Numer 9(363)    Wrzesień 2015Numer 9(363)    Wrzesień 2015
fot.Anna Radziukiewicz
Wojna trwa
Eugeniusz Czykwin i Anna Radziukiewicz
Z arcybiskupem
ługańskim i alczewskim MITROFANEM

rozmawiają
Eugeniusz Czykwin
i Anna Radziukiewicz

– Niesiecie swój krzyż Władyko w regionie dotkniętym wojną.
– Niestety, na wschodzie Ukrainy wojna trwa, wybuchają bomby. Giną ludzie. Bólem napawa świadomość, że cierpią przede wszystkim niewinni ludzie. Cerkiew w tych złożonych warunkach stara się ich podtrzymać, tchnąć nadzieję, uchronić przed popadaniem w rozpacz, bo życie jest rzeczywiście trudne. Wydarzenia na Ukrainie kolejny raz pokazały, że bez wiary, Boga i Cerkwi nie jest możliwe przezwyciężenie tego, co się stało.
– Pomagacie ludziom w wymiarze materialnym?
– Zwłaszcza po ubiegłorocznych ostrzeliwaniach Ługańska, kiedy ludzie zostali pozbawieni dachu nad głową, żywności, Cerkiew starała się im pomóc. Przy parafiach w Ługańsku i Łuczewsku oraz innych miejscowościach otwarto stołówki. Karmiono w nich mnóstwo ludzi. Ogromną rolę odegrała tu pomoc rosyjskiej Cerkwi prawosławnej, głównie jej synodalnego oddziału, ale także różnych diecezji. Posyłano nam żywność, medykamenty i wszelkie rzeczy niezbędne do życia. Bez tej pomocy groziłaby nam straszna humanitarna katastrofa.
– Czy wojenne przeżycia prowadziły ludzi do szukania miejsca w Cerkwi?
– Niestety, to prawidłowość, że kiedy ludziom jest ciężko, wtedy pamiętają o Bogu, idą do Cerkwi. Trzeba zaznaczyć, że Ługańszczyzna była w okresie komunistycznym poddana silnej ateistycznej propagandzie. Wiele cerkwi zburzono, a bezbożne wychowanie nałożyło się i na następne pokolenie.
– Ile cerkwi do pierestrojki stało w ługańskiej obłasti?
– Tylko 65. Dzisiaj na tym terenie funkcjonują trzy eparchie z ponad czterystu parafiami i siedmioma monasterami.
– Waszą eparchię podzieliła linia frontu.
– Tak, pięć dekanatów znajduje się na terenie Ukrainy i pięć z dwoma  katedralnymi miastami w obrębie tzw. Ługańskiej Narodowej Republiki. To trudne w zarządzaniu. Kancelaria znajduje się w Ługańsku. Niestety, nie mogę odwiedzać terenów kontrolowanych przez armię ukraińską po drugiej stronie frontu, dlatego że mosty zostały zerwane. Po tych drogach w ogóle nikt nie jeździ, ponieważ dochodzi tam do nieustannych ostrzałów i wybuchów. Wyznaczyłem na tamte tereny administratora, archimandrytę Bartłomieja. Kontaktujemy się głównie telefonicznie,  ponieważ do Ługańska musi jechać przez Rosję. Ja też do Kijowa jadę przez Rosję, bo podróż przez Ukrainę jest praktycznie niemożliwa. Potrzebne są przepustki, a po drodze zatrzymują różne straże.
– Łatwiej podróżować po Ukrainie duchownym unickim i raskolnikom?
– Wszystko zależy od tego, jacy ludzie kontrolują punkty. Uzbrojone oddziały często pytają – z jakiego patriarchatu?  Kiedy dowiadują się, że z Cerkwi kanonicznej, zaczyna się bardzo szczegółowa kontrola dokumentów, walizek, bagażników, przewracają wszystko. Duchowe rady członkom tych oddziałów dają często uniccy duchowni albo filaretowcy.
– Czy przed wojną liczne były w waszej eparchii inne konfesje?
– Katolików i unitów mieliśmy bardzo mało, także filaretowców. Więcej było konfesji protestanckich. W Ługańsku rezydował filaretowski razłamowy biskup. Kiedy jednak zaczęła się wojna, uciekł tam gdzie nie strzelają, gdzie było bezpiecznie. Zostawił swoje stado.
– Jakim językiem się porozumiewacie?
– Ługańszczyzna była zawsze rosyjskojęzyczna. Do wojny można było też swobodnie rozmawiać po ukraińsku. Nie wywoływało to żadnych wrogich nastrojów. Teraz po ukraińsku praktycznie nikt nie rozmawia. Chociaż w paschalnym okresie organizowaliśmy koncert pieśni, żeby ludzi podtrzymać duchowo i wtedy zaśpiewano kilka ukraińskich pieśni ludowych. Ludzie przyjęli je oklaskami. Niestety, dzisiejsza polityka dzieli ludzi na gruncie języka, Cerkwi. To kiepska polityka.
– Czy w waszej diecezji zostały zburzone cerkwie?
– Na szczęście ani jednej, choć kilka ucierpiało od wybuchów.  W donieckiej i gorłowskiej diecezji zburzono do fundamentów niejedną cerkiew oraz zbombardowano w Doniecku monaster, bardzo prężny. Mnichów zdążono ewakuować. Nie został kamień na kamieniu.
– Czy coś zmieniło się po mińskich ustaleniach?
– Przyniosły efekty. Zmniejszyło się ostrzeliwanie. Powoli zaczęto wracać do normalnego życia, remontować domy, cerkwie, drogi. 
– Wiele ludzi musiało opuścić w wyniku wojny rodzinne strony?
– Bardzo. Do Rosji wyjechało około miliona osób. Zostali ci, którzy i przed wojną tam pracowali. Do nich dołączyły głównie ich rodziny.   Dużo osób wyjechało do zachodniej i centralnej Ukrainy. Uciekali ci, którzy mieli tam kuzynów. Ale kiedy rozpoczął się proces pokojowy, wiele ludzi wracało. Jeżdżę po parafiach, widzę, że już zaczynają remontować domy.
– Duchowni też się ewakuowali?
– Kiedy zaczęła się wojna, wydałem dekret, żeby duchowni zostawali w swoich parafiach. Jeśli samowolnie je opuszczali, byli poddani zapretu. Wyjechało niewielu, głównie do Rosji, łącząc się ze swoimi ewakuowanymi rodzinami. Kiedy w ubiegłym roku żyliśmy pod silnym ostrzałem artyleryjskim, nasi duchowni rzeczywiście wykazali się męstwem. Jestem im za to bardzo wdzięczny.
– Czy chrześcijanie zachodnich konfesji okazywali wam pomoc humanitarną?
– Tylko chrześcijanom na terytoriach kontrolowanych przez ukraińską armię. Do nas cokolwiek można było przewieźć tylko ze strony Rosji. 
– Wciąż wasza Cerkiew nie jest prawnym właścicielem tak znaczących miejsc, jak Ławra Kijowsko-Pieczerska, Ławra Poczajowska czy kijowska Hagia Sophia. Jest szansa na uregulowanie tej sprawy?
– Kiedy trwa kampania prezydencka albo wybory do parlamentu, wiele obiecuje się Cerkwi. Po wyborach cerkiewne problemy nikogo już nie interesują. Istnieje wielka opozycja ze strony raskolników i unitów, którzy by chcieli te obiekty zabrać sobie. Na szczęście szereg polityków, parlamentarzystów hamuje proces przekazywania naszych duchowych pereł w nieprawne ręce. Jest on złożony politycznie. Rozłam Cerkwi nie pozwala na jego rozwiązanie.
– Czy istnieje perspektywa likwidacji rozłamu?
– Rozłam zaszedł bardzo daleko. Nie sądzę, by można było szybkimi metodami zjednoczyć Cerkiew.
Kierowałem grupą dialogu ze strony naszej Cerkwi z tak zwanym kijowskim patriarchatem. Już pierwsze spotkanie pokazało, że znajdujemy się na całkowicie różnych pozycjach.
Według nas raskoł trzeba przezwyciężyć na gruncie kanonicznym. Powinni wrócić do Cerkwi ci, którzy ją porzucili. Niektórzy nieświadomie pozostają teraz w kijowskim patriarchacie, inni świadomie.
Przedstawiciele tak zwanego kijowskiego patriarchatu uznali za główne swoje zadanie uznanie ich struktury, czyli że to my powinniśmy przyłączyć się do raskolników, których nie uznaje żadna lokalna Cerkiew i z którymi nie utrzymuje kontaktu. Po rewolucji na Majdanie stali się bardzo agresywni. Zaczęli z nami rozmawiać jak zwycięzcy, zarzucać nam, że nie jesteśmy patriotami, nakłaniać do przyjęcia ich warunków. Dlatego teraz dialog znalazł się w martwym punkcie.
– A czy istnieje dialog między kijowskim patriarchatem i jeszcze jedną rozłamową autokefaliczną Cerkwią ukraińską?
– Tak. Było spotkanie tych struktur. Nikt jednak nie idzie na ustępstwa. Filaretowcy chcą przyłączyć do siebie autokefalistów tylko dlatego, że druga Cerkiew jest o wiele mniejsza. Żadna ze stron nie chce przyjąć warunków drugiej. Na 14 września wyznaczono datę wspólnego soboru.
– Jak jest zarządzana ukraińska Cerkiew prawosławna? Z polskich mediów często dowiadujemy się, że z Moskwy.
– Nasza Cerkiew korzysta z bardzo szerokiej autonomii. Nie wszystkie autokefaliczne Cerkwie mają takie prawa, jak my. Posiadamy prawo otwierania eparchii, naznaczania biskupów, bez uzgadniania z Moskwą. Żadnych pieniędzy nie przekazujemy Moskwie, jak to usiłują przedstawiać media. Moskwa niczego nam nie dyktuje. Samodzielnie też prowadzimy swoje życie duchowe. Powiązanie polega na tym, że w czasie służb wspominamy patriarchę moskiewskiego i całej Rusi. Ale dziennikarze, pozbawieni dobrej woli, przekazują fałszywe informacje. Natomiast nasi biskupi, którzy wchodzą w skład synodu rosyjskiej Cerkwi, mają wpływ na życie Cerkwi i w Rosji, i na Ukrainie, dla przykładu współdecydują o wyborze biskupów na terytorium Rosji.
– Proszę określić wielkość ukraińskiej Cerkwi prawosławnej.
– Mamy około osiemdziesięciu biskupów, służących w 54 eparchiach, ponad 12 tysięcy parafii i około 280 monasterów.
– Jak te wielkości porównać ze stanem posiadania tak zwanego kijowskiego patriarchatu?
– Ma trzy razy mniej parafii i około 50 monasterów, jednak praktycznie nie ma w nich mnichów – około 25 we wszystkich. Nawet ich parafie pozostają w większości na papierze. Są zarejestrowane, ale większość z nich nie działa. Autokefaliczna Cerkiew jest jeszcze mniejsza. Z monasterami też ma problem. Brakuje mnichów.
– Prosimy, by Władyka przedstawił swoją drogę życiową, która zahaczyła i o Polskę.
– Urodziłem się na zachodniej Ukrainie, w chmielnickiej obłasti. Po wojsku uczyłem się w odeskim seminarium duchownym, od 1987 roku w moskiewskiej akademii duchownej. Po półtora roku, w ramach wymiany studentów między rosyjską i polską Cerkwią, pojechałem kształcić się do Polski, gdzie skończyłem Chrześcijańską Akademię Teologiczną. Pracę magisterską obroniłem w Supraślu. Sześć lat przebywałem w Polsce. Teraz z radością spotykam się z moimi kolegami z roku. Wróciłem na Ukrainę. Wykładałem w Kijowskiej Duchownej Akademii i byłem prorektorem tej uczelni. Potem miała miejsce chirotonia biskupia. Jedenaście lat zajmowałem się sprawami ukraińskiej prawosławnej Cerkwi na katedrach białocerkiewskiej i od trzech lat ługańskiej.
– Czy chcielibyście Władyko przekazać swoje słowo naszym Czytelnikom?
– Chcę prosić, byście modlili się za nas, żeby ukrócono rozlew krwi, a ludzie mogli nabrać głębszego oddechu, wrócili do swego poprzedniego życia i żeby czuli, że nie są przez wszystkich zapomniani. Dlatego proszę o modlitwy i dziękuję za nie, bo wiem, że w Polsce modlą się za nas. To  wielkie duchowe wsparcie. Jesteśmy za nie bardzo wdzięczni.
– Dziękujemy za rozmowę.

fot. Anna Radziukiewicz

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token