Numer 10(364)    Październik 2015Numer 10(364)    Październik 2015
fot.Anna Rydzanicz
Zanurzeni w historii
Anna Radziukiewicz
Jestem w sercu Serbii, historycznej. Teraz to serce przesunęło się na północ kraju, do Belgradu. Ale kiedyś biło dwieście kilometrów na południe od dzisiejszej stolicy, w Kruševacu, a jeszcze wcześniej w czasach Rzymskiego Imperium w pobliskim Nišu, skąd już niedaleko na słynne Kosowe Pole koło Prištiny. Kosowe Pole na wieki określiło bosko-ludzkie pojmowanie historii przez Serbów. Klęskę fizyczną Serbów w 1389 roku przekuło w zwycięstwo niebiańskie, zwycięstwo wiary.

Kruševac, odsunięty od autostrady Belgrad – Niš, jakby wstrzymał oddech. Wszystko tu przypomina rozmach byłej Jugosławii, hotel Rubin, w którym się zatrzymałam, duży śródmiejski plac przed nim, trochę wysokich domów, które wystrzeliły między parterowymi i piętrowym, jak zadatek na wielkomiejskość, wstrzymaną potem. Nastąpił rozpad dużego państwa, spajającego w pokoju niemal przez pół wieku różne bałkańskie narody. To był rozpad krwawy, bratobójczy, bolący do dziś.

– Jak można było przez trzy miesiące bombardować nieustannie kraj! – pytana tylko o drogę do kruševackiego teatru odkleja swą ranę z 1999 roku około 60-letnia kobieta. Dziś bezrobocie jest cierpieniem jej rodziny. W mieście upadły wszystkie duże zakłady pracy. Inni mówią: – Nikomu nie zależy teraz na budowie fabryk, jak to było w Jugosławii, tylko na drogi się wydaje, a te są teraz jak międzykontynentalne przeciągi. Oficjalnie mówi się o średniej płacy rzędu 300-350 euro. Realnie jest to około 200 euro miesięcznie.

Kruševac przycupnął w zaciszu współczesnej historii. Ta mknie autostradą Belgrad – Niš, trzydzieści kilometrów stąd, zatrzymując się nieraz w korkach. Potoki samochodów wiozą Turków, szukających bogatszego życia w Niemczech i uciekinierów z krajów Bliskiego Wschodu, rozpalonych wojną. Ostatni walczą o życie. Do prowincjonalnego dziś Kruševaca nie zajeżdżają. Usiłują przedrzeć się do bogatych i wciąż otwartych Niemiec. Wielu z nich utkwi najpierw w ogromnym obozowisku, rozbitym koło belgradzkiego dworca kolejowego. Mnóstwo małych, czterospadowych namiotów i śmieci jak wybujała trawa, znaczą trasę współczesnej tragicznej wędrówki ludów.

Kruševac żywi się historią. Na placu w centrum miasta ulokowano 111 lat temu pomnik kosowskich żołnierzy z datą 1389. Pomnik, nagrodzony w Paryżu złotym medalem, stał się symbolem miasta. Na jednej ze stron obelisku płaskorzeźba. Przedstawia wojów, przyjmujących świętą Eucharystię przed bitwą na Kosowym Polu.

Od pomnika blisko do grodziska z czasów księcia św. Łazarza, czyli z XIV wieku – w 60-tysiecznym mieście wszędzie jest blisko. Tu bije serce miasta. Tu stoi cerkiew Łazarica, poświęcona archidiakonowi Stefanowi, który był patronem pierworodnego syna Łazarza, Stefana, następcy tronu. Wzniesiono ją koło 1380 roku. Jest niezwykłego piękna, lepoti jakby powiedzieli ze słowiańska Serbowie. Jest jak rzeźba wykuta w skale. Kruševac ostatecznie trafił pod turecką władzę w 1455 roku. Rozpoczął się czterechsetletni okres bezczeszczenia świątyni przez Turków.

Po lewej stronie nawy ikona serbskiego cara Łazarza, pod nią, w kowczegu, jego relikwie, część kręgosłupa.
– Car Łazarz, męczennik, który zginął w bitwie na Kosowym Polu, jest od wieków symbolem serbskiego narodu – mówi duchowny Dragi Bieškovac.
W pobliżu cerkwi, na terenie archeologicznego parku, tuż obok ruin starej twierdzy, założonej przez księcia Łazarza, postawiono pomnik założyciela miasta, Łazarza. Potężna postać księcia siedzi z mieczem na kolanach, jakby ciągle była gotowa do obrony narodu. Pomnik powstał w czasach komunistycznych, w 1971 roku. Księciu pozostawiono tylko atrybuty władzy, świętości pozbawiono.

Chodzę po grubej warstwie historii, podobnej do tej w Niszu. Nie prowadzi się na niej systematycznych badań archeologicznych. Kraj jest na to za biedny.   

U podnóża zamczyska galeria. Umieszczono w niej obrazy Julicza Stankovicia, pseudonim Milič od Mačwe.Gdy jako student porzucił wydział architektury na rzecz grafiki, wyrzekł się go ojciec, w strachu, że syn żywot zakończy w nędzy. Ale stał się najbogatszym malarzem w Serbii. Ojcu kupił wszystko, czego potrzebował do wygodnego życia.

Jego obrazy mają szeroki plan historyczny, wiele ze średniowiecznym oddechem. Aż osiemdziesiąt prac podarował miastu Kruševac, z prośbą, by „patrzyły” one na Łazaricę. I tak się stało. Dwadzieścia obrazów podarował monasterowi Studenica.

Stanković miał ponad tysiąc dwieście wystaw w kraju i za granicą! To tak jakby trzy i pół roku dzień w dzień jedynie otwierał swoje wystawy. Zajął pierwsze miejsce na liście serbskich malarzy, jeśli chodzi o ilość wystaw i wartość prac.

Biała Woda to druga po Kruševacu miejscowość, najchętniej odwiedzana w tym regionie przez gości i turystów. Słynie z doskonałej wody i kamienia, zawierającego dużo kwarcu. W centrum amfiteatr. W czasach rzymskich na tym miejscu było jezioro. Po nim zostało źródło, jedno z najstarszych w Serbii. Na nim stoi kamienna niewielka budowla – domek, studnia, kaplica? Jest zwieńczona kamiennym krzyżem. Z budowli wytryskują z każdej strony strumienie wody. Ludzie nabierają ją do butelek, piją z otwartych dłoni. Gasi upał późnego lata. Tuż obok wsi przepływa Wielka Morawa, kończąca bieg w Dunaju, która niedaleko przechodzi w Południową Morawę. Jest piękna, meandrująca, ale tego lata płytka. Popłyniemy nią.

Biała Woda to stolica serbskiej rzeźby w kamieniu. Smutna stolica, bo ludzie, którzy rzeźbią w kamieniu, wcześnie umierają, nie zdążą poznać swoich wnuków, a i dzieci słabo znają. Tu znajduje się „najmłodszy” cmentarz w Serbii. Jakże często spoczywają na nim 30-40-latkowie. To kamieniarze. Pył szlifowanego kamienia atakuje ich płuca.

– Ale oni kochają kamień i zachowują się jak kamikadze – mówi dyrektor miejscowego muzeum kamienia i rzeźby. Były lata, kiedy w Białej Wodzie pracowało ponad trzystu mistrzów rzeźby w kamieniu.

W Serbii praktycznie nie ma monasteru, w którym by nie użyto kamienia z Białej Wody. Zdobi on w postaci misternych płaskorzeźb czy rozet także wiele świeckich budowli. W tym kamieniu są kute medaliony, które od 25 lat otrzymują jako nagrodę najbardziej zasłużeni ludzie serbskiej kultury – rzeźbiarze, malarze, pisarze, filmowcy. Nagroda jest ciężka. Waży 3-4 kilogramy i jest jedną z najbardziej prestiżowych w kraju.

– Łączy światłość kamienia i świętość – mówi przewodnik. – Dajemy ją jako symbol naszych monasterów.

Idziemy do cerkwi. Za pieniądze rosyjskiego emigranta Giennadija Kołpakowa zbudowano ją w 1934 roku. Duchowny odprawia nabożeństwo. Na stole leży chleb. Na koniec ten spory, okrągły bochen przekraja batiuszka na znak krzyża, ale nie do końca, by spajała go dolna skórka. Do środka wlewa czerwone wino. Bochen unosi przy modlitwie nad anałojem do góry. Obraca nim. Zewsząd wyciągają się dłonie, by uczestniczyć w tym kolistym ruchu chleba.

Wychodzimy z cerkwi. Duchowny kładzie bochen na stole przed świątynią. Jest nas 30-40 osób. Wszystkim wystarcza tego chleba. Wychodzimy nasyceni, choć jest to nasz pierwszy posiłek, podany około jedenastej. Czuję się jak w ewangelicznej przypowieści o rozmnożeniu chlebów. Do chleba podano na kilku talerzach trzy rodzaje wędlin, dobrych, o smaku dawnych wyrobów, małe pierożki nadziewane farszem. Uspienski post już się skończył. Na koniec winogrona z parafialnego ogrodu. I woda z Białej Wody.

Dla mnie jest to lekcja. Jak prosto można nakarmić tyle ludzi, bez kateringu, obsługujących kelnerów, namnożonych sałatek pływających w majonezie, faszerowanych szczupaków, pieczarek i jajek, mięs w sosie i wędzonych, wyłożonych na zimno i podgrzewanych w brytwanach, owoców morza, owoców zamorskich i z naszych ogrodów, śledzików, ogóreczków i smalczyku, i bez ciast tortowych w tęczę ułożonych.

Nawet nie zauważyliśmy, jak daliśmy się wcisnąć w obcęgi konsumpcji, obecne wszędzie, także na cerkiewnych świętach i przyjęciach. Taki standard – mówią restauratorzy, oferujący menu. A gospodarze przyjęć, nawet gdy parafia jest biedna, nie chcą wypaść poza standard, nawet kiedy pamiętają, że życie w Cerkwi to miłość i skromność, także przy stole.

W Serbii doznałam wrażenia nie tylko umnożenia chlebów, ale także umnożenia miłości.

Tę najintensywniej odczuliśmy w monasterze św. Łazarza Serbskiego, położonym około trzydziestu kilometrów od Kruševacu. Powitał nas ihumen monasteru Aleksy i dzwony. To trzeci monaster na tym miejscu. Pierwszy zbudował w końcu czternastego wieku męczennik Łazarz Serbski. W piętnastym wieku zniszczyli go Turcy, którzy cztery wieki władali serbskimi ziemiami. Kiedy została wniesiona druga obitiel, nie wie ihumen Aleksy ani miejscowi. Ale wszyscy wiedzą, kiedy został zniszczony. W 1810 roku toczyła się tu jedna z najbardziej znanych bitew między Turkami i Serbami, na Varvarińskim Polu. Trzy tysiące Serbów wspierało tyle samo Rosjan. Przeciw nim wyszło 35 tysięcy Turków. – Tu koło naszego dębu – wskazuje ihumen na potężne drzewo – zostały ślady okopów. Turcy spalili monaster, a wszystkich mnichów wycięli w pień.

Do 1991 roku naród tylko przechowywał pamięć o tamtym monasterze, krwawej bitwie i objawieniu się św. ewangelisty Łukasza. W tamtym roku postawił ubogą cerkiewkę św. Łukasza i mały domek.

– Przyjechaliśmy tu w 2002 roku tuż przed świętem św. Łukasza 29 października – mówi o. Aleksy, który jako pierwszy wśród serbskich mnichów nosi imię nosi po carewiczu Aleksym, synu Mikołaja II.  – Byłem po śmierci klinicznej, którą w lipcu tego samego roku przeżyłem po operacji zatok. Przyjechałem z władyką szumlańskim Ioanem. Zobaczyliśmy tę niewielką cerkiewkę i jedną deskę na drodze. Wszystko wokół było zapuszczone, zarośnięte. Władyka do mnie: „Chcesz tu zostać? Odszedłeś od zmysłów! Wszystko tu przypomina pierwszą część filmu Indiana Jonesa! Takie bezdroże!”. Powiedziałem wtedy: „To dobrze władyko, Antychryst tu nie przyjdzie. Nie będzie miał co robić na tym bezludziu”. Pojechałem do starca Tadeja. Jego duchownikiem był ojciec Ambroży z Optyńskiej Pustyni. „Dobrą podjąłem decyzje?” – pytam go. „Może powinienem wracać do Grecji i dokończyć doktorat?”. O. Tadej na to: „Chodzisz po mogiłach męczenników. Jeśli wytrzymasz do św. Jerzego, a była jesień, zacznie się odnowienie monasteru”. Słyszałem i o wcześniejszym proroctwie, że przyjedzie tu mnich z Atosu i monaster będzie odnowiony. Mnich Aleksy przyszedł z Atosu i wytrzymał do św. Jerzego.

– Gdy miałem jedenaście lat, to było 48 lat temu 28 czerwca w dzień św. Wita, miałem widzenie kniazia św. Łazarza, o tym piszę w swojej książce. Teraz buduję razem z innymi monaster św. cara Łazarza. Kto by mógł pomyśleć! – mówi o. Aleksy.
 
Zaczęło się odnowienie. Już w 2003 roku dotarły tu dwie ikony – Łukasza Mirotocziwego i Włodzimierskiej Ikony Matki Bożej. Pojawiły się dzwony. Potem otrzymali mnisi ikony Matki Bożej Mlekopitatielnicy (Mlekiem Karmiącej) i Trojeruczycy. Na Liturgie przychodziły dwie-trzy osoby. Teraz przychodzi po dwieście, na Paschę i dwa tysiące.

– Kto tu raz przyjdzie – słyszę w monasterze – pragnie wrócić. Czeka na następną Liturgię.
Nie tylko na Liturgię. Po modlitwie wszyscy siadają pod potężnym dębem, o konarach jak wojskowy namiot, pod którym zbudowano drewnianą dużą altanę. Przy skromnym poczęstunku rozmawiają tu ludzie z mnichami o problemach swoich i tego świata. Około 70 procent z nich to ludzie młodzi. – Nasza młodzież idzie w przepaść – mówi mnich. – Świat ją uzależnia. Młodzi potrafią całą noc przesiedzieć na facebooku, a z rana nie mogą wstać na modlitwę. Walczymy o jej zbawienie.

I to głównie oni, ci skromni ludzie, gromadzący się wokół mnichów, budują monaster. Bo nie ma tu bogatych sponsorów. Tu nie było nic. Teraz są tu trzy niewielkie, ale piękne cerkiewki – św. Łukasza, św. Łazarza Serbskiego i św. Mikołaja Strastocierpca, cara, i spory dom z trapiezną jak na Atosie. Wchodzimy do ostatniej świątyni, jedynej pod tym wezwaniem w Serbii. 17 lipca, w dniu kiedy zamordowano carską rodzinę, zbiera się tu na święcie mnóstwo narodu. Cerkiew jest mała, ale ma wspaniałe współczesne ikony. Ta przedstawiająca carską rodzinę powstała w Moskwie w Stretieńskim Monasterze. Mnisi mają nadzieję, że cerkiewka zostanie rozbudowana. Takie jest proroctwo. Z wysokich drzew wynurza się wieża dzwonnicy. Teraz wisi na niej osiem dzwonów. Według proroctwa dziewiąty, największy, który będzie słychać w Kruševacu, ma pochodzić z Rosji.

– Jak dotychczas spełniają się wszystkie proroctwa dotyczące tego miejsca – mówi o. Aleksy. – Są i niespełnione. Że stąd pójdzie król na królestwo w Kruševacu, że tu będzie zasiadał synod i że będzie nami kierował król rosyjskiego pochodzenia.

Siadamy pod dębem. Jesteśmy z Serbii, Polski, Rosji, Ukrainy, Kazachstanu, Niemiec. Mały Konstantin roznosi kawę, herbatę, ciastka i prezenty. Wcześniej śpiewał nam razem z o. Aleksym. Rozmawiamy.

– Zapamiętajcie – mówi o. Aleksy. – Nasze oczy patrzą na Rosję. Jeśli Rosji nie będzie, Serbii nie znajdziecie na żadnej mapie. Dlatego zawsze wspominamy słowa św. Piotra Cetyńskiego z Czarnogóry, który powiedział, że przeklnie serbski naród, jeśli ten odwróci się od Rosji. Mikołaj II wstąpił w wielką wojnę z powodu Serbii, zupełnie do tego nieprzygotowany. Wiem, że nasza Cerkiew nigdy nie pozwoli, by związki z Rosją zostały zerwane. I politycy o tym wiedzą. Tyle że wielu polityków, gdy jest im potrzebna Cerkiew, pozostają z nią, gdy cel osiągną, związki zrywają.

– Jaka jest rola polityków w tym, by uchronić młodzież, by nie osuwała się w przepaść? – pyta reżyser z Kazachstanu Aleksiej Wasiliew.

– Niewielka – na to mnich. – W Grecji był pobożny minister kultury. Jego duchowym ojcem był starzec Paisjusz. W trosce o młodzież wydał dekret, by wszystkie puby i restauracje były zamykane nie później niż o godzinie 23. I co? Odwołano ministra. Przecież dzisiaj takie narody jak Grecja czy Serbia nie są reżyserami swoich losów. Zobaczcie, w Serbii wszystkie wydarzenia kulturalne zaczynają się w niedzielę o godzinie dziewiątej z rana, wtedy gdy trzeba iść do cerkwi. To nasi urzędnicy tak decydują, niekoniecznie z własnej woli. Są wyjątki. Jest z nami dzisiaj deputowana serbskiego parlamentu, która czuje strach Boży, dobrze wychowała swoją rodzinę, pomaga gdzie tylko może. Powinniśmy modlić się do Przenajświętszej Bogarodzicy, by wyprowadziła nas z trudnych czasów.

– W Mińsku, kilka lat temu, w dniu Świętej Trójcy zorganizowano z rana na placu w sąsiedztwie katedralnego soboru duży koncert rockowy. Lunął ulewny deszcz. Młodzi ludzie gwałtownie szukali schronienia w najbliższej stacji metra. Jedni tratowali drugich. Wielu zginęło. Zaczęto mówić o Bożej karze – przypominam białoruską tragedię.

– Tak. Tak to lud odbiera. Kiedy bombardowano Varvarin na Trójcę Świętą, bomby spadały na most. Zginęło jedenaście osób, 77 było ciężko rannych. W pobliżu odbywał się jarmark. Mnóstwo ludzi było na jarmarku, a w cerkwiach pusto. I tak jest do dziś. W naszych cerkwiach tylko w wielkie święta jest dużo ludzi. A w niedziele i mniejsze święta ludzie nawet pracują. Zawsze mówię, że chrześcijanin powinien być w niedziele i święta w cerkwi.
Mnich przypomina za Ewangelią, że każdy musi zacząć od sprzątania swego domu, czyli dbania o swój rozwój duchowy. Jeśli tak uczyni większość z nas, będą i władze dobre i w krajach porządek. Jeśli nie zbudujemy swego wewnętrznego człowieka, to nawet gdy odnajdziemy tysiące relikwii, nic nam nie pomoże. 

Nikt nie chce rozstawać się z ojcem Aleksym. Jeszcze robimy pamiątkowe zdjęcia. Biją dzwony. Na pożegnanie.

Anna Radziukiewicz
fot. autorka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token