Numer 9(363)    Wrzesień 2015Numer 9(363)    Wrzesień 2015
fot.Anna Radziukiewicz
O totalitaryzmie
Anna Radziukiewicz
O niemieckim i radzieckim totalitaryzmie XX wieku rozważano podczas IV konferencjI z cyklu „Spotkania teologii i kultury w Sokołowsku” 24 i 25 lipca. Jej organizatorem był wrocławski oddział stowarzyszenia Polska – Wschód i instytut teologii i filozofii Rosyjskiej Chrześcijańskiej Humanitarnej Akademii w Sankt Petersburgu. Miejscem konferencji – trzeciej z kolei proponowanej przez tych samych organizatorów – był dom św. Elżbiety. Na totalitaryzm spojrzano z punku widzenia historyczno-kulturologicznego, ale także filozoficznego i teologicznego.

Prof. Oleg Iwanow z Sankt Petersburga, witając zgromadzonych, dziękował przedstawicielom stowarzyszenia Polska – Wschód, że potrafią do dziś pielęgnować przyjaźń, zawiązaną między Polakami i Rosjanami w okresie sowieckim.

O. Eugeniusz Cebulski wskazał, że miejsce konferencji jest szczególne. Patronką domu jest wielka księżna św. Elżbieta, z pochodzenia Niemka, która umiłowała rosyjski naród i z oddaniem mu służyła. Zauważył też, że mieszkańców tego domu w czasie drugiej wojny dotknął niemiecki totalitaryzm.

O. Eugeniusz przekazał uczestnikom konferencji słowa błogosławieństwa od arcybiskupa wrocławskiego i szczecińskiego Jeremiasza.

Wydarzenia XX wieku koncentrują się wokół dwóch głównych postaci – Stalina i Hitlera. Konferencję rozpoczęto nietypowo. Rosjanie pokazali fragmenty archiwalnych filmów. Głównymi bohaterami każdego z nich byli Stalin i Hitler. Dziś postrzegamy je jako wybitnie propagandowe. A kiedyś? Pewnie bezgranicznie wierzono swym przywódcom.

Radzieckie filmy rysują Stalina jako dobrego ojca – całuje „na niedźwiedzia” kołchoźnicę, głaszcze dziecko, wynosi dzieci na trybunę, przemawia, ale mównica stoi blisko słuchaczy, żartuje, dekoruje medalami budowniczych metra. Stalin uśmiecha się, pali fajkę. W filmach nie jest ani dyktatorem, ani tyranem. Jest tym, który razem z tłumem wziął po prostu władzę w swoje ręce. Radzieckie filmy przybliżają twarze – rozradowane, zafascynowane. Pokazują tłum, dość bezkształtny, prowadzony przez swego wodza.

Obraz Hitlera jest zupełnie inny. To postać oddalona, wyraźnie wyizolowana, stojąca wysoko ponad tłumem, przez to jakaś potężna, nadludzka. Filmy pokazują przy tym niebywały porządek, kosmiczny wręcz. Niekończące się tysiące ludzi stoją w równych szeregach i równych sektorach na płaskim placu z równo wyciągniętymi ramionami w geście pozdrowienia Hitlera. To Hitlerjugend. Hitler przemawia. Mówi, że niemiecka młodzież powinna stać się jednym narodem. A ten nie pozwoli cudzej ideologii władać jego umysłami. Młodzież ma być zdyscyplinowana, odważna i wychowana w pokoju. Jego mowa jest jak triumf woli. Hitler schodzi z trybuny i kroczy szeroką aleją, utworzoną z ludzkich kolumn, ku swemu „słońcu prawdy”, zwisającej nad tłumem na końcu alei potężnej swastyce. Kroczy jak bóg. Jak ten, któremu dano prawo do rządzenia światem w imię nowego porządku.

Aleksandr Artiugin, student teologii z Petersburga, z wykształcenia także fizyk i geolog, swój wykład o człowieku masy w Rosji i Niemczech ilustrował plakatami z czasów Stalina i Hitlera. Mówił o człowieku masy, niezdolnym do pracy w sferze duchowej, potrzebującym uproszczonej wizji świata. Taką wizję doskonale zaspokaja plakat. Zastępuje mu ikonę. Plakat odbija „duchowy” świat masy. Ten świat potrzebuje wroga. Wróg spaja szeregi masy. Czyni ją gotową do walki.

Na plakatach pojawiają się więc wrogowie, na bolszewickich są to „popi”, arystokraci, dworzanie, na hitlerowskich głównie Żydzi, ale też Francuzi. Ten uproszczony świat, pozbawiony jakiegokolwiek dyskursu, nie tylko szuka wroga. On go zabija, w masowej skali, w imię choćby czystości masy, nazwanej rasą.

Plakaty pokazują też Hitlera i Stalina. Obu zwykle w podobnych pozach – z wyciągniętymi ponad tłumami ramionami, wskazującymi kierunek, przyszłość świata.

Nadzieżda Makarowa, teolożka z Petersburga, spojrzała na Hitlera i Stalina jako na samozwańców. Historia rosyjska ich zna – Dymitra I, Dymitra II. Samozwańcy przybywają znikąd, są zerem. Nie stoi za nimi żadna dynastia, żadne namaszczenie ani błogosławieństwo. By zaistnieć jako liderzy, muszą nadać sobie cechy boskie. Film i plakat potrafią doskonale kreować owe „boskie” cechy. Na plakacie widzimy potężnego przywódcę na tle tłumu malutkich człowieczków z podpisem „Stalin s nami”, co brzmi niemal jak „S nami Boh”. Masa, nadając boskie cechy swoim liderom, jednocześnie nadaje je i sobie. Tworzy swoją „religię”.
Samozwańcowi o wiele łatwiej zaistnieć, usprawiedliwić swoją misję w sytuacji chaosu, czyli wojny, rewolucji. Taki samozwaniec dyktator nadaje chaosowi porządek, jakby z chaosu tworzy kosmos, niesie pokój. Takiemu masy składają hołd.

O obrazie totalitaryzmu we współczesnym kinie rosyjskim i niemieckim mówił Józef Dymalski z Wrocławia, analizując rosyjski serial z 2004 roku „Karny batalion” i niemiecki „Nasze matki, nasi ojcowie”. Stwierdził, że po zjednoczeniu Niemiec pojawiła się niebezpieczna narracja, przedstawiająca Niemcy jako ofiarę, obecna w wielu filmach i serialach, także w „Unsere mütter, unsere väter”. W serialu pokazano problem holokaustu. Ale Żydów mordują w nim wyłącznie lokalni antysemici – Ukraińcy, Polacy. Niemcy jedynie pilnują obozów. W serialu – żalił się Dymalski – nie ma ani jednej sceny pokazującej rzeczywisty obóz koncentracyjny, z Niemcami mordującymi Żydów. Antysemityzm niemiecki zaprezentowano w sposób bardzo łagodny, nieporównywalny do tego, jaki miał rzekomo panować w Polsce. Żołnierzy niemieckich przedstawił reżyser jako tych, którzy częściej ratują ludzi. I tylko czasem kogoś zabijają. Serial unika pytań o odpowiedzialność Niemców za nazizm.

Z kolei „Karny batalion” pokazał, według prelegenta, realia wojny bez kolorowania rzeczywistości, czego zabrakło serialowi niemieckiemu. To próba zrozumienia skomplikowanej rzeczywistości epoki Stalina.

Efektem totalitaryzmów była zmiana granic i przemieszczenie z miejsca na miejsce milionów ludzi. O przesiedleńcach z Wileńszczyzny do Wrocławia tuż po wojnie mówił Miłosz A. Gerlich z Uniwersytetu Wrocławskiego. Wilniuki postrzegali Ziemie Zachodnie, w tym Wrocław, jako groźne, obce, niemieckie, mimo propagandy, że są to ziemie „odwiecznie słowiańskie” i „od wieków polskie”. Niemieckość kojarzono z nazizmem, niszczeniem polskości, ludobójstwem. Ruiny Wrocławia wywoływały strach, wręcz apokaliptyczne skojarzenia. W dodatku przesiedleńcy zza Buga byli tu stygmatyzowani przez Polaków, napływających do Wrocławia z innych rejonów Polski czy innych krajów, postrzegani jako „Ruscy”. Według badań Gerlicha określenie „Ruski” stanowiło największą obrazę. Czuli się jak wyrzuceni poza pewien krąg kulturowy i cywilizacyjny. A przecież byli Polakami.

Pierwszy okres oswajania ziemi wrocławskiej był czasem, według badacza, podziału między tymi „zza Buga” i „prawdziwymi Polakami”. Niemniej i jedni, i drudzy budowali na zgliszczach Breslau podwaliny polskiego Wrocławia.

Podczas dwóch dni trwania konferencji przedstawiono osiem referatów.

Konferencja ma swoją wartość, nie sformułowaną w referatach. Zbliża Polaków i Rosjan, nawet jeśli dotyczy to małej grupy.

Anna Radziukiewicz
fot. autorka


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token