Numer 8(362)    sierpień 2015Numer 8(362)    sierpień 2015
fot.Anna Radziukiewicz
W ognistym rydwanie się wzniósł
o. Sergiusz Biegijan
Kto nie zna proroka Eliasza? Wydaje mi się, że znają go wszyscy, nawet ateiści. Stary Testament umiejscawia go w tak odległych latach, że staje się dla nas całkowicie nieosiągalny. Szereg skojarzeń, związanych z tym wyjątkowym człowiekiem, dla większości ludzi ma albo półbaśniowy charakter – jeśli zagrzmi grom, to „prorok Eliasz w niebie na rydwanie jedzie”, albo całkowicie powszedni – „Święto Eliasza, czas na żniwa” (ros. Ilja prorok – kośbie srok, u nas bardzo popularne, prorok Ilja, wyżnut ludi żytko, wyżnu i ja – am). To w zasadzie wszystko.

Kim jest tak naprawdę prorok Eliasz? To święty. Ale święty,
który potrafił wziąć miecz i zabić 450 fałszywych proroków. Jest na niebiosach, ale nie umierał. Jest starotestamentowym sprawiedliwym, ale odkrywa zadziwiającą nową prawdę o Bogu.

Podwig Eliasza można łatwej zrozumieć, jeśli myśleć o nim we współczesnych kategoriach. Żył prawie trzy tysiące lat temu. Żył w społeczeństwie, którego zasadnicza cześć oderwała się od swojej wiary. Nazywali siebie Izraelitami, ale prowadzili pogański styl życia. Grzechy, czary, bezbożność, cynizm i niesprawiedliwość. Prawda, że przypomina nam to współczesne czasy?

A teraz wyobraźcie sobie, że po naszych wyasfaltowanych ulicach chodzi nie całkiem odpowiednio ubrany człowiek i piętnuje grzechy i bezbożność wszystkich ludzi. Przypuśćmy, że jakimś dziwnym trafem nie zamknięto go, jak Amfilochija Poczajowskiego, w szpitalu psychiatrycznym. Nie zamknięto dlatego, że się go boją… i szanują. Oczywiście, jest on nienormalny, ale lepiej go nie ruszać.

Kiedy bezbożność stała się powszechna, Bóg ukarał Izraelitów suszą. Trwała trzy i pół roku i cały czas Bóg czekał na skruchę swego ludu. Ale jej nie było. Deszczu też nie.

Prorok, który obwieścił gniew Boży,  cierpiał z powodu suszy tak samo jak wszyscy. Początkowo żył przy strumieniu, a kruk przynosił mu pożywienie. Ale strumień wysechł i Pan skierował Eliasza do Sarepty Sydońskiej, do innego państwa, do pewnej pobożnej wdowy. Wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy, tak że wielki głód panował w całym kraju, a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej ( Łk 4,25-26) – powiedział Chrystus faryzeuszom, podkreślając stałą słabość wiary żydowskiego narodu. To znaczy, w całym wybranym przez Boga narodzie nie znalazł się wystarczająco bogobojny człowiek, do którego można by skierować proroka. I nie tylko w Izraelu, ale i w sąsiedniej wyznającej prawdziwą wiarę Judei nie znalazł Bóg spokojnego miejsca dla swego wybrańca. Ale Bóg jest bezstronny i pokorna wiara cudzoziemki, której imienia Biblia nawet nie zachowała, okazała się cenniejsza w oczach Bożych niż wyniosłość „synów Abrahama”.

Z czego wnioskujemy o pokorze biednej wdowy? Z pierwszych, wypowiedzianych przez nią słów: Na życie twego Boga, Pana! Już nie mam pieczywa – tylko garść mąki w dzbanie i trochę oliwy w baryłce. Właśnie zbieram kilka kawałków drewna i kiedy przyjdę, przyrządzę sobie i memu synowi (strawę). Zjemy to, a potem pomrzemy (1 Krl 17,12). Posłuchajcie: Na życie twego Boga, Pana. Kobieta wierzy w prawdziwego Boga i uznaje go za Pana, Stwórcę nieba i ziemi. Zna  proroka z widzenia, bo nawet nie pyta, kim jest. I przy tym pokornie stawia siebie poza „prawnymi” wyznawcami Boga, poza narodem żydowskim, podkreślając to słowem „twój”. I dalej, kiedy Eliasz przekonuje ją w imieniu Pana, że przez wzgląd na niego, proroka, mąka i olej w jej domu się nie wyczerpią, dopóki nie ustanie głód, wdowa nie sprzeciwia się, nie wątpi, ale natychmiast wykonuje to, co jej powiedziano. Zaprawdę, jest starotestamentową „samarytanką”, godną wielkiego szacunku.

Tymczasem już czwarty rok trwa susza. W kraju taki głód, że nawet król nie ma czym karmić i poić swego bydła. I oto izraelski król – bezbożny bałwochwalca Achab – postanowił poszukać nowych pastwisk i wody dla swych koni. I wtedy doniesiono mu, że prorok Eliasz pragnie go widzieć. I, jak powiedziano w Biblii, poszedł Achab naprzeciw Eliasza (1 Krl 18,16). Jakże skąpy jest kronikarz w słowach! Zresztą w wielu miejscach język biblijny jest nad wyraz skąpy. Za tym krótkim stwierdzeniem widzę znacznie więcej. Jak król może „pójść”? Jak w ogóle król „wychodzi” i „idzie”? Z innych tekstów biblijnych, jak i z naszego życia wiemy, że władca nie chodzi sam – otacza go świta, straż. I zastosowanie czasownika w liczbie pojedynczej w tym przypadku jest metaforą. Logicznie można bowiem  założyć, że także w tym przypadku Achab „poszedł naprzeciw Eliasza” nie sam, a w otoczeniu świty. Tak więc spróbujmy sobie to wyobrazić, a żeby było prościej i łatwiej, przedstawmy to tak, jakby to wyglądało teraz. Z dużą prędkością porusza się kolumna na sygnale, z przodu i z tyłu policyjne motocykle, w centrum opancerzona limuzyna z zaciemnionymi szybami. Pośrodku drogi wyrasta samotna sylwetka Eliasza. I orszak się zatrzymuje! Kto ze współczesnych duchowych autorytetów może swoim pojawieniem się zatrzymać orszak? Nie mam na myśli cerkiewnych hierarchów. Mam na myśli autorytety ducha. Niestety, nie znam takich. Z limuzyny wychodzi… Achab. To ty jesteś ten dręczyciel Izraela? (Krl 18,17) – mówi Achab, a jego ochroniarze patrzą na proroka ze złością i lękiem. Nie ja dręczę Izrael, ale właśnie ty i ród twego ojca przez wasze porzucanie przykazań Pana, a ponadto poszedłeś za Baalami (Krl 18,18). Do których z obecnych rządzących świata nie można zastosować tych słów? Niestety, nie znam takich. Wydaje mi się, że kiedy prorok wypowiadał te słowa, wzrok jego płonął ogniem, a oblicze było jasne jak oblicze Mojżesza, bowiem gorliwość Boża rozpalała jego serce.

Święty zaproponował królowi próbę. On, Eliasz, spotka się z tymi, którzy służą Baalowi na górze Karmel i każda ze stron złoży w swoim imieniu ofiary. Czyją ofiarę Pan przyjmie ogniem, ten wyznaje prawdziwego Boga. I oto 450 ludzi – wrogów Bożych, fałszywych proroków – zebrało się, żeby zmierzyć się ze świętym Eliaszem. Od rana do wieczora prorocy Baala modlili się do swoich bogów, czytali mantry i w opętaniu kaleczyli się nożami. Z pewnością wśród nich byli także i prawdziwi czarodzieje, podlegający diabłu.    

Oczywiście, w innych przypadkach  mogli dokonywać różnych „znaków” i „cudów”, ale teraz, w obecności jawnej mocy Bożej, cała diabelska moc przygasała, słabła, znikała. Obok  stał święty Eliasz i  szydził z proroków Baala, którzy skakali wokół ołtarza: Wołajcie głośniej, bo to bóg; więc może zamyślony albo jest zajęty, albo udaje się w drogę. Może on śpi, więc niech się obudzi! (Krl 18,27).

Kiedy nadeszła jego kolej na modlitwę, święty Eliasz zbudował z kamieni ołtarz, rozłożył drwa, przygotował cielca, wykopał rów i nakazał trzy razy zlać go wodą, żeby jeszcze wyraźniej mógł przejawić się cud Boży. I Pan usłyszał jego oszczędną w słowach  płomienną modlitwę i spadł od Niego ogień, spalił zarówno cielę, jak i ołtarz i pochłonął wodę z rowu. I cały zebrany lud upadł na twarz, krzycząc „Pan jest Bogiem”. 

O, słaby w wierze żydowski narodzie. Ileż razy tak wykrzykiwałeś i już po chwili sprzedawałeś swego Pana. Tak było na górze Synaj, kiedy Mojżesz przebywał trochę dłużej na szczycie, a ludzie nie zawahali się odlać bożka. Tak było także po podziale żydowskiego królestwa na judejskie i izraelskie, kiedy izraelski król Jeroboam zrobił dwa złote cielce, żeby odciągnąć poddanych od jerozolimskiej świątyni. I nie wzburzył się naród, że go odciągają od Boga Wszechwładcy do biesów, nie zorganizował ani powstania, ani rewolucji, ale całkiem spokojnie zmienił obiekt kultu. Jak bardzo było mu wszystko jedno! A przecież miał wiarygodną naukę o aniołach i biesach i znał prawdę o „bogach srebrnych i złotych”. Tylko mało wierzył w tę naukę… Tak było także potem, przy Jezusie Chrystusie. Tak było przy Eliaszu.

Trzeba było wszystkim zobaczyć na początku cud Boży w zejściu niebiańskiego ognia, potem cudowny deszcz zgodnie z zapowiedzią proroka, a już tego samego dnia bezbożna królowa Izebel grozi rozprawą z Eliaszem za zabicie swoich fałszywych proroków. I nikt nie staje za nim – ani król Achab, który po tych cudach płakał (1 Krl 18,45), ani naród, który zobaczył świętość proroka.

Ogień niebiański schodzi na ofiarę proroka! Wystarczy popatrzeć przynajmniej na zapis wideo zejścia Świętego Ognia na Grób Pański w Wielką Sobotę, żeby spróbować zrozumieć, co stało się wtedy na górze Karmel. Łatwo można sobie wyobrazić ogólny zachwyt, bojaźń Bożą i strach. Sam prorok, ogarnięty zachwytem i gorliwością wobec Boga, biegł przed rydwanem z góry Karmel do miasta Iizreel, gdzie mieściła się rezydencja Achaba, a było to ponad trzydzieści kilometrów (Krl 18,46). Ale żony Achaba – wyznawczyni bałwochwalstwa – cud niczego nie nauczył i, ratując się przed jej gniewem, Eliasz udał się do sąsiedniej Judei, do miasta Beer-Szeby.

Na pustyni niedaleko Beer-Szeby Anioł Pański zjawił się Eliaszowi, żeby pocieszyć go w złą godzinę. Wielki już czas, Panie. Odbierz mi życie, bo nie jestem lepszy od mych przodków (Krl 19,4) – mówił prorok. Jakże często i my, podobnie jak prorok Eliasz, zwracamy się takimi słowami do Boga w czas próby! Nie mam już siły cierpieć! Już dłużej nie mogę! I ileż razy po tym Pan gładzi nas po głowie i karmi łyżeczką, żeby pocieszyć miotającą się duszę… Może dlatego tak cenna jest historia proroka Eliasza? Widzimy, że ten święty jest filarem wiary i pobożności, ale jednocześnie nie stoi ponad zwykłym człowiekiem. Jest taki jak my. Musiał jeść i pić i w cudowny sposób żywił go Bóg. Doskwierała mu depresja, martwił się z powodu rodaków, którzy ginęli w bałwochwalstwie – Pan sam go pocieszał. Co ty tu robisz, Eliaszu? (1 Krl 19,9) – łagodnie pyta go Pan. I w tym krótkim pytaniu słyszymy: dlaczego się smucisz, Eliaszu? Co uciska twoją duszę?

Ileż w tym pytaniu Bożej miłości i współczucia nie tylko do proroka, ale całego rodu ludzkiego, miotającego się  i ginącego. Kilka tysięcy lat wcześniej z taką samą miłością i bólem Bóg pytał: Adamie, gdzie jesteś? (Rdz 3,9). A półtora tysiąca lat później zapyta Marię Magdalenę: Niewiasto! Czemu płaczesz? Kogo szukasz? (J 20,15), a potem także Piotra: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci”? (J 21,15).

I powiedział Eliasz: Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Boga Zastępów, Panie, gdyż Izraelici opuścili Twoje przymierze, rozwalili Twoje ołtarze i Twoich proroków zabili mieczem. Tak, że ja sam zostałem, a oni godzą jeszcze i na moje życie (1 Krl 19,10). Tak i my teraz mówimy: – Panie, popatrz! Porzucili synowie Twoi świątynie, pogrążyli się w grzechach i pijaństwie, szukają tylko sposobu, żeby się wzbogacić i przyjemności, skłonili głowy przed biesami w sektach…

I, podobnie jak kiedyś apostołom, chce się nam wykrzyknąć: Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich? (Łk 9,54). I usłyszeć łagodną odpowiedź Zbawiciela: Nie wiecie, czyjego ducha jesteście; Syn Człowieczy przyszedł nie gubić ludzkie dusze, a zbawiać (Łk 9,55-56).

Tak samo Pan odpowiedział Eliaszowi: Wyjdź, aby stanąć na górze naprzeciw Pana. A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura, rozwalająca góry i druzgocąca skały, szła przed Panem, ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze trzęsienie ziemi, Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień, Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu szmer łagodnego powiewu i tam był Pan (1 Krl 19,11-12). Oto przejaw miłości Bożej.

Jest to jedno z nielicznych miejsc Starego Testamentu, gdzie Pan tak poruszająco pokazuje swoją przewyższającą wszelkie nasze rozumienie pokorę, zniżającą się za ród ludzki nie tylko do Krzyża, ale i do piekła. Przed przyjściem Zbawiciela na świat ludzie znali Boga jako Sędziego sprawiedliwego, wynagradzającego za pracę: Ja Pan, Bóg twój, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą (Wyj 20,5), ponieważ morale żydowskiego narodu było takie, że czasami powstrzymać ludzi przed grzechem można było jedynie strachem przed karą, a i to nie zawsze powstrzymywało ród niecny i rozpustny. I jedynie czasami w Starym Testamencie Pan objawia prawdziwą wielkość swojej Bożej miłości. I chyba jedynie w tym miejscu Pan objawia także wielkość swojej pokory, jakby nam mówił: jesteście świadkami rozpadającej się góry i zdruzgotania skały mojej mocy, ale to nie jest moje oblicze. Doświadczaliście na sobie moich wstrząsających kar, ale to nie jest moja istota. Widzieliście gniew mój, który palił, ale Ja nie w tym jestem. Ale kiedy doświadczacie mojej pokory i mojej miłości, wiedzcie, że to naprawdę jestem JA. Prorok Eliasz jest pierwszym odkrywcą szmeru łagodnego  powiewu ducha miłości Bożej.

I tak jak żarliwie służył prorok Bogu, tak  swoje służenie  zakończył. Ognisty rydwan wzniósł go na niebo, gdzie przebywa do dziś, nie pozostając rozłączony z ciałem. Tradycja głosi, że przed drugim przyjściem Chrystusa na ziemię zostaną posłani prorok Eliasz i św. Henoch (Rdz 5,24) i zostaną za to zabici.

Czego możemy się nauczyć, rozmyślając nad żywotem św. Eliasza?  Wyobrażając sobie, że stajemy przed prorokiem, czujemy się tak, jakbyśmy stali obok drapacza chmur. W czym możemy go naśladować? W jaki sposób? Czy mrówka może naśladować słonia?

Ale przecież nawet mrówka może podnieść słomkę. Tak, obok wieżowca jego wiary nasze wspólnoty wiary są jedynie żałosną, biedną chałupką. Ale i w tej chałupce można posilić się duchowymi błagami. Tak, nie potrafimy sprowadzić ognia z nieba. Ale możemy zapalić zapałkę, upiec placuszek i nakarmić nim proroka, niczym wdowa sydońska. Z nami Bóg nie rozmawia twarzą w twarz jak z Eliaszem, ale kontaktujemy się z Nim w komorze naszego serca.

Stańmy się więc podobni do świętego proroka w gorliwości. Niech nasze maleńkie modlitewne prawiło, nasze lilipucie służenie, będzie przeniknięte duchem żarliwości. Będziemy pamiętać słowa naszego Pana: Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął! (Łk 12,49). Ten ogień jest Bożą gorliwością, która zmusza nas do przezwyciężania lenistwa, niedbałości, pychy i wszystkiego, co stawia ścianę między człowiekiem i Chrystusem. Tymże ogniem niech pozwoli nam Pan spalić wszystkie przeszkody wroga naszego, diabła. Amiń.

o. Sergiusz Biegijan
tłum. Ałła Matreńczyk
fot. siostra Mariam (Jurczuk)

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token