Numer 10(364)    Październik 2015Numer 10(364)    Październik 2015
fot.Anna Rydzanicz
Silni duchem
Anna Radziukiewicz
Kruševac to dawna stolica księcia Łazarza, tego który zginął na Kosowym Polu, założona po bitwie nad Maricą, która miała miejsce w 1371 roku. Z Belgradu do Kruševaca 194 kilometry, tyle co z Warszawy do Białegostoku. To w Kruševacu zorganizowano międzynarodowy festiwal prawosławnego filmu „Silni duchem”, w tym roku po raz pierwszy. Inicjatywę pobłogosławił patriarcha serbski Ireneusz.

Atmosfera takich historycznych miejsc zawsze sprzyja refleksjom na temat świętości, duchowych związków między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością oraz braterskiej jedności prawosławnych narodów – napisał do organizatorów festiwalu metropolita wołokołamski Hilarion, odpowiadający za zagraniczne kontakty rosyjskiej Cerkwi.

Festiwal pobłogosławił biskup kruševacki Dawid, z wykształcenia teolog i reżyser.
Dyrektor festiwalu, członek Związku Kinematografów Rosji, producent Filip Kudraszow podczas uroczystego otwarcia 28 sierpnia na scenie kruszewackiego teatru mówił: – Dlaczego przygotowaliśmy festiwal w Serbii? Ponieważ w tym prawosławnym kraju nie było dotychczas ani jednego tego typu wydarzenia. Po drugie, antyduchowa kultura przenika do społeczeństwa różnymi kanałami. Festiwal ma być jej zaprzeczeniem. Ma pokazać mocną stronę człowieka, jego duchową siłę, wyrastającą na glebie prawosławia. Filip Kudraszow podziękował patriarsze Ireneuszowi, biskupowi Dawidowi, władzom Kruševaca, ministrowi kultury Serbii, mecenasowi Draganowi Saviciovi, Natalii Kocew, kierującej w Serbii oddziałem Fundacji Jedności Prawosławnych Narodów, czyli tym, którzy najbardziej przyczynili się do zorganizowania festiwalu.

Minister obrony Republiki Serbii Bratislaw Gašič, urodzony w Kruševacu, pytał, co czyni naród silnym? Duch, siła wiary, jedność, solidarność, braterstwo, a przede wszystkim miłość do Boga – odpowiadał. Najważniejsze co posiadamy to nasza święta wiara, odwaga i niezłomne dążenie do prawdy. Minister wyraził nadzieję, że festiwal stanie się znaczącym kulturalnym wydarzeniem, znajdzie godne miejsce na kulturalnej mapie duchowego życia Cerkwi.

Podczas otwarcia festiwalu o słowo poproszono także przewodniczących jury – filmów dokumentalnych Annę Radziukiewicz i pełnometrażowych Zorana Kosticia. W imieniu Zorana Kosticia wystąpił członek jury Siergiej Zajcew, który zapewnił, że wszystkie filmy, jakie zostaną zaprezentowane, są bardzo dobre, wśród nich i doskonałe.

Solistka z Moskwy Olga Masalska zaśpiewała pieśni rosyjskie i serbskie o charakterze patriotycznym. Muzyka cerkiewna zabrzmiała w wykonaniu miejscowego chóru.

Widzowie, którzy zapełnili całą salę, obejrzeli konkursowy film „Iscelenije” Ivana Iovicia, Serba. Uroczystości przeciągnęły się do późna, końcówka lata w Serbii była upalna, ale nikt nie opuścił teatru. To film, który przykuwa do foteli i na długo zostaje w pamięci. Opowiada o dramacie, rozgrywającym się w sercu człowieka, któremu podczas wojny w Kosowie muzułmanin zabił żonę i dziecko. Znajduje on schronienie w monasterze. Potem wybiera pustelnię, jakieś całkowite odludzie, zapomnienie i pierwotność. Przerywa je przybycie mężczyzny z około dziesięcioletnim chłopcem. To dziadek i wnuk. Wnuk jest śmiertelnie chory. Dziadkowi powiedziano, że tylko przebaczenie prawosławnego mnicha może ocalić chłopca. Jakie przebaczenie? Zbrodni, której dokonał dziadek muzułmanin na rodzinie mnicha. Film przypomina trochę muzykę. Muzyka nie wymaga przekładu na inne języki. W tym filmie, trwającym 90 minut, słów jest bardzo mało. Za to gra emocji jest niezwykle wyrazista. Mnich znajdzie się na drodze do iscelenija, pchnięty wydarzeniami, których ani wyobrazić, ani oczekiwać nie mógł.

Film otrzymał Grand Prix festiwalu w kategorii filmów fabularnych.
Nagroda główna w tej kategorii przypadła filmowi „Starzec Paisjusz i ja stojący do góry nogami”. Odebrał ją reżyser Aleksander Stolarow z Kijowa. Film, mówiąc o sprawach poważnych i zasadniczych, wprowadza ciągle nutę lekkości i humoru. – Ale przecież taki był starzec Paisjusz Hagioryta – mówi mi później Sasza Stolarow. – On nieustannie zaskakiwał  swą prozorliwością, a także ogromną miłością do ludzi, bliskością wobec nich, wprowadzając ich nieraz w zdumienie albo i rozbawienie.

Zachwyca czystość i klarowność filmowej opowieści, dokonanej nowoczesnymi środkami. Trzeba mieć w sobie ogromną dyscyplinę i jasność myśli, by w ciągu 80 minut opowiedzieć o współczesnym, chyba najbardziej znanym w świecie mnichu, którego przybliża tak wiele książek i przy tym uciec od koturnowości i powagi, jakże często zakradającej się do duchowych relacji.

Aleksander Stolarow odebrał także nagrodę publiczności.
Za najlepszy film dokumentalny uznało jury „Kwiaty Góry Eleońskiej” w reżyserii Heiliki Pikkow z Estonii. Obok Jerozolimy, w rosyjskim prawosławnym monasterze na stoku Góry Oliwnej, żyje od ponad dwudziestu lat matka Ksenia. Jej językiem ojczystym jest estoński. Ojczyzny na tej ziemi nie ma. To o niej jest film. Może jest to ostatnia jej opowieść o swoim życiu, ponieważ został przed nią ostatni stopień w mniszej hierarchii – przyjęcie wielkiej schimy, a ta całkowicie odgradza mnicha od świata, wprowadza w przestrzeń milczenia. Mniszka Ksenia całkowicie zerwała kontakty z matką, gdy miała trzynaście lat, z ojcem wcześniej, gdy matka go opuściła. Bóg ojcem, Cerkiew matką, ale by dojść do takiej konstatacji, matka Ksenia przechodzi przez dwa małżeństwa i wieloletnią pracę badawczą w dziedzinie medycyny i biologii. Życie niezwykle bogate, pełne przemian i przemieniania się, zostało opowiedziane przez autorkę dokumentu bez podporządkowywania się prostej chronologii, a strefy ciszy przeplatają się w nim z krzykiem miasta, świętość ze świeckością, kadry jasne z ciemnymi, plany bliskie z dalekimi. Autorka nie gubi się w drugorzędnych scenach, wie, co chce powiedzieć.

Jury miało do dyspozycji tylko jedną nagrodę dla filmów dokumentalnych. Tymczasem wiele innych filmów zasługiwało na uwagę, tym samym nagrodę. Takim niewątpliwie był dokument Eduarda Dawydowa z Uzbekistanu „Świecąc innym, spalam się sam…”. Opowiada on o życiu świętego Łukasza Wojno-Jasienieckiego w Uzbekistanie i jego służbie jako chirurga, uczonego i biskupa (49 min.) Tu dużo mówi lektor, pada dużo słów, ale jakby inaczej przy tak przebogatej biografii, do której najbardziej by pasowała sentencja: Nauka bez wiary jest jak niebo bez słońca. To biografia i film zarazem pouczający dla ludzi nauki i tak zwanych zwykłych ludzi. Jaka szkoda, że takich dokumentów nie emituje polska TV, wszak św. Łukasz miał ojca Polaka.

„Prepodobnyj Siergij Radoneski” Michaiła Jełkina o wielkim podwiżniku Rusi może stać się doskonałym filmem edukacyjnym, pokazywanym w szkołach. Ma dwóch świetnych narratorów, metropolitę Hilariona i chłopca.

Podczas festiwalu zaproponowano nam filmowe opowieści o muzułmance z Rosji, która przyjęła chrzest w Czarnogórze po cudownym wyzdrowieniu przy relikwiach św. Bazylego Ostrogskiego, o duchownym, który w azjatyckim stepie buduje wśród muzułmanów cerkiew, sam wcześniej dwukrotnie dotykając śmierci. I inne filmy zaproponowano, także bardzo dobrego „Archimandrytę” Jerzego Kaliny, który otrzymał dyplom dyrektora Międzynarodowego Festiwalu Filmowego „Rosyjska Zagranica”.

Laureaci podczas uroczystej gali zamknięcia festiwalu, która odbyła się 1 września, otrzymali nagrody – ikony świętych księcia Łazarza, Mikołaja Cudotwórcy, Bazylego Ostrogskiego i Sawy Serbskiego. Ikony zostały napisane według czternasto-piętnastowiecznej tradycji w szkole ikonograficznej Moskiewskiej Akademii Teologicznej. 

Język sztuki powinien być językiem miłości – mówił władyka kruševacki Dawid podczas spotkania towarzyszącego festiwalowi. Bo prawdziwa sztuka jest związana z modlitwą, a modlitwa z miłością.

Kruševackie spotkanie było festiwalem miłości. Miłość stała się głównym bohaterem filmów. Ona jakby schodziła z ekranu, spajając ludzi z różnych krajów, przybyłych na festiwal. Gościł na nim nie duch rywalizacji, a braterstwa, szczególnie widoczny między Serbami i Rosjanami. Współczesna kinematografia stworzyła detektywa i zabójcę. Wypuściła ich na ulicę. Rozwiązała im ręce. Ale nie w Kruševacu. Chwala Serbom.
  
Anna Radziukiewicz
fot. autorka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token