty, krowy, owce. Teraz w tygodniu. Budzi w weekend warkot samochodu, zatrzymywanego przed domen, kiedy przyjadą dzieci czy wnuki. Albo i w sezonie zamyka się ów rytm. Jesienią i zimą niemal wszystko zasypia. Budzi się wiosną i latem. Wtedy na szlak tatarski wyrusza nawet po pięć autokarów dziennie i dziesiątki samochodów osobowych, nawet ze czterysta osób dziennie. Na nich rejestracje warszawskie, poznańskie, gliwickie, gdańskie, białostockie. Wszyscy chcą obejrzeć meczet i zjeść u Dżanety. Cerkiew prawie nikogo nie kusi. Bo to Tatarom nadano turystyczną markę województwa. Promowano ich dziesiątki lat we wszystkich przewodnikach. W Kruszynianach buduje się centrum edukacji muzułmanskiej polskich Tatarów za pięć milionów złotych o powierzchni 900 m2.

Do Kruszynian ciągną Tatarzy. Wykupują wszystkie wolne place, od chrześcijan także, najpierw przy ulicy, a kiedy tych braknie, kupują dalej, za nieistniejącymi stodołami. Budują swoje domy i wille. Przyjeżdżają z Białegostoku, Warszawy, Gdańska, niektórzy na stałe. Widzą puszczę, która podchodzi coraz bliżej ich okien razem z sarnami, zającami i czasem żubrami.

Kiedyś w Kruszynianach niedziela była dla wszystkich. Tatarzy nie ośmielali się zaburzać chrześcijanom Dnia Pańskiego. I nie chcieli. Żyli zgodnie. – Teraz jest inaczej – komentuje o. Mirosław Łaciuk. Nadal nie ma konfliktów na tle narodowościowym i wyznaniowym, ale znikają dobre obyczaje. Znika szacunek wobec wiary.

Gubią go prawosławni. Przyjeżdżają z miasta do swych rodziców lub dziadków. Oswojeni w mieście z handlem w niedzielę, nauką w niedzielę, kursami w niedzielę, idą w niedzielę po grzyby, koszą swoje trawniki, sprzątają, grilują, wyrywają chwasty. Tylko ich dusza zarasta piołunem, bo nie chcą jej oczyścić w cerkwi, nie mają czasu na spotkanie z Bogiem. I nawet tych, co życie podpierają kulasami, nie zawiozą do cerkwi.

Patrzą na nich Tatarzy. – Oni w niedziele pracują – mówią o chrześcijanach. – To dlaczego my mamy świętować w niedzielę, kiedy dla nas piątek jest dniem świętym. I włączają motorowe piły, kosiarki, odkurzacze.

Na Liturgię do cerkwi w Kruszynianach przychodzi po kilka osób, nawet dwie, trzy, w tym jedna zabłądzi z Krynek czy Sokółki.

Batiuszka Mirosław obsługuje również parafię w Jurowlanach, do której z Krynek pięć kilometrów, jadąc na północ. Kiedyś sławiła się świetnym chórem, dyrygowanym przez brata naszego redakcyjnego przyjaciela, Sergiusza Borowika. Teraz zniknął chór, a w cerkwi batiuszka może doliczyć się najwięcej 15 osób i tylko w takie święta jak Kreszczenije Gospodnie, Pascha czy Rożdżestwo. Bywa, że służy tylko on, śpiewa matuszka i nie ma nikogo z parafian. W obu cerkwiach w Jurowlanach i Kruszynianach służby odbywają się naprzemiennie. W Jurowlanach jest około 70 parafian.

Ojca Mirosława wychowała monasterska parafia w Jabłecznej. Do cerkwi miał trzy kilometry. Mając pięć lat chodził do niej pieszo, ale kiedy uzbierał pieniądze na SKO, kupił za nie rower i jeździł na nim do monasteru nad Bugiem. Przysługiwał w cerkwi i nasiąkał mniszą pobożnością. Drogę do Boga słali mu arcybiskupi, wtedy mnisi, Miron i Abel, oraz ojciec Gabriel (Krańczuk), dziś hagioryta. Ojciec Gabriel uczył go kłaść znak krzyża tak, żeby osienić, uświęcić całe ciało. Władyka Abel uczył, żeby wsłuchiwać się w każde słowo Liturgii świętej, nie rozpraszać go żadnymi myślami, a kiedy był już duchownym, żeby na antyminsie nie zostawiać ani jednej najdrobniejszej cząsteczki Świętych Darów. – Miałem szczęście do nauczycieli – dziś mówi.

Mirosław ożenił się z Katarzyną z domu Łopaciuk w 1994 roku. Święcenia kapłańskie przyjął w 1994 roku. Służył najpierw w parafii w Holeszowie w diecezji lubelsko-chełmskiej. W 1997 roku został skierowany do Kruszynian, a po roku objął również stanowisko proboszcza w Jurowlanach, parafiach leżących po obu stronach Krynek. Przed nim duchowni służący w kruszyniańskiej parafii zmieniali się jak w kalejdoskopie. Najdłużej służył o. Józef Kowszyk, wtedy staruszek, siedem lat (1964-1971), po nim w dojrzałym wieku o. Rafał Czystowski sześć lat (1972-1978) i młody o. Mirosław Tomaszewski siedem lat (1983-1990). Inni służyli od roku do czterech. Byli to ojcowie Mikołaj Syantowicz, Stefan Jakimiuk, Piotr Charytoniuk, Eugeniusz Michalczuk, Jarosław Szczerbacz, Anatol Fiedoruk i Paweł Łapiński. Przez jakiś czas dojeżdżał też z Białegostoku o. Mikołaj Podolec.

Dopiero o. Mirosław zatrzymał się na długo. Na początku patrzył z radością, jak gospodarze odpalają swoje traktory, przyczepiają do nich wozy. Do wozów wsiadają kobiety, one zawsze stanowiły trzon parafii, i jadą na służbę. Ale teraz nie ma komu odpalić traktora. Traktorzyści poumierali. Teraz posyła busa do parafian. Ale i on jest za duży.

Smutek życia w umierającym świecie, jak na całej wschodniej ścianie Białostocczyzny.
Broni się przed nim ojciec Mirosław. Z jego twarzy nie schodzi radość. Jest jak silny snop światła. Zaraża. Pisze jakiś znak nadziei, że może nie wszystko odchodzi. Pod opieką swoją i wiernych ma trzy cerkwie – jedną w Kruszynianach i dwie w Jurowlanach, parafialną i cmentarną, dwa cmentarze i dwa domy parafialne – w Kruszynianach i Jurowlanach. Wierni jednak hamują jego inicjatywy: – Batiuszka na szto wy heta robicia. My usie zaraz pawymirajam – mówią.

Batiuszka chociaż często samotny w działaniu, ale z wielką nadzieją. Wie, że nie przyjdzie wsparcie z unijnych funduszy, bo parafialna cerkiew w Kruszynianach nie jest zabytkowa. Ta drewniana z 1929 roku byłaby zabytkiem, ale spłonęła jesienią 1983 roku, gdy jak ofiary płonęły drewniane cerkwie na Białostocczyźnie, a przyczyny pożarów jakby popielił ogień. Nie wychodziły na jaw. Wie, że od wiernych zbierze śladowe fundusze. Bo i od kogo? Emerytów?
Samotność batiuszka rozbija, szukając dobrych ludzi wśród katolików i prawosławnych, bo na Sokólszczyźnie dominują pierwsi. W tym roku o. Mirosław postanowił dokonać kapitalnego remontu wnętrza cerkwi w Kruszynianach, bo na ścianach pojawiły się wzdłuż i w poprzek pęknięcia, sypał się tynk, brudny i zakopcony, posadzka przypominała klawisze. Wsiadał do samochodu. Przejechał około ośmiu tysięcy kilometrów. Odwiedził ponad sto firm. Spotykał się z ich szefami. Prosił o pomoc. Odezwało się 25 firm. Odzywali się katolicy  i prawosławni. To dzięki między innymi ofiarności tych przedsiębiorców i ludzi dobrych serc udało się znaleźć fundusze oraz materiały potrzebne do przeprowadzenia tak kosztownych jak na warunki trzydziestoośmioosobowej parafii remontów cerkwi i jednocześnie zewnętrznego kapitalnego remontu domu parafialnego, bo wyglądał na jeden z najbardziej zaniedbanych w Kruszynianach. W tym dziele pomogła również diecezja. Remonty obu obiektów pochłonęły około 130 tysięcy złotych.

Batiuszka zebrał kwotę w pół roku.
– Wiara w Boga i dobrych ludzi czyni cuda – sumuje.
Wprowadza do cerkwi. Razem wchodzą Ludmiła Czyżewska, pochodząca z błagoczestiwej kruszyniańskiej rodziny, emerytka, akurat porządkowała groby, i Wiktor Sołowiej, też urodzony w Kruszynianach, który pospieszył do redakcji, by podzielić się swoim zachwytem nad dziełem batiuszki i matuszki i prosił o napisanie tekstu do PP. Oboje znali cerkiew przed remontem. Oboje stanęli w zachwycie, bo ujrzeli jasność, świeżość, czystość, harmonię kolorów, solidność – w ikonostasie, w części ołtarzowej, na ścianie, chórze, suficie, podłodze, schodach.

Na św. Anny, tu nazywanej Hanną, by cerkiew poświęcić po remoncie, przybędzie władyka supraski Grzegorz i wszyscy żyjący duchowni, którzy służyli w kruszyniańskiej parafii – otrzymali zaproszenia.

– Znowu będą łzy radości – mówi batiuszka.
Bo takie pociekły w Jurowlanach, kiedy wyświęcano po remoncie cmentarną cerkiew świętych Borysa i Gleba. Jedziemy do Jurowlan. Duży cmentarz wskazuje na dużą niegdyś parafię. Na wzgórku, spod baldachimu starych wysokich drzew, świeci czerwienią drewna niewielka drewniana cerkiewka, której proporcje powinni studiować współcześni architekci. Oprócz ścian wszystko nowe – szalówka, okna, kute w nich kraty, a w środku ta niepowtarzalna atmosfera ucieczki przed upałem w chłodne wnętrze, pachnące echem rozgrzanego drewna.
I najważniejsze – nowy dach. Zrobiono go z wiórów. Zaczął przeciekać. Batiuszce nie pozwalał spać. Sprowadził fachowców. Powiedzieli, że położono za mało warstw wiórów i źle zachodzą na siebie.
– Za ile naprawicie? – zapytał.
– Za dwadzieścia tysięcy – odpowiedzieli.
– Mam dwa. Ale róbcie. Będę zbierać pieniądze.
W ośmiu jak dzięcioły obsiedli dach i tylko pukali młotkami od rana do wieczora, przybijając małe deszczułki, kładzione w siedem warstw. Batiuszka pojechał do pewnej, wcześniej nieznanej firmy, gdzie otrzymał pomoc w wysokości 10 tysięcy złotych. Do końca remontu zebrał całą kwotę.

Podczas tego remontu poznał dwie wspaniałe inspektorki z funduszu kościelnego w ministerstwie spraw wewnętrznych i administracji. Stamtąd przyszła pomoc, około 90 tysięcy złotych. Było to w 2006 roku. Cerkiewkę, jako jeden z trzech sakralnych obiektów na Podlasiu, wytypowano do nagrody ministra kultury. Nagrodzono kościół.

Opuszczamy cerkiew i cmentarz, który tak jak i kruszyniański, należy do najpiękniejszych i najbardziej zadbanych na Sokólszczyźnie. Nie ma tu dzikich drzew ani chaszczy. Wszystkie wycięte, wykoszone, choć koszenie cmentarza to koszt 900 złotych, ogrodzenie proste, pomalowane. Zostały dostojne, wysokie drzewa, tworzące kompozycję dobrze zaprojektowanego parku.

– Nie pozwoliłbym wyciąć ani jednej starej sosny – jeszcze na cmentarzu w Kruszynianach mówił batiuszka, choć parafianie tego się domagają. Sosny tworzą ciszę. Pod nimi chcą spocząć nawet ludzie z Białegostoku, niezwiązani z naszą parafią.

Wchodzimy do cerkwi św. Jerzego w Jurowlanach, kamiennej. W jej wnętrzu dominuje piękne, nowe trzyrzędowe panikadiło. Tu wszystko odnowione – ikonostas, ikony, chorągwie, ściany, podłoga, meble. Rada parafialna najpierw przeszkadzała batiuszce w remoncie. Jej członkowie do cerkwi nie chodzili. Po czym arcybiskup ją rozwiązał, zostawiając skarbnika. Było lżej. Była radość z wykonanego dzieła.

By cieszyć się radością, wpisaną w twarz o. Mirosława, zostali zaproszeni na świętej Anny wszyscy sponsorzy i dobroczyńcy. O nich zawsze pamięta o. Mirosław. Zaprasza ich nie tylko raz w roku.
– Bez nich nie byłoby zrealizowanych marzeń – sumuje.

Anna Radziukiewicz
fot. autorka

  

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token