Numer 8(362)    sierpień 2015Numer 8(362)    sierpień 2015
fot.Anna Radziukiewicz
Jak wyprostować granice sumienia i wyznania?
Grzegorz Jacek Pelica
Przed ponad rokiem ukazała się książka prof. Witolda Kołbuka „Cerkiew prawosławna w Polsce międzywojennej”, którą sam autor nazwał „próbą syntetycznego spojrzenia na dzieje prawosławia w Polsce międzywojennej, z naciskiem nie tyle na drobiazgowe przedstawienie sytuacji tego wyznania, ile na jej przyczyny z nieodległej przeszłości”.

I tak zakreślony cel w dużej mierze wyjaśnia merytoryczną zawartość książki, której tytuł powinien obejmować raczej przesłanki społeczno- polityczne funkcjonowania Cerkwi po 1918 roku.

Piszącemu te słowa jest o tyle łatwiej analizować „próbę spojrzenia”, że Witold Kołbuk porusza się w schemacie zakreślonym w mojej pracy „Kościół prawosławny w województwie lubelskim (1918-1939)”, wydanej z pewnymi poprawkami i uzupełnieniami w 2009 roku, do czego autor się nie przyznaje, ale garściami z niej czerpał, bowiem w cytowanych przez siebie pozycjach nie mógł znaleźć wszystkiego, o czym napisał. A nie sięgnął do żadnego źródła archiwalnego, co potwierdza bibliografia oraz liczne nieścisłości i nadinterpretacje. 

Autor ma kilka problemów, które próbuje zamieść pod quasi-naukowy dywan i wcale ich nie podejmuje lub nie zauważa. (1) Nie potrafi wykazać, jak to się stało, że Cerkiew prawosławna, rosyjska i antypolska do 1914 roku, rusyfikująca także Białorusinów i Ukraińców (Rusinów), staje się narzędziem ukrainizacji nazajutrz po  1914 roku. Nie zauważył przy tym, że nośnikiem wartości narodowych Ukraińców stała się Cerkiew greckokatolicka (z której całkiem niedawno wyewoluował „Kościół bizantyńsko-ukraiński”) oraz (od 1925 roku) neounia, która programowo miała bazować na tym, czego obłędna polityka antyprawosławna zakazywała Kościołowi prawosławnemu język ukraiński w kazaniach i posługiwanie się językami rodzimymi większości wyznawców. (2) Nie usiłuje dokonać podziału historyków zajmujących się prawosławiem według kompetencji, stosując prostackie kryterium konfesyjne. W jednym worku Antoni Mironowicz, Marian Bendza, Grzegorz Sosna i Urszula Pawluczuk z „tendencją konfesyjną” oraz „wybitnie tendencyjne” publikacje Kasiaka, Switicza i Popowa, a w drugim Florentyna Rzemieniuk i Janusz Kania, jako nieprawosławni, ergo: „nie akceptujący argumentów drugiej strony”. (3) Problemem jest nazwisko niżej podpisanego, którego praca „Kościół prawosławny na Lubelszczyźnie (1918-1939)” (wraz z układem problemowym) posłużyła za kanwę do kuriozalnego „adversus haereses” wobec rzekomych wrogów Kościoła rzymskokatolickiego jak gdyby prawda historyczna mogła być wrogiem Kościoła. Profesor raczył zauważyć, bo przecież o to chodziło mu w założeniu, pobieżne wskazanie przeze mnie odleglejszych w czasie przyczyn trudności prawosławia w II RP, bo też praca zawiera cezury 1918-1939. Pisze też, że „G. Pelica dramatycznie kreśli losy prawosławia na Lubelszczyźnie w okresie międzywojennym”, zaprzeczając dwóm wnikliwym recenzentom mojej pracy: prof. Kazimierzowi Urbanowi i prof. Tadeuszowi Radzikowi, którzy podkreślili chłodne podejście do faktografii. Nie zastosowałem środków dramaturgicznych, a doświadczenie prawosławnych w II RP nie wymaga już żadnych wzmocnień artystycznych, bo losy Cerkwi były po prostu dramatyczne.

Eufemizmy, których użył prof. Kołbuk na s. 90-98 („demontaż świątyń prawosławnych”, „zlikwidowano wiele obiektów sakralnych”, „przypadki fizycznej likwidacji cerkwi …przeprowadzone roztropnie”, „…przejmowanie świątyń, które przez pewien tylko czas były prawosławne lub zostały zbudowane na miejscu dawnych unickich, trudno uznać za represję”, „nie było żadnej masowości”), nie pasują do wymieszanych z nimi stwierdzeń tegoż autora: „bezsensowna akcja masowej rozbiórki cerkwi prawosławnych”, „masowa ruina świątyń prawosławnych”, „carskie metody traktowania obiektów sakralnych Kościoła łacińskiego na bliskim ziemiom Nadbuża północnym Podlasiu były o wiele dotkliwsze”, „swoisty akt polityki terroryzmu państwowego”.

Informacje Anny Krochmal z publikacji „Przemiany wewnętrzne w Kościele greckokatolickim w Galicji…” prof. Kołbuk odniósł do prawosławnego „duchowieństwa parafialnego i monasterskiego” (s. 114). Gdyby abp Henryk Przeździecki „doskonale znał tutejsze stosunki”, to pewnie nie wyszedłby w latach 20. z projektem urządzenia w monasterze w Jabłecznej szpitala dla prostytutek. W opracowaniach ks. prof. Stanisława Wilka nie znajdziemy konkluzji, że w Polsce „wszyscy biskupi byli przekonani o potrzebie nawracania prawosławnych na katolicyzm”. Sam Kołbuk stwierdził, że do „krzewienia katolicyzmu we wschodniogalicyjskiej (zachodnioukraińskiej) formie (…) nie była skłonna ani Stolica Apostolska, ani Kościół łaciński w Polsce, ani władze państwa polskiego, ani społeczeństwo polskie, ani nawet sami prawosławni, mogący być przedmiotem akcji misyjnej” (s. 153).

Skoro nikt nie był do tego skłonny, to dlaczego misję realizowano? Otóż część wymienionych podmiotów była zainteresowana krzewieniem katolicyzmu w dowolnej formie, choćby nawet jako koniunkturalnych zachowań społeczno-politycznych czy pseudochrześcijańskich postaw oportunistycznych. I autor wielekroć między wierszami te podmioty wymienił.

Szkoda, że dociekliwy badacz Kościoła greckokatolickiego nie podał, kto nie pozwolił na reaktywowanie unii w XX wieku? Jaką wizję Kościoła projektowano na gruzach carskiego imperium, które „przywaliło sobą Cerkiew prawosławną”? Jak pogodzić „przesiąkniętą narodowym duchem ukraińskim” Cerkiew greckokatolicką z tym, że „była ona dość znacznie zlatynizowana i niemało było w niej różnych polonizmów” (s. 153)? Autor pogubił się, jak widać, w gąszczu tematycznym, gdyż zamiast potraktować temat obiektywnie i z pokorą, sięgając choćby do niektórych dokumentów archiwalnych, podjął się roli propagandzisty.

Bo też celem autora jest chyba ściganie nieprawomyślności poglądów, a nie uczciwa debata i spór o prawdę historyczną. Witold Kołbuk ściga wiatraki i spiera się z faktami, opierając się wyłącznie na opracowaniach, atakując nimi twarde, udokumentowane fakty. Szkoda, bo w ten sposób dezawuuje swój autorytet znawcy dziejów „Kościoła greckokatolickiego do 1875 r.”, którą to pracę oparł na rzetelnej kwerendzie archiwalnej, będącej przykładem porządnej roboty badawczej. To Witold Kołbuk był dla mnie „przykładem pracy imponującej pod względem wykorzystania liczby źródeł archiwalnych”, który to walor zauważa u mnie (zob. s. 40).

 Witold Kołbuk przypisał mi użycie zwrotu „unia cerkiewna chełmsko- podlaska”, wraz ze stwierdzeniem, że Ukraińcy w Nadbużu „dzięki gęstej sieci prawosławnych świątyń podtrzymują swoją odrębność religijną i narodową w odrodzonym państwie polskim”. Żadnego z tych sformułowań nie użyłem, pochodzą one od innego autora.

Patron uczelni, na której zdobyłem wykształcenie teologiczne i znajomość historii Kościoła, a prof. Kołbuk kolejne stopnie naukowe, podkreślał: Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli! (św. Jan Paweł II). Profesor Kołbuk zdaje się co nieco wyzwolony od prawdy!

Należy zauważyć również, że sformułowanie „ukraińska Cerkiew prawosławna” (s. 90) w odniesieniu do lat międzywojennych jest mocnym nadużyciem.

Rugowanie w latach 30. języka miejscowego (dla większości ukraińskiego/rusińskiego) z cerkwi prawosławnych na terenach nadbużańskich, przy jednoczesnym akceptowaniu tegoż języka w cerkwiach neounickich i greckokatolickich przez zwierzchników kościelnych, a początkowo i administrację rządową, nie świadczyło o równoważnym traktowaniu. Nie mogło też wpłynąć na „orientację propaństwową”. Jeżeli polonizowało się na siłę nabożeństwa prawosławne, to trzeba było się liczyć z tym, że stosunek do państwa polskiego będzie wśród prawosławnych taki sam jak do państwa rosyjskiego, które rusyfikowało nabożeństwa w XIX w. Jeśli ktoś stwierdził, że II RP „na własne życzenie wyhodowała sobie wrogów”, to niestety miał rację.

„Brak wsparcia władz państwowych dla neounii Kościół katolicki rekompensował ogromnym zaangażowaniem i realizowanymi dość konsekwentnie dalekosiężnymi planami swoich działań” – stwierdza na s. 159 Witold Kołbuk. Należało wyjaśnić, że ten brak wsparcia wynikał z niechęci do dalszego finansowania struktur i akcji neounickiej ze Skarbu Państwa, do czego II RP była zobowiązana na mocy konkordatu z 1925 roku, bo neounia była częścią Kościoła rzymskokatolickiego.

Wielu proboszczów parafii łacińskiej diecezji lubelskiej było też niezadowolonych, gdyż to finansowanie uszczuplało ich dochody. A potrzeby po spustoszeniach wojennych i XIX- wiecznym zapóźnieniu były ogromne. Neounia była spostrzegana raczej jako latynizacja a nie polonizacja, zaś pretensji autora, że białoruska ludność „nie była skora do odstąpienia od swej tradycyjnej religii” (s. 161) nie należy interpretować w kategoriach pejoratywnych. Oby przy obecnym neopogaństwie i postmodernizmie ten opór był nie mniej silny. Natomiast pozorny sukces neounii w latach 1925-1927 wynikał z faktu, iż ludność prawosławna potraktowała ją początkowo jako metodę na odzyskanie świątyń. Po osiągnięciu zamierzonych celów udawanie adeptów katolicyzmu straciło sens.

 Cieszę się, że po wielu latach oporu autorytatywny przedstawiciel KUL przyznał, że akcja burzenia cerkwi w 1938 była „bezsensowna”. Nie powinien bezsensu tej państwowej (choć w zasadzie i z gruntu głęboko antypaństwowej!) akcji uzasadniać „…zatarciem dramatycznej przeszłości rusyfikacyjnej, ukróceniem nacjonalizmu ukraińskiego i chyba pokazaniem własnej sprawności”. Zważywszy, że większość cerkwi została wzniesiona rękami tutejszego ludu, byłych unitów lub – po 1918 roku – prawosławnych, a także łacinników, którzy mieli na tych ziemiach w większości „ruskie” korzenie, to w istocie była to walka z „przeszłością rusyfikacyjną”.  Spora część świątyń powstała w latach trzydziestych XX w.

Warto, aby autor w przyszłości zredefiniował pojęcie „Kresów” (s. 160), gdyż w szerokim kontekście historycznym, jaki usiłuje pokazać, od XVI do XXI wieku owo „Kresowe” pogranicze było znacznie szersze niż obszar dzisiejszej RP. A to co zostało utracone, w dużej mierze było skutkiem politykierskich zapędów tych, którzy „ogniem i mieczem” usiłowali prostować granice (a może kresy?) sumienia i wyznania. Dlatego też do jednego worka nie należało wrzucać sytuacji prawosławia w Małopolsce Wschodniej, na Wołyniu, Podlasiu czy Nadbużu. I nie należało zapomnieć o Chełmszczyźnie… lub Ziemi Chełmskiej.

Grzegorz Jacek Pelica

Witold Kołbuk, Cerkiew prawosławna w Polsce międzywojennej, Lublin 2013, ss. 244.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token