Numer 9(363)    Wrzesień 2015Numer 9(363)    Wrzesień 2015
fot.Anna Radziukiewicz
Z Białowieży do Rosji i z powrotem
Maria Iwaniuk (z domu Lasota) Michał Bajko
Mój ojciec Stefan Bajko miał 9 lat, kiedy car Mikołaj II w 1912 roku po raz ostatni przyjechał na polowanie do Białowieży. Wtedy, jak opowiadał, wszystkie dzieci z Białowieży stały w dwóch rzędach wzdłuż alejki, prowadzącej z pałacu do cerkwi. Za to otrzymywały pół funta cukierków (około 20 dekagramów).

Ale już w sierpniu 1915 roku trzeba było uciekać przed Niemcami.

Dziadek Daniel wraz z babcią Eufimią i ich dziećmi – Antoniną 15 lat, Stefanem 12 lat, Nadzieją 6 lat i roczną Anną furą owiniętą płachtą jechali w bieżeństwo. Ze sobą zabrali tylko tyle dobytku, ile zmieściło się na furze. Los skierował ich do Moskwy. Podróż trwała prawie miesiąc. Droga była bardzo trudna. Szerzyły się epidemie różnych chorób. Bardzo dużo ludzi podczas podróży umarło. Nadzieja zachorowała na tyfus. A że podczas sanitarnych kontroli chorych zabierano do szpitala, a rodzina musiała jechać dalej, rodzice zrobili posłanie na dnie wozu, gdzie ukryli chorą, przykrywając schowek wiezionymi rzeczami. Nadzieja wyzdrowiała bez lekarza i leków. Około osiemdziesięciu kilometrów przed Moskwą zaprzęg kazano zostawić, a rodzinę pociągiem przywieziono do stolicy Rosji. Tamtejsi mieszkańcy przyjęli ich życzliwie i pomagali, na ile było ich stać. Siedmioletnią Nadzieję dzieci przezywali „Palaczka”, a ona nie bardzo wiedziała, co to właściwie znaczy.

Nasz dziadek został zatrudniony w zakładach graficznych Iwana Sycina w Moskwie, gdzie m.in. drukowano ikony, a że był człowiekiem wierzącym, wiele z nich przywiózł do Białowieży, oszklone oprawił w ramy i podarował cerkwi św. Mikołaja w Białowieży, która pozbawiona była ikon, ponieważ oryginały wywieziono w głąb Rosji. Do dziś wiszą one w naszej cerkwi. Jedna z przywiezionych ikon, „Nieopalimaja Kupina” (Gorejący Krzew), zachowała się w domu córki Nadziei – Maryi, a u syna Stefana – Michała dużych rozmiarów ikona „Wsiech Skorbiaszczych Radost’” (Pocieszycielka Strapionych). Bardzo ciekawą rzadką ikonę „Mytarstwa św. Marty” przekazałem do monasteru w Zwierkach.

Nasza babcia Eufimia i najstarsza jej córka Antonina pracowały u gospodarzy, syn Stefan pracował w fabryce czekolad, Nadzieja opiekowała się młodszą siostrą. Siedziały same całe dni w domu, a jak długo nie było rodziców, obie płakały.

Nadzieja i Stefan z okresu przedrewolucyjnego najbardziej zapamiętali dzwony bijące w cerkwiach, a cerkwi było czterdzieści po czterdzieści, nie licząc domowych. Nie mogłem tego dość długo zrozumieć – jak to w domach cerkiew? Na święta tak dzwoniono, że cała Moskwa huczała.

Dziadek zawiózł Stefana do cerkwi Chrysta Spasitiela. Świątynia tak poraziła go wielkością, wystrojem i duchowością, że ojciec przez całe życie opowiadał o niej. Mówił, że „duża cerkiew, a w niej druga cerkiew”. Nie mogłem pojąć, o co chodzi, ale kiedy kilka lat temu byłem w odbudowanej świątyni (stara została zburzona na rozkaz Stalina w 1931 roku) – zobaczyłem, że wewnątrz cerkwi część ołtarza wykonana jest w kształcie małej cerkwi.

Rewolucja w 1917 zmieniła ich życie. Zapanował głód i niepokój. W mieście nie można było dostać żywności ani opału. Trzeba było wyjeżdżać daleko poza Moskwę, aby kupić cokolwiek. Najczęściej jeździła Antonina. Pracowała u gospodarzy po kilka tygodni, za to płacili jej kaszą, mąką i innymi produktami. Taka wyprawa nie była bezpieczna. Pociągi były zatłoczone, często trzeba było jechać na dachach wagonu, i to zimą. Służby „nowej władzy” zatrzymywały pociągi w szczerym polu i robiły rewizję. Dziewczyny szyły sobie halki z rowkami jak w kufajce, w te rowki wsypywały kaszę czy sól, a na to nakładały normalną spódnicę i tak udawało się cokolwiek przemycić. Antonina była główną żywicielką rodziny. Żywności jednak było za mało. Stefan w wyniku niedożywienia zachorował za tzw. „kurzą ślepotę”.

W Moskwie grasowali różnego typu przestępcy i rabusie, m.in. tzw. papryguńczki. Dla nich nie było żadnych przeszkód w ucieczce. W razie pościgu na swych butach na sprężynach byli nieuchwytni. W tym czasie krążyły różnego rodzaju wiersze, ganiące nową władzę, np. Jak był Nikołaszka / był chleb i kaszka. / Nie ma Nikołaszki / Nie ma chleba i kaszki.

Młodsze dzieci również pomagały. Nadzieja zbierała szczaw i sprzedawała na rynku, sprzedawała również wodę. Stefan pracował w fabryce czekolad, czasami udawało się przemycić z zakładu pod czapką jakieś słodycze.

Zarobione pieniądze oddawano rodzicom. Nasi rodzice, a mieli wtedy dziewięć i piętnaście lat, byli świadkami okropności rewolucyjnego czasu. W okolicy ich mieszkania grzebano ofiary terroru. Kopano ogromne rowy, do których przywożono ciężarówkami nagie ciała i układano w trzy warstwy.

Kiedy mój ojciec Stefan w 1962 odwiedził swoją siostrę Antoninę, którą los rzucił po 1944 roku do Uralska (Kazachstan), zatrzymał się na kilka dni w Moskwie u rodziny i odwiedził miejsca, w których mieszkał. Tam gdzie grzebano pomordowanych, jest park, alejki, ławeczki, spacerowicze i żadnych śladów pochówku.

W roku 1920 wyruszyli w drogę powrotną do domu. Dojechali bez większych przeszkód do Grodna, gdzie zatrzymała ich wojna polskobolszewicka. W Grodnie na dworcu koczowali ponad miesiąc, dopóki front się nie przesunął. Do Białowieży dojechali dopiero jesienią.

Nadchodziła zima, a oni nie mieli gdzie mieszkać, gdyż dom i wszystkie budynki gospodarcze zostały spalone. Zamieszkali u dalszej rodziny przy ul. Tropinka w świronie, drewnianym spichlerzu.

Przybliżało się święto Pokrow Preswiatoj Bohorodicy (Opieki Matki Bożej), wyjątkowo uroczyście obchodzone, ponieważ nawiązywało do tradycji pierwszej świątyni i jej ikony (rozm. 280 cm x 338 cm, która zachowała się do dziś i jest największą ikoną na Podlasiu). Przed świętem (1/14 października) babcia poszła do puszczy, nazbierała żołędzi, zmieliła z garścią przywiezionej mąki i tak upiekła świąteczne jedzenie.

W takich warunkach przewegetowali całą zimę i tak rozpoczynało się inne życie w nowych realiach, w innej rzeczywistości – już w polskiej. Trzeba było się uczyć nieznanego języka polskiego. Trzeba było bronić swojej wiary – prawosławia i białoruskości przed asymilacją. Czy to się udało?

Na wiosną 1921 roku z rozebranych szop na siano, stojących na bagiennych łąkach między Białowieżą a Pogorzelcami (Reski) i na bagnach „Aniśki” (obecnie Białoruś), zbudowali niewielki dom (32 m2) przy ul. Stoczek, w którym dziadkowie żyli do śmierci.

Po stu latach wracamy do bieżeństwa. Szkoda że tak późno.

Te wspomnienia są okruchami przeżyć naszych przodków. Niemniej odcisnęły ślad w świadomości tego pokolenia i nie tylko. Oczywiście wojna, uchodźstwo to tragedia narodu. W przypadku naszej rodziny skończyło się bez ofiar – wszyscy wrócili cali na rodinu, do Białowieży.

Mimo głodu, chłodu i tułaczki Moskwa – jej ludzie, życie, język, kultura, cerkwie – tak ich zauroczyła, że zawsze wspominano ją ciepło i życzliwie.

Na pamiątkę dziadek Daniel przywiózł z Moskwy obraz „Priczta o Łazare” i obraz „Pierwoprestolnaja stolica Rossiji”, na którym widnieje Kreml i jej świątynie. Obrazy te wisiały u dziadka, potem u mego ojca Stefana, a teraz wiszą w moim pokoju. Wiszą i przypominają o bieżeństwie, o tych, którzy to przeżyli i o tych, którzy nie wrócili do rodzinnego gniazda. Niech i naszym potomnym przypominają naszego dziadka Daniela i babcię Eufimię.

Maria Iwaniuk (z domu Lasota)
Michał Bajko

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token