Numer 9(363)    Wrzesień 2015Numer 9(363)    Wrzesień 2015
fot.Anna Radziukiewicz
Jubileusz
Ałła Matreńczyk
Jest czas smutku i czas radości. Po trudnych i bolesnych latach dojlidzka parafia uroczyście obchodziła jubileusz 500-lecia powołania i 45-lecia wyświęcenia obecnej cerkwi. Radość była tym większa, że pozbawiona świątyni i majątku, zlikwidowana, dojlidzka wspólnota po ponad trzydziestu latach niebytu zdołała nie tylko wskrzesić życie parafialne, ale stała się parafią matką dla dwóch kolejnych – św. Pantelejmona w Zaściankach i św. Grzegorza Peradze w Białymstoku – Dojlidach Górnych. W uroczystościach, które jak wszystko co radosne w jej życiu, odbyły się w dzień chramowowo prazdnika, na Ilju, wzięli udział arcybiskup lubelski i chełmski Abel i arcybiskup białostocki i gdański Jakub, a na  wsienoszczni także biskup supraski Grzegorz, wielu duchownych i tysiące wiernych, bo dojlidzki prazdnik od wielu lat pozostaje największym świętem parafialnym w naszej Cerkwi.

Zokazji jubileuszu zakupiono komplet dzwonów oraz ufundowano tablicę upamiętniającą budowniczego obecnej świątyni, o. Aleksandra Tomkowida.

O proroku Eliaszu, aniele w ciele, fundamencie proroków, drugim Predtieczy, jak nazywa go Cerkiew, mówił w homilii władyka Abel.

O jubileuszach parafii, już po poświęceniu tablicy i dzwonów, arcybiskup Jakub. Hierarcha przypomniał, że pierwszą świątynię prawosławną w Dojlidach wybudował około 1515 roku Jan Jundziłowicz, że przez wieki siedziba parafii znajdowała się w innym miejscu, tam gdzie dziś wznosi się kościół rzymskokatolicki. Dużo uwagi poświęcił o. Aleksandrowi Tomkowidowi, który w niezwykle trudnych warunkach, właściwie pod pretekstem remontu, doprowadził do wybudowania nowej dojlidzkiej świątyni, wzniesionej w starym, nowogrodzkim stylu.

– Dzisiaj, wyświęcając tablicę upamiętniającą budowniczego tej cerkwi, robimy to nie tylko dlatego, żeby oddać hołd o. Aleksandrowi Tomkowidowi, ale także po to, by następne pokolenia pamiętały o osobach, które w sposób szczególny zasłużyły się dla parafii. Dzisiaj modliliśmy się za wszystkich, którzy się tutaj trudzili. Stoimy między krzyżami, to bardzo wymowne, jakby wyrażając to, że Cerkiew stanowią nie tylko żyjący, ale i umarli, którzy są Cerkwią triumfującą.

To nawet nie bieżeństwo dzieli historię parafii na dwie części, lecz rok 1919, kiedy Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego wbrew protestom wiernych (do Rosji ewakuowali się daleko nie wszyscy) przekazało Kościołowi katolickiemu ponadtrzystuletnią dojlidzką cerkiew, a w 1921 roku 40 hektarów cerkiewnej ziemi, przejętej w 1944 roku na skarb państwa. Prawosławnym pozostał jedynie cmentarz z piękną kaplicą- grobowcem Kruzenszternów-Rydygierów (właścicieli pięknego pałacu w Dojlidach, którzy niejednokrotnie pomagali dojlidzkiej cerkwi). Ale byli parafianie, mimo tak dramatycznej sytuacji, nie opuścili rąk. Po drugiej wojnie światowej nie ustawali w zabiegach, by doprowadzić do reaktywowania parafii. Przewodził im Piotr Zdrowomysław, dyrektor Fabryki Sklejek, z uwagi na stanowisko – z drugiej linii. Na pierwszej miał wielką pomocnicę – Marynę Łozowską (mieszkała na Dojnowskiej, trudniła się szyciem kołder), która wydeptywała ścieżki po wszystkich urzędach, jeździła do metropolii. W wyniku tych starań udało się najpierw zaadaptować na potrzeby cerkwi kaplicę-grobowiec Kruzenszternów, a potem ją rozbudować.

Przy tej rozbudowie  codziennie pomagała Helena Wiensko. Pochodziła z Białowieży, miała za sobą dramatyczne doświadczenia z lat wojny. Aresztowana przez Niemców, trafiła do więzienia w Białymstoku, groziło jej rozstrzelanie. Gdy nieoczekiwanie odzyskała wolność, pieszo wróciła do Białowieży, bardzo chciała zdążyć na służbę. Do cerkwi weszła w chwili, gdy o. Klaudiusz Puszkarski modlił się o jej uwolnienie. Po wojnie zamieszkała w Białymstoku, na Wysokim Stoczku. Tu, w Dojlidach, pomagała przy pracach murarskich, pracowała jak zawodowiec. Codziennie wstawała o czwartej rano, szła dziesięć kilometrów do Dojlid, żeby już o siódmej zacząć pracę, a po niej pieszo wracała do domu. Wycieńczyła swój organizm tak bardzo, że trafiła do szpitala.

Byłymi dojlidzkimi parafianami, wciąż pozbawionymi parafii, opiekował się wtedy o. Mikołaj Pasternacki. W końcu parafia została reaktywowana (urząd do spraw wyznań wyraził na to zgodę 8 stycznia 1953 roku), a batiuszka Pasternacki mianowany jej pierwszym proboszczem.

Ale ta rozbudowana kaplica-grobowiec Kruzenszternów-Rydygierów, długa na trzynaście metrów i szeroka na pięć-sześć, nie mieściła wszystkich wiernych. Parafia wciąż nie miała swojej plebanii. O. Aleksander Tomkowid, który objął parafię 5 listopada 1953 roku, stanął więc przed olbrzymim wyzwaniem. Miał zaledwie 27 lat i spory bagaż tragicznych doświadczeń. Był dzieckiem białych emigrantów, którzy poznali się w polskim obozie dla internowanych w Tucholi. W 1943 roku rozpoczął naukę w nowo otwartym seminarium duchownym na Pradze. Wybuch powstania przerwał nie tylko naukę, okaleczył całą rodzinę. 18-letni Aleksander z ojcem trafił z ulicznej łapanki do mokotowskiego więzienia, gdzie codziennie odbywały się poranne apele z wyznaczaniem co dziesiątej osoby do rozstrzelania, raz nawet wystąpił za ojca, gdy wydawało mu się, że to właśnie tata jest dziesiąty. Batiuszka po wyjściu na wolność nigdy więcej nie zobaczył swoich sióstr, rozstrzelanych na oczach matki podczas powstania, ani starszego brata, który nie wrócił z robót w Niemczech. Po wojnie ukończył seminarium, 25 lutego 1952 roku przyjął święcenia kapłańskie. Jego pierwszą parafią była Jałówka, w której wybudował plebanię, razem z proboszczem przymierzał się do budowy cerkwi, z myślą o niej z Chełmszczyzny przywoził utensylia cerkiewne i ikony.

Ale drobny incydent w niwecz obrócił te plany. Gdy jedna z parafianek miała wyjść za mąż za dyrektora szkoły, zaproponował, że może im potajemnie udzielić cerkiewnego ślubu. Skończyło się to poleceniem natychmiastowego opuszczenia Jałówki. Przez siedem miesięcy batiuszka nie miał żadnej parafii, teraz objął dojlidzką, z maleńką rozbudowaną kapliczką, bez plebanii. Najtrudniej było o plac, parafia została przecież odarta ze swojej ziemi. Na szczęście Piotr Zdrowomysław, który mieszkał tuż obok cmentarza i arendował od Państwowych Lasów niewielką działkę, postanowił odstąpić ją parafii. Ale całej sprawy nie dało się załatwić formalnie. Batiuszka postanowił zaryzykować. Przy dużym zaangażowaniu parafian wybudował murowaną plebanię, a właścicielem działki parafia stała się dopiero kilka lat później. Potem zaczął myśleć o powiększeniu cerkwi, bo istniejąca nie była w stanie pomieścić wciąż rosnącej liczby wiernych. W podaniach do władz państwowych i cerkiewnych prosił o pozwolenie nie na budowę (to było nierealne), lecz rozbudowę istniejącej kaplicy.

„Wierni odczuwają brak odpowiedniej świątyni szczególnie zimą, kiedy muszą wraz z dziećmi słuchać nabożeństwa pod odkrytym niebem” – pisał w podaniu do arcybiskupa Stefana z 28 maja 1962 roku. „W budynku świątyni brak jest pomieszczeń dla ponomarki oraz ryznicy. Stan świątyni jest niezadawalający, a mianowicie przecieka dach, podłoga i ściany są niszczone przez grzyb”.

Władyka Stefan wspiera te starania.

„W tej sprawie chodzi również o chociażby częściowe wyrównanie krzywdy, uczynionej parafii prawosławnej w Dojlidach przez Kościół rzymskokatolicki, który przemocą zagarnął jej własność po pierwszej wojnie światowej jako wyznanie uprzywilejowane i zamienił ją na kościół rzymskokatolicki” – pisał hierarcha w podaniu z 29 maja 1962 roku. „Parafianie Dojlid, zwracając się do mnie z prośbą o wystąpienie przed odnośną władzą o zezwolenie na remont, wskazują na rażący fakt, iż parafia rzymskokatolicka w Dojlidach rozebrała zabytkową świątynię prawosławną i na jej miejscu pobudowała już kościół, a prawosławni nie mogą uzyskać zezwolenia na remont cerkwi”. 

I rzeczywiście, na dawnym cerkiewnym placu nie było już śladu po starej, ponadtrzystuletniej dojlidzkiej cerkwi. Gdy tylko budowa nowego kościoła Niepokalanego Serca Maryi dobiegła końca, zabytkowa cerkiew została rozebrana, a z pozyskanego w ten sposób drewna katolicy zbudowali dodatkowy dom.

Tymczasem prawosławni dopiero 3 grudnia 1962 roku uzyskują pozwolenie na remont swojej czasowni. Na Ilju 1963 roku władyka Stefan poświęcił kamień pod jej rozbudowę. Piękna to była uroczystość.

„Czuje się, że w jednym hymnie zlewa się z ludźmi także błękitne niebo i odległe gorące słońce i cała dziewicza przyroda” – pisał w relacji ze święta o. Wiaczesław Rafalski.

Ruszają prace. Zgodnie z planem fundamenty zostają wylane dookoła świątyni, a kaplica Rydygierów wkomponowana w nową część ołtarzową. I tak przez siedem lat wierni chodzą do starej cerkiewki, nad którą rosną mury nowej.

Do budowy włącza się cała parafia. Drewno na rusztowania dostarczają wierni z Ciasnego, kamień na fundamenty z Kurian, Zagruszan i Zwierek. Cerkiew murują za symboliczną zapłatą Włodzimierz Zacharewicz i Jerzy Sosnowski. Cegły, nie ma co ukrywać, pochodzą także z rozbiórki.

Zdobycie materiałów budowlanych przypominało horror. Braki na rynku, przydziały, słaba jakość, no i lata sześćdziesiąte. Żwir, który ktoś przywiózł nie wiadomo skąd – nieprzyjemności, policja. Cegła z Lesanki, wyprodukowana dla innego klienta, a sprzedana dojlidzkiej parafii – dochodzenie. I stały kontakt ze znajomą z działu materiałów budowlanych, Niną Makarewicz. Na jej sygnał, w którym sklepie będzie dostawa cementu, natychmiastowa organizacja parafialnej wyprawy.

– Wstawaliśmy o czwartej rano i wyruszaliśmy do wskazanego sklepu – wspomina matuszka Łarysa Tomkowid. – I kupowaliśmy po dwa worki cementu każdy.

Budowę nadzorowali Filip Maksymiuk i Józef Kalinowski. Prężnie działał komitet cerkiewny pod przewodnictwem Antoniego Karpieszuka i jego zastępców – Stefana Sołowianowicza i Włodzimierza Opolskiego.

Gdy na dachu nowej cerkiewki pojawiły się kopuła i krzyż, nadszedł dzień rozbiórki starej cerkiewki.

– Kiedy rano szłam do pracy, parafianie właśnie zbierali się na pogoście, kiedy wracałam o szesnastej, nikogo już nie było – wspomina matuszka Łarysa Tomkowid. – Starej przedłużonej kaplicy Rydygierów też nie.

Wkrótce dobudowano dzwonnicę z podcieniami. Pojawiły się też polichromie, wykonane przez Józefa Łotowskiego.

Nadszedł 1 sierpnia, dzień wyświęcenia cerkwi. Wiernych zwołał duży dzwon, zakupiony w 1965 roku od parafii prawosławnej w Ornecie.

Była piękna, słoneczna pogoda. Równie radośnie i słonecznie było w sercach wszystkich parafian – odnotowała parafialna kronika.

A zebrało się około pięciu tysięcy wiernych.
Cerkiew wyświęcił biskup Nikanor, po czym w asyście 24 duchownych i protodiakona Leontija Mironowicza odprawił pierwszą Liturgię.

Na zakończenie uroczystości wręczył proboszczowi o. Aleksandrowi Tomkowidowi gramotę Świętego Synodu Biskupów PAKP, a błogosławienną gramotę staroście cerkiewnemu Antoniemu Karpieszukowi.

Cała budowa cerkwi z wykończeniem kosztowała 1 500 000 złotych, nie licząc prac parafian, wykonanych sposobem gospodarczym.

W 1979 roku o. Aleksander Tomkowid zostaje mianowany proboszczem parafii w Łodzi, potem obejmuje parafię w Gdańsku. I tam 5 listopada 2002 roku umiera, zostaje pochowany na cmentarzu na warszawskiej Woli.

W historii dojlidzkiej parafii zapisał się jako jej wielki budowniczy.
Jego trud kontynuowali następni proboszczowie – o.o. Aleksy Nesterowicz, Mikołaj Borowik, obecny nastojatiel Anatol Fiedoruk.

Z okazji jubileuszu ukazała się monografia parafii, którą napisali prof. Antoni Mironowicz, Ałła Matreńczyk, Alina Wawrzeniuk, Katarzyna Aleksiejuk.

Były też odznaczenia. Arcybiskup Jakub wręczył listy pochwalne chórom dziecięcemu, młodzieżowemu i parafialnemu. Orderem Marii Magdaleny III stopnia, za pracę dla dobra Cerkwi, odznaczył dyrygenta Sławomira Jurczuka.

– W naszej dojlidzkiej parafii dyrygentem przez 43 lata był Wiktor Mikołajewicz Krukowski, ja jestem tylko jego uczniem – powiedział Sławomir Jurczuk, przywołując jeszcze jedną niezmiernie ważną osobę w historii parafii.

Bo dwa jubileusze nieustannie nawoływały do wspomnień.

Ałła Matreńczyk
fot. Tomasz Grześ i zdjęcia archiwalne zamieszczone w wydanej monografii

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token