Numer 10(364)    Październik 2015Numer 10(364)    Październik 2015
fot.Anna Rydzanicz
Antyrosyjska opowieść
Dorota Wysocka
O bieżeństwie, wielkiej ucieczce  mieszkańców zachodnich krańców Cesarstwa Rosyjskiego przed zbliżającą się armią niemiecką, w stuletnią jego rocznicę dużo mówiono w środowisku prawosławnym, bo to ta ludność, z dawnych guberni chełmskiej i grodzieńskiej, zdecydowanie wśród nich dominowała. 

Własną wersję opowieści przygotował też białostocki Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki. Tak dalece odrębną, że niespójną z żadną inną. Opowieść antyrosyjską.

Pomysł był ciekawy, rzec można performerski. Widzowie i aktorzy utworzyli jedną grupę, zarazem świadków i bezpośrednich uczestników przedstawienia. Wyszli z ram zamkniętej teatralnej przestrzeni, by wyruszyć w podróż jak najbardziej dosłownie, pociągiem.

Zaczęła się ta podróż w Sokołach, w powiecie wysokomazowieckim, przy nieczynnej już od dawna linii kolejowej. Wprost z autokarów widzowie trafili na prawosławne wesele. Weselnicy częstowali kiełbasą, chlebem, wódką (wcale nie rekwizytem), kwaszonymi ogórkami. Za stołem, obok młodej pary, racząc się jedzeniem i piciem, siedział – chyba – biskup. Szaty miał fioletowe, niczym biskupi katoliccy, na głowie jednak kołbuk, w ręku żezł, na piersiach zamiast panagiji trzy krzyże. Znak krzyża też czynił prawosławny. Zrozumiałam, że scena miała obrazować czas spokoju, bezpieczeństwa, sytości. Tylko kto na wsi organizuje wesele w porze żniw? W dodatku w lipcu i sierpniu dni bez postu prawosławni mają niewiele. Cóż, miało być teatralnie, symbolicznie. Może się czepiam.

Atmosferę zabawy wkrótce zakłócają odgłosy wojny. Słychać strzały, wybuchy, pojawiają się żołnierze na koniach. Rozsiani wśród widzów aktorzy i statyści (co najmniej kilkudziesięciu) krzyczą z przerażenia. Trzeba uciekać! Natychmiast! Spieszmy się! Po drodze wpadamy do namiotów szpitala polowego. Lekarze w zakrwawionych fartuchach, krwią ociekają ranni, niektórym nie można już pomóc, ciała zawinięte w prześcieradła leżą z boku. Przerażenie rośnie.

Ale już dobiegamy do wagonów. Żołnierze popędzają. Szybko! Szybko! Wsiadać! Na nic nie ma czasu!

W wagonach atmosfera się nie uspokaja. Dokąd jedziemy? Co z nami będzie? Przez okno obserwujemy pobojowisko. Martwe ciała żołnierzy, martwe konie, krowy. Pociąg przystaje. Upychani są kolejni uciekinierzy. Nie wszyscy się mieszczą. Dobiega nas wieść: Kozak zabił dziecko, które nie zdążyło wsiąść. Jakaś porzucona dziewczynka rozpaczliwie macha, gdy ruszamy.

Przypomina mi się jedna z bieżeńskich relacji. Rodzina, nie pamiętam już w jakich okolicznościach, zagubiła malutkie dziecko. Gdy  bieżeńcy odjechali, niemowlę odnaleziono. Jeden z Kozaków  ruszył konno wzdłuż torów w ślad za pociągiem. Te poruszały się wolno, często stawały na bocznicach, przepuszczając transporty wojskowe. Jechał cały dzień. Podjeżdżał do każdego wagonu i pytał o rodziców. Odnalazł i oddał im dziecko.

W teatralnej wizji Kozacy są jedynie nosicielami zła. Obserwujemy przez okno, jak mieszkańcy jakiejś wsi pakują dobytek na wozy. Wtem nadjeżdża oddział i pali ich dom (szczęśliwie, jako że to teatr,  makietę). Na następnym postoju stojąca obok mnie pani nerwowo reaguje na okrzyk „Kozacy nadjeżdżają!”. – Spokojnie, Kozacy to nasi – mówię. –  Kozacy to tyle co Ruscy – próbuje mi wyjaśnić. – No właśnie. My jesteśmy Ruscy. Uciekamy przed Niemcami. Widzę, jak oczy robią się jej okragłe. Raczej mi nie uwierzyła.

W pociągu niepokój nie gaśnie. Wraz z biletem w kasie dostaliśmy zwitek banknotów, dwa tysiące rubli.  – Toż to majątek. Po co? – zapytałam. – Za wszystko trzeba będzie płacić – wyjaśniła kasjerka. – I dawać łapówki. Wzdłuż wagonów przesuwa się obsługa. Wprost domaga się tych łapówek. Służbie sanitarnej zapłacić należy chociażby za to, żeby nie zabrała chorego do szpitala, gdzie i tak nikogo nie wyleczą. Pasażerowie są na to przygotowani, płacą bez ociągania.

Znowu postój. Wysiadamy i wędrujemy kilkaset metrów kolejowym nasypem. Biwak przy ognisku.  Obok pogrzeb. Na przydrożnym cmentarzyku niemało już prawosławnych krzyży. Rozmowy przy ognisku smutne, o zagrożeniu, niepewnej przyszłości, losie tułacza. – Nie nazywajcie nas bieżeńcami – mówi ktoś z aktorów. – Jesteśmy wypędzeni.

Znowu jedziemy. Wyrzekaniom nie ma końca. Na niewygodę, brak wody, obsługę. – Ruskie chamstwo – pada obok mnie raz za razem, nie wiem, pod adresem współpasażerów czy kolejarzy.  Młode bieżenki Ruskie raczej nie są. Intonują rzewną piosenkę, że nie ma kwiatów piękniejszych niż polskie, o jakiejś koleżance mówią: – Ona nie Ruska, ona nasza, tutejsza.

– Cud! Cud! – wskazuje nagle ktoś na okno. – Święty Krzysztof odprowadza dzieci. Dawny biskup, w tych samych fioletowych szatach, teraz w masce psa, na szosie krąży z dziećmi w kółeczku. Nie rozumiem, co to za postać, co wyraża maska.

To nie pierwszy w tej podróży okrzyk „Cud! Cud!”. Wcześniej Matka Boża, w złotych szatach, zeszła z niesionej na drążkach ikony. Podobno – tego nie zauważyłam ani nie słyszałam – nie pozwolono jej wsiąść na chłopski wóz. Pojechała z biskupem powozem.

Zapada zmrok. Obsługa zapowiada wizytę córki cara, Tatiany. Nadchodzi śliczna dziewczyna w prostej, eleganckiej sukni. Miło wita się z podróżnymi, zwracając się do nich, niczym Joana Krupa, z wyraźnym amerykańskim akcentem, co chyba ma wyrażać „inność” i oddalenie tej postaci, rozdaje chleb i ikonki. Na obrazku święty z głową psa. Jestem zadziwiona i urażona. Dopiero w domu odczytam cerkiewnosłowiański podpis Christoforos i odnajdę informację, że w kręgu bałkańskim tak właśnie przedstawiano św. Krzysztofa, patrona podróżnych.

Komentarze młodych aktorek są nieprzyjazne. – Co ona sobie myśli, że wykpi się kawałkiem chleba i obrazkiem? – rzucają za carewną. – Dwa lata będzie wam płaciła zasiłek – mam na myśli komitet pomocy, któremu patronuje. –  I karmi was na postojach – odwracam się do dziewczyn. Nie odpowiadają.

I już Łapy. Pociąg zatrzymuje się na bocznym torze. Widać dużą tablicę: Moskwa. Koniec podróży. Z wysokiej rampy ktoś odczytuje fragmenty – bez wyraźnego klucza –  relacji z bieżeństwa, zebranych i wydanych przez zespół „ Niwy” dwadzieścia lat temu, a teraz przetłumaczonych na polski i umieszczonych na stronie biezenstwo.pl. Przedstawiają się autorzy, reżyserzy, scenografowie, aktorzy, statyści, wszyscy pracujący przy spektaklu. Publiczność z entuzjazmem bije brawo. Jest zadowolona. A ja marudzę.

 Na pewno wiem o bieżeństwie więcej  niż przeciętny widz, a już szczególnie polski, bez zaplecza opowieści  rodzinnych. Temu teatr zapewnił chaotyczny przekaz o straszliwych Kozakach-Ruskich, którzy miejscową, przeważnie polską,  ludność wypędzili z domów, na siłę, pod groźbą śmierci, którą nieść mieli Niemcy, ale i oni dali próbkę, wepchnęli do pociągów i w straszliwych warunkach, w ścisku, głodzie i pragnieniu, źle traktowanych przez obsługę transportu, która wyłudzała od nich ostatni grosz, przez obszary działań wojennych wywieźli na poniewierkę.

Nie mówię, że wszystko jest nieprawdziwe. Kozacy rzeczywiście, realizując rozkazy, spalili wiele domów, niekiedy jeszcze na oczach mieszkańców. Natarczywe domaganie się łapówek miało chyba oznaczać całkowity wewnętrzny rozpad państwa rosyjskiego, w którym nikt już nad niczym nie panował. Nie pojawia się ten wątek w relacjach. I skąd chłopi mieliby mieć przy sobie tyle gotówki?

Wszystko w tym przedstawieniu wydawało mi się obliczone na efekt, nie przybliżenie do przeżyć i emocji uciekinierów, i podporządkowane aktualnie obowiązującej tezie, że na wschodzie mamy odwiecznego wroga, który zawsze, w każdy sposób ściąga na nas niebezpieczeństwo.

Bieżeństwo 1915 roku dotknęło ponad trzy miliony osób. Jest  wspólną – prawosławnych i katolików – historią, ale Polacy stanowili w masie uciekinierów kilkanaście procent. Większość z nich wyjechała zresztą planowo, wraz z ewakuowanymi fabrykami i biurami, wcześniej. Chłopów, porzucających domy, było wśród nich niewielu. Wsie wyruszyły w drogę wozami i to ten pierwszy etap był dla nich najtrudniejszy, jego dotyczyły dramatyczne relacje o przepełnionych drogach, długich postojach, braku paszy dla zwierząt, epidemiach, zagubieniu i bezradności. Kiedy dotarli do punktów przeładunkowych i wsiedli do pociągów, najgorsze mieli już za sobą. Nikt do nich nie strzelał, nie widzieli bitew. Wielu doświadczyło rzeczy strasznych, wielu, później, doświadczyło niezwykłego dobra. O tym, pod sam koniec, pada jedno zdanie. Teatr zapowiada kontynuację tematu, w bardziej już tradycyjnej formie, w listopadzie.

Dorota Wysocka
fot. Maciej Chołodowski

Bieżeńcy. Exodus, dwa spektakle Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki, 5 i 6 września 2017 roku, scenariusz Dana Łukasińska, reżyseria Agnieszka Korytkowska-Mazur.



 




Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token