Numer 10(364)    Październik 2015Numer 10(364)    Październik 2015
fot.Anna Rydzanicz
Pierwsza po wysiedleniach
Anna Rydzanicz
Trzydzieści lat temu, 28 lipca 1985 roku, metropolita Bazyli wraz z władyką przemyskim i nowosądeckim Adamem i duchownymi konsekrował cerkiew św. Mikołaja w Zyndranowej, pierwszą wybudowaną na Łemkowszczyźnie po Akcji Wisła świątynię prawosławną – pomnik  1000-lecia Chrztu Rusi oraz symbol powrotu wiernych na rodzinną ziemię i wierności  tradycjom. W uroczystościach wzięło udział kilka tysięcy wiernych z Polski i zagranicy.  Droga ku temu była niełatwa. Na zgodę  władz na budowę świątyni prawosławni z Zyndranowej czekali dwanaście lat.

Kilka łemkowskich rodzin, które powróciły do Zyndranowej, w Liturgiach prawosławnych zaczęło uczestniczyć w 1969 roku, najpierw pod gołym niebem na miejscowym cmentarzu, a potem w należącej do muzeum chyży Goczów.

Wieś, położona trzy kilometry na południe od Tylawy w dolinie potoku Panna, rodowodem sięga przełomu XIV i XV wieku. Władysław Jagiełło dokumentem z 1426 roku potwierdza, że należała do wówczas już nieżyjącego Zyndrama z Maszkowic, któremu nadał ją za zasługi w bitwie pod Grunwaldem. Podobno od imienia sławnego rycerza wywodzi się nazwa wsi, choć mieszkańcy twierdzą, że raczej od niemieckiego słowa „zendra”, określającą rudę żelaza. „Zendra-nowa”, czyli nowo odkryta kopalnia rudy żelaza. Wcześniej miała zapewne inną nazwę.

Pierwszą cerkiew wzniesiono w górnej części wsi przed rokiem 1581. Unię brzeską wprowadzono tu późno. Po śmierci o. Wasylija Barwińskiego w 1709 roku kolejni kapłani byli już uniccy. W 1720 roku w centrum wsi, po drugiej stronie potoku Panna, wzniesiono greckokatolicką cerkiew św. Mikołaja. Następną, która przetrwała do lat 60. XX wieku, w 1897 roku, w miejscu poprzedniej. Okazała bryła, na planie krzyża, miała pięć kopuł, centralną oraz cztery mniejsze na ramionach krzyża. Dzięki dotacjom  wiernych ze Stanów Zjednoczonych i Kanady ufundowano też cztery dzwony na wolno stojącej dzwonnicy. W 1942 roku trzy zabrali Niemcy, zostawiając najmniejszy, ale i ten w 1947 roku został zabrany na strażnicę  do oddalonego o trzy kilometry Barwinka. Potem słuch po nim zaginął.
W latach 60. ci którzy wrócili, zaczęli  remontować zniszczoną ostrzałami artylerii w czasie wojny świątynię. Ktoś poszedł na skargę i cerkiew w 1962 roku rozebrano. Remontującym ją ludziom wytoczono procesy i zasądzono wyroki w zawieszeniu oraz kary pieniężne. Kiedy ją rozbierano,

fragmenty ikonostasu zaniesiono do dawnej stajni,
gospodarczego budynku przy szkole. Inne części znalazły się w Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku oraz w Muzeum w Łańcucie. Deski po cerkwi zabrali okoliczni osadnicy. Potem można było je rozpoznać w niektórych domach. Najwięcej spłonęło w piecach piekarni w Dukli.

– To były trudne czasy – wspomina Maria Gocz, emerytowana nauczycielka. – Nie myśleliśmy nawet, że będziemy budować własną cerkiew. Pierwsza parafia prawosławna w okolicy zawiązała się w 1962 roku w oddalonych o siedemnaście kilometrów Polanach. Proboszczem był tam o. Anatol Fiedoruk.

– Początki były trudne, bo wielu było wrogów prawosławnej Cerkwi. Nasi ludzie byli zbałamuceni – mówi Teodor Gocz – przestraszeni i sponiewierani.  Większość z tych co wrócili, uczęszczała do kościoła rzymskokatolickiego w Tylawie. Najpierw Goczowie zaczęli jeździć do Polan. W 1969 roku przed Wielkanocą przyszło do Teodora dwóch zyndranowian. – Nie moglibyśmy tak paschy po swojemu poświęcić? Przywieźli motocyklem o. Fiedoruka i tak się zaczęło.

Wieś do 1947 roku ciągnęła się na pięć kilometrów, od strony Tylawy do samej granicy ze Słowacją. W tej  części Łemkowszczyzny powroty do prawosławia zaczęły się tuż po 1926 roku. – Za Tylawą wróciły Trzciana (po łemkowsku Terściana), Mszana oraz jej filia, parafia w Smerecznem, gdzie urodziła się pani Maria Gocz. Następnie Wilsznia, Lipowiec. Tu  podczas obydwóch wojen światowych przebiegała linia frontu i wsie były niszczone. W 1915 roku mieszkańcy obchodzili Święta Bożego Narodzenia wraz z żołnierzami armii carskiej. We wsi nie było duchownego, ponieważ o. Kopystiański jako jedyny ze wsi został uwięziony w Talerhofie. Liturgię odprawił kapelan wojskowy. Cerkiew była przepełniona, ludzie stali na zewnątrz. – Jak zaśpiewali Boh Predwicznyj, to żołnierze i cywile zaczęli płakać – przywołuje opowieść pradziadka i babci urodzony w 1929 roku Teodor Gocz.

Zyndranowianie nie zdążyli, jak wówczas mawiano, przejść na prawosławie, bo policja pod koniec lat dwudziestych zagroziła cieszącemu się wielkim autorytetem nauczycielowi miejscowej szkoły, Józefowi Bajko, rusińskiemu patriocie, usunięciem z posady. Ten zwołał zebranie światlejszych gospodarzy i wyprosił, żeby na razie zaniechali starań. Jednak mieszkańcom z górnego krańca wsi bliżej było do cerkwi w sąsiednim, prawosławnym Lipowcu.

 W czasie walk na Przełęczy Dukielskiej w 1944 roku w chyży Teodora Kukieły kwaterował radziecki generał. Właściciel zamieszkał w stajni. Swoim zwyczajem stary cerkiewnik siadywał przed domem. Czytał książki po cerkiewnosłowiańsku i modlił się. Wartownik przyznał mu się, że jest nauczycielem. – Tylko nie wyjeżdżajcie na wschód, bo tam straszna bieda – ostrzegał. Spod munduru wyciągnął medalik. – Ja wirujuszczyj – szepnął po ukraińsku.

Mieszkańcy zniszczonych działaniami frontu Smerecznego, Mszany, Wilszni, Trzciany ulegli agitacji. Politrukom łatwo było roztoczyć przed nimi wizję „raju”. W lutym 1945 roku w okolice Borszczowa w okręgu tarnopolskim wyjechało z Zyndranowej dwadzieścia pięć rodzin. 4 października 1945 roku przymusowo wysiedlono na Ukrainę ponad sto rodzin. Mieszkające we wsi cztery rodziny żydowskie hitlerowcy wywieźli i zamordowali w okolicznych lasach. Osiedleni na „watrysku” (ognisku) w centrum wsi nad rzeką Cyganie (pięć rodzin), chociaż nieobjęci Akcją Wisła, dobrowolnie podzielili los wypędzanych Łemków, wyjeżdżając w zielonogórskie i szczecińskie.

 Po wysiedleniach na wschód we wsi o stu siedemdziesięciu pięciu numerach zostało zaledwie trzydzieści rodzin – powracających z robót w III Rzeszy, więzień, obozu w Dachau. Kilka rodzin uzyskało metryki od rzymskokatolickiego duchownego i tym samym uniknęło wysiedlenia. 

Został również pradziadek Teodora Gocza, gromadzki pisarz Teodor Kukieła. W 1945 roku pokazał dokument, że był gromadzkim pisarzem i za czasów monarchii habsburskiej, i w niepodległej Polsce. W 1947 roku oficerowi kierującemu akcją wysiedleńczą pokazał medal za zasługi. Ten odpowiedział: – Zostajesz. Do opieki nad staruszkiem przydzielił dziadków Teodora Gocza, Anastazję i Michała Macków.

Pierwszych wysiedleń, tych na wschód, udało się rodzinie Teodora Gocza uniknąć. – Mama miała dokumenty, że ojciec stara się o wyjazd do Kanady, ale w 1947 roku to już nie pomogło.

To były straszne przeżycia – wzdycha Teodor Gocz, autor wspomnień „Życie Łemka”. Został aresztowany za rzekomą współpracę z UPA. Torturowany w trakcie przesłuchań osiemnastolatek dostał wyrok ośmiu lat więzienia.  Zwolniony w 1951 roku z Wiśnicza, odbył służbę wojskową w Batalionach Górniczych. Pochował pradziadka Kukiełę. Ten zapisał w spadku ziemie i połowę domu swojej wnuczce oraz jej synowi. Anna Gocz z Kanady przesłała akt notarialny, przekazujący jej część synowi.

Teodor Gocz na podarowanej ziemi wybudował duży dom. Dziś nosi numer 1, choć  kiedyś chata pradziadka miała numer 18 i wyznaczała dolny kraniec wsi, po łemkowsku – nyżni. – Nigdy bym tak dużego domu nie budował, gdybym wiedział, że ojciec nie wróci z Kanady – wyznaje.

Dom Goczów przez lata stanowił centrum życia społeczno-kulturalnego i religijnego wschodniej części Łemkowszczyzny. To właśnie w Zyndranowej za sprawą Teodora Gocza powstał na przełomie lat 1954-55 pierwszy łemkowski zespół muzyczno-taeatralny, co też stało się w 1958 roku przyczyną kolejnego wyroku na jego twórcę. Oskarżony o udział w bójce, dwa lata spędził w obozie pracy w Czarnem w województwie koszalińskim.  

– Po ślubie w 1963 roku zaczęłam pracę w miejscowej szkole. Ikonostas wciąż leżał na stercie węgla – wspomina Maria Gocz. – Feciu (łemkowskie zdrobnienie imienia Teodor), aż grzech, że on tam tak leży – powiedziała mężowi. To, co zostało po ikonostasie Teodor zabrał i umieścił w przybudówce chyży po pradziadku, gdzie wtedy mieszkali. Znacznie zniszczone były królewskie i diakońskie wrota. Pan Teodor udał się do znajomego rzeźbiarza z Dukli, pana Drozda, który starannie je zrekonstruował. W  1970 roku w niewielkiej chyżce gromadzkiej zrobili prosty ikonostas. Tak powstała kaplica służyła wiernym z Zyndranowej i okolic długie lata. 

O. Andrzej Popławski już jako hieromnich Abel przybył do Zyndranowej w 1982 roku. Zamieszkał w odległej  o czterdzieści kilometrów Komańczy. Komańcza z filią w Turzańsku i Zyndranowej to były pierwsze parafie przyszłego arcybiskupa lubelskiego i chełmskiego. Obsługiwał też parafię w Polanach. W zasadzie budowa zyndranowskiej cerkwi i  plebanii w Komańczy trwały równolegle. Hieromnich Abel górskie odległości pokonywał na wysłużonym motocyklu.

– Młody, ale natchniony duchem tworzenia, świetny organizator – wspomina pani Maria.
Zdecydowano, że nadszedł czas, by wybudować cerkiew.  – Proboszcz widział poparcie, nasze zaangażowanie, zebrał potrzebną dokumentację i pchał trudne sprawy do przodu. W koszuli, dżinsach zdobywał w trudnych czasach materiał na budowę.

Ewa i Jan Mackowie podarowali parafii całe gospodarstwo, pożydowską chyżę z obejściem i kilka hektarów pola. Jan Macek wrócił ze Stanów Zjednoczonych do rodzinnej Zyndranowej, Ewa z wysiedlenia na Ukrainę nie wróciła do Lipowca. Poślubiła Jana. – Była bardzo religijna, bardzo prawosławna. On wierzył w komunizm, wieszał portrety Lenina – wspomina Teodor Gocz. – Swój majątek rozdawał ludziom. – Miał głębokie poczucie sprawiedliwości – przyznaje Maria Gocz. – Był wielkim idealistą. Jeszcze na statku wymienił po niekorzystnym kursie wszystkie dolary na złotówki, ponieważ nie chciał wracać z obcym kapitałem do socjalistycznej Polski. Żył bardzo skromnie. Ludzie wykorzystywali jego dobroć.

Projekt cerkwi wykonał architekt Aleksander Chylak, wnuk greckokatolickiego duchownego. Zaplanowano świątynię w stylu zachodniołemkowskim, ale murowaną. Projekt wobec pierwotnego planu zmniejszono, ale i tak cerkiew – uważa pani Maria – jest za duża, bo zazwyczaj na Liturgii w niedzielę bywa dziesięć osób. Jednak podczas odbywajacego się od 1992 roku święta kultury łemkowskiej „Od Rusal do Jana” świątynia zapełnia się wiernymi z Polski, Słowacji, Ukrainy i Ameryki.

– Dbamy, aby modlitewna część „Od Rusal do Jana” była odprawiona w intencji święta kultury, aby dalej trwało, żeby dobrze służyło mieszkańcom, gościom, a przede wszystkim naszej kulturze – mówi o. Marek Gocko, proboszcz od 2006 roku. W festiwalu uczestniczył jeszcze jako nastoletni chłopak.

W 1982 roku metropolita Bazyli poświęcił plac pod budowę cerkwi. Myśl o budowie cerkwi zbiegła się w czasie z odrodzeniem życia społeczno-kulturalnego Łemków. Nabierał siły zespół Pieśni i Tańca Łemkowyna z Bielanki. Teodor Gocz dwadzieścia lat śpiewał i był w nim starostą. W 1983 roku zorganizowano pierwszą Łemkowską Watrę w Czarnej.

Zyndranowa stała się popularna,
bo budowano w niej cerkiew. Trzy lata. Teodor Gocz miał już wówczas samochód i mógł kursować między Sanokiem a Zyndranową. Potrzeb było wiele. Należało odrestaurować ikony z dawnej cerkwi św. Mikołaja. Teodor Wańca, dziś mieszkający w Stanach Zjednoczonych, użyczał budowie spychacza i traktora. Fundamenty starej cerkwi posłużyły nowej. Teodor Gojdycz, Maria Madzej, Pyłyp i Petryk, a także Jan Gubik i Jan Madzej, poświęcili budowie niemało czasu.  Dach z kopułami wykonała odpłatnie ekipa z Iwli.

Zwrócili się po pomoc do wiernych w Ameryce. W Stanach Zjednoczonych fundusze zbierał Michał Wołoszyn, zaś w Toronto matka Teodora Gocza i jego brat. Przyszły władyka jeździł na Podlasie i na tamtejszych parafiach kwestował na rzecz budowy. Ludzie z Białostocczyzny nie szczędzili pomocy. – Pewnego razu ktoś przysłał nam tysiąc złotych. To była bardzo duża kwota – wspomina pani Maria.

O. Piotr Pupczyk, dziś proboszcz parafii w Krynicy, do Zyndranowej dojeżdżał od 1993 roku, początkowo z Pielgrzymki, ponad czterdzieści kilometrów w jedną stronę. Od wiosny do jesieni co niedzielę.

– O Zyndranowej nie sposób mówić bez pana Fecia – dodaje o. Pupczyk. – Dzięki niemu zapaliła się ta iskierka.

Pierwsze pieniądze, skromną kwotę, na budowę podarowała Anna Buriak, matka pani Marii Gocz. Zniszczony po części rząd ikon świątecznych w ikonostasie uzupełniono ikonami z Komańczy, nowe dopisał Andrzej Stefanowski z Zielonej Góry. Namalował również ikony apostołów. Ikony świętych Olgi i Włodzimierza oraz Cyryla i Metodego ufundowała Ewa Macek. Z Zielonej Góry dotarły do Lubina, skąd zabrał je Michał Fedosz, dziś 92-letni mieszkaniec Zyndranowej i Małomic koło Lubina. W Zyndranowej wybudował nowy dom i wraca do niego co roku. Z Dolnego Śląska przywiózł też dzwon ze świątyni ewangelickiej, który dziś służy w cerkwi. Dar parafii prawosławnej w Lubinie.

Nie wszyscy opowiedzieli się za budową cerkwi i w ogóle prawosławiem w Zyndranowej. Niektóre fundacje odbywały się anonimowo, by rodzina nie wiedziała. Tak pojawiły się dwa obrazy od mieszkającej w Stanach Zjednoczonych szwagierki ówczesnego sołtysa.

– Wielka w tym dziele  zasługa obecnego władyki Abla – mówi Teodor Gocz. – W Toronto dostałem od niego kartkę. Pytał, czy powinien wyjechać do Kanady i objąć jedną z parafii w Winnipeg. Trochę się zdziwiłem, że duchowny pyta takiego człowieka jak ja. Był rok 1989. „Ojcze, razem budowaliśmy cerkiew i uważam, że Waszym zadaniem jest trudzić się  dla Cerkwi na rodzimej ziemi, nie na obczyźnie” – odpisałem. – Nikt wtedy nie pomyślałby, że zostanie arcybiskupem lubelskim i chełmskim. Najważniejszym gościem obchodów trzydziestolecia  może być tylko władyka Abel. O cerkwi w Zyndranowej nie zapomina. Jeszcze przed obchodami podarował świątyni kopułę, która zwieńczy przedsionek cerkwi i część funduszy na jej zamontowanie.

Niewielka parafia w Zyndranowej jest specyficzna, bo dzięki muzeum przez cerkiew przewija się sporo ludzi.

– Cerkiewka  pełni rolę religijną i  edukacyjną, daje świadectwo – mówi o. Piotr Pupczyk. Dzisiejsza parafia to sześć rodzin. O. Marek Gocko na Liturgie dojeżdża z Komańczy co dwa tygodnie w niedzielę na jedenastą. Przed garstką parafian duże wyzwania. Remont dachu i pomalowanie cerkwi. – Cerkiew w Zyndranowej dała siłę miejscowym ludziom, by mogli prowadzić skansen, święto. Kultura  potwierdza sens jej istnienia. – Zwykle  tam, gdzie są małe parafie, zaangażowanie jest duże – mówi o. Marek Gocko. Mimo garstki wiernych parafia żyje.

Anna Rydzanicz
fot. autorka

Konto: Parafia Prawosławna Opieki Matki Bożej, 58-543 Komańcza
PBS O/Sanok
97 8642 0002 2001 0033 7832 0001
z dopiskiem „Pomoc dla Zyndranowej”


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token