Numer 10(364)    Październik 2015Numer 10(364)    Październik 2015
fot.Anna Rydzanicz
Warto być sobą
Tadeusz Wyszomirski
Hrabiego Zdzisława Tyszkę poznałem jako redaktora w „Słowie Powszechnym”. Miał w sobie coś, co na pierwszy rzut oka odróżnia arystokratę od parweniusza. Coś w geście, spojrzeniu, nawet nastroszeniu wąsów czy sposobie poprawiania okularów przywoływało na myśl stare portrety.

Jako nieodrodny potomek klas wyższych hrabia Tyszka wypić naturalnie i mógł, i lubił. Picie w towarzystwie hrabiego i redaktora w jednej osobie zmieniało się ze zwyczajnej popojki a la maniere russe (jakby powiedział zresztą sami wiecie kto) w prawdziwą ucztę, podczas której można się było nasłuchać opowieści z ostatnich lat wielonarodowej Rzeczypospolitej, gdzie pejsaci chasydzi przechadzali się na tle cerkwi i wszystko w jakimś szerszym sensie było nasze. Uprawiał, bodaj jako ostatni, rodzaj literacki przez specjalistów zwany gawędą szlachecką, gatunek, jaki zaginął wraz z kresowymi dworkami, kuligami, zajazdami, zapustami, zaprzęgami i całym stylem życia.

Gawędziarzem pan hrabia był niezrównanym, opowieści były jego żywiołem, znajdował w nich jakby naturalne schronienie przed straszną teraźniejszością, która zmiotła jego świat z powierzchni ziemi, pozostawiając przy życiu nielicznych świadków, przeżywających nostalgiczne sny o czasach minionej świetności.

Spośród licznych historyjek, jakie przytaczał, zapamiętałem jedną. Nazwisko jej bohatera, jak i jego wiernego sługi, tudzież dokładne geograficzne dane uleciały z mojej pamięci. Nie ma to jednak dla nas większego znaczenia. Bohaterami tej historii byli pan i jego sługa, jak w książce don Cervantesa.

Pan, wychowany, jak przystało na pana z panów, na wielkim dworze, trochę jakby słabo kontaktował z rzeczywistością. Żył w swoim świecie, jaki już wyraźnie pod koniec wojny zbliżał się do końca w takt gąsienic sunących od Wschodu. Póki co, na niezajętych przez bojców z Krasnej Armii terenach mieli jeszcze coś do powiedzenia Ukraińcy.

Jego lokaj był pod każdym względem przeciwieństwem swojego pana, figurą jako się rzekło, przypominającą Sancho Pansa z jego chłopskim sprytem i wrodzoną umiejętnością wybrnięcia z każdej trudnej sytuacji. Zwiedziawszy się co i jak w okolicy, nawet nazwisko zmienił sobie w celach asekuracyjnych na ukraińskie.

– Tutaj teraz pachnie Samostijną! W razie czego ja się nazywam teraz Nazarenko, proszę się nie mylić panie hrabio. Na-za-re-nko! W razie gdyby ktoś pytał. Dobrze?

Hrabia z godnością i fatalizmem znosił swój los. Uważał, podobnie jak Arabowie, że wszystko dzieje się z woli Bożej. Jeżeli ma zginąć, na pewno zginie i żadna zmiana nazwiska, nacji, opcji politycznej i tym podobnych w niczym mu nie dopomoże.

Jego obrotny lokaj, obecnie Nazarenko, uważał, że dobry los trzeba sobie umieć zorganizować – takiej życiowej dewizy nauczył się od szulerów.

Przyszedł wreszcie dzień nie tyle oczekiwany, co związany z najgorszymi przeczuciami. Weszła Armia Czerwona i od razu nuże wyzwalać! Na pierwszy ogień poszli krwiopijcy, wyzyskiwacze ludu pracującego, czyli pan hrabia.

Wyprowadzono go z siedziby, postawiono przepisowo pad stienku i młodzi bojcy zarepetowali broń. Wtedy on wcale nie ulękły (wola Boża, widocznie tak miało być), zwrócił się z naiwną prośbą do dowódcy oddziałku. Głucho patrzyły na niego otwory karabinów.

– Bardzo pana przepraszam, mam taką nieśmiałą prośbę – chciałbym przed śmiercią chwilę się pomodlić. Ktoś naprędce przetłumaczył i sołdaci zaryczeli gromkim śmiechem, wydało im się wszystko absurdalno-groteskowe. Może śmiech sprawił, a może stał się cud, dowódca zezwolił. Pewnie przypomniał sobie, jak  matka wieczorami długo modliła się przed ikoną, wyjmowaną każdego wieczora z sekretnego schowka w kufrze. On, młody komsomolec, tylko złośliwie się wtedy uśmiechał. Na froncie już nie był tak pewny swojej młodzieńczej niewiary.
Hrabia przeżegnał się i zaczął modlitwę. Dosłownie zatonął w modlitewnej ekstazie. Już po raz ostatni w życiu modlił się za dusze swoich świętej pamięci rodziców i wszystkich bliskich i dobrych ludzi, jakich spotkał na ścieżkach swojego życia. Przypominały mu się różne radosne chwile. Oto siedzą wokół wigilijnego stołu, pachnie igliwie choinki. Ma zaledwie pięć lat i tak bardzo chciałby być wreszcie dorosły.

Znikło poczucie czasu, nie wie jak długo się modlił, kilka minut czy godzin. Zrobiło się już ciemno, gdy lokaj cicho podszedł i dotknął delikatnie jego ramienia, mówiąc:
– Panie hrabio, chodźmy już stąd!
Odzyskał świadomość. Aha, pewnie jest już po tamtej stronie życia. Jak mógł nie zauważyć chwili, gdy został rozstrzelany? Jak to się stało, gdzie się znajdował?
W ciemności nadepnął na ciało leżącego żołnierza. Obok leżał następny.
– Zabici? – spytał przerażony.
– Nie, zmógł ich ulubiony narodowy napój, czyli samogon – zachichotał złośliwie niczym gnom lokaj. –  Obudzą się dopiero rano z bólem głowy.
– Co się dzieje, co się dzieje? – pytał hrabia. Nie bardzo potrafił bezkolizyjnie powrócić z zaświatów.
– Znudzili się bardzo szybko, czekając grzecznie, aż pan hrabia się wymodli, i dowódca kazał przynieść coś do popicia. Uciekajmy,  panie hrabio, uciekajmy!
W taki sposób don Kichote uniknął śmierci, a Sancho Pansa został wkrótce aresztowany i po zaimprowizowanym procesie pojechał na Sybir nie za swoje winy. Udowodniono mu, ponad wszelką wątpliwość, że był miejscowym przywódcą ukraińskich nacjonalistów. Nazwisko Nazarenko mówiło samo z siebie.

Tadeusz Wyszomirski

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token