Numer 12(366)    Grudzień 2015Numer 12(366)    Grudzień 2015
fot.Michał Bołtryk
Gdybyśmy żyli jak święci
Metropolita Antoni (Bloom)
Wo imia Otca i Syna i Swiatago Ducha.

Świętujemy dzisiaj dzień śmierci św. Mikołaja Cudotwórcy. Jakie dziwne zestawienie słów: świętujemy dzień śmierci… Zwykle kiedy kogoś dosięga śmierć, tęsknimy i płaczemy, a kiedy umiera święty – świętujemy. Jak to jest możliwe?

Jest to możliwe tylko dlatego, że kiedy umiera grzesznik, tych, którzy pozostali, przygniata uczucie, że nastąpił czas rozłąki, chociażby tymczasowej. Jak mocna nie byłaby nasza wiara, jak nie uskrzydlałaby nas nadzieja, jakbyśmy nie byli przekonani, że Bóg miłości nigdy ostatecznie nie rozdziela tych, którzy się kochają choćby niedoskonałą, ziemską miłością – mimo wszystko pozostaje smutek i tęsknota, że przez wiele lat nie zobaczymy już wyrazu oczu, patrzących na nas z miłością, nie dotkniemy drogiego nam człowieka ręką, nie usłyszymy jego głosu, komunikującego naszemu sercu jego miłość.

Ale nasz stosunek do świętego niezupełnie jest taki. Nawet ludzie im współcześni już za życia zdążyli zdać sobie sprawę z tego, że żyjąc pełnią niebiańkiego życia święty nie rozłączył się z ziemią za życia i że kiedy spocznie ciałem, mimo wszystko pozostanie w tej tajemnicy Cerkwi, łączącej żywych i zmarłych  w jedno ciało, w jednego ducha, w jedną tajemnicę wiecznego, Boskiego, zwyciężającego wszystko życia.

Umierając, święci mogli powiedzieć, jak mówił apostoł Paweł: w dobrych zawodach wystąpiłem, wiarę ustrzegłem. Teraz odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, teraz krew moja ma być wylana na ofiarę…

I oto ta świadomość – nie, nie umysłu, lecz świadomość serca, żywe odczucie serca, że święty nie może się z nami rozłączyć (tak jak nie rozłączył się z nami Zmartwychwstały, niewidzialny po Zmartwychwstaniu  Chrystus, tak jak nie jest nieobecny, niewidzialny dla nas Bóg), ta właśnie  świadomość pozwala nam cieszyć się w dniu, kiedy, jak mówili starożytni chrześcijanie, człowiek rodził się do wiecznego życia. On nie umarł – a narodził się, wszedł do wieczności, do całej pełni życia. On oczekuje nowego zwycięstwa życia, na które wszyscy czekamy: zmartwychwstania martwych w ostatnim dniu, kiedy już wszystkie dzielące bariery padną i kiedy uradujemy się nie tylko ze zwycięstwa wieczności, ale i z tego, że Bóg także i to co tymczasowe przywrócił do życia – ale w chwale, nowej, jaśniejącej chwale.

Jeden ze starożytnych ojców Cerkwi, św. Ireneusz Lyoński, mówi: „Chwała Boża to człowiek, który w pełni stał się Człowiekiem”. Święci są taką chwałą dla Boga, patrząc na nich zdumiewamy się, czego Bóg może dokonać z człowiekiem.

I oto radujemy się w dzień śmierci tego, kto na ziemi był niebiańskim człowiekiem, a wszedłszy do wieczności stał się orędownikiem i molitwiennikom, nie rozłączywszy się z nami, pozostając nie tylko tak samo bliski, stając się jeszcze bardziej bliski, dlatego że stajemy się bliscy sobie w miarę tego jak stajemy się bliscy Żywemu Bogu, Bogu miłości. Dzisiaj nasza radość jest tak głęboka! Pan na ziemi zżął niczym dojrzały kłos św. Mikołaja. Teraz świętuje on z Bogiem na niebiosach i tak jak kochał ziemię i ludzi, potrafił współczuć, potrafił otoczyć każdego nadzwyczajną troską, tak i teraz z troską modli się za nas wszystkich.

Kiedy czytamy o jego życiu, poraża nas, że troszczył się nie tylko o to, co duchowe. Troszczył się o wszelkie, nawet najskromniejsze ludzkie potrzeby. Potrafił cieszyć się z cieszącymi się, potrafił płakać z płaczącymi, potrafił pocieszać i podtrzymać tych, którym potrzebne było pocieszenie i wsparcie. I oto dlaczego lud, jego stado z Myrr, tak go pokochał, i oto dlaczego wszyscy chrześcijanie tak go czczą – nie ma niczego na ziemi, co wydawałoby się niegodne jego modlitw i niegodne jego trudu: i choroba, i bieda, i krzywda, i kompromitacja, i strach, i grzech, i radość, i nadzieja, i miłość – wszystko znalazło żywy odzew w jego głębokim ludzkim sercu. Pozostawił nam  obraz człowieka, który jest blaskiem Bożego piękna i sam siebie pozostawił nam niczym żywą ikonę prawdziwego człowieka.

Ale pozostawił nam ją nie tylko po to, żebyśmy się cieszyli, zachwycali, dziwili. Pozostawił nam swój obraz, żebyśmy się nauczyli jak żyć, jaką miłością kochać, jak zapominać o sobie, a pamiętać nieustraszenie, ofiarnie, z radością o każdej potrzebie innego człowieka.

Pozostawił nam obraz także tego, jak umierać, jak dojrzeć, jak stanąć przed Bogiem w ostatnią godzinę, oddawszy mu duszę z radością, jakby powracając do ojcowskiego domu. Kiedy byłem chłopcem, ojciec mi powiedział: naucz się w swoim życiu tak oczekiwać na śmierć, jak młody człowiek oczekuje na przyjście narzeczonej.

Właśnie tak św. Mikołaj czekał na godzinę swojej śmierci, kiedy otworzy się brama śmierci, kiedy opadną wszystkie więzy, kiedy wyrwie się jego dusza na wolność, kiedy dane mu będzie stanąć twarzą w twarz z Bogiem, któremu kłaniał się z wiarą i miłością. Tak i dla nas dane jest czekać – czekać twórczo, nie czekać w śmiertelnym strachu, a czekać z radością na ten moment, na to spotkanie z Bogiem, które nas połączy nie tylko z Żywym Bogiem naszym, z Chrystusem, który stał się człowiekiem, ale i z każdym człowiekiem, dlatego że tylko w Bogu stajemy się jednym…

Ojcowie Cerkwi wzywają nas, byśmy żyli strachem śmierci. Od stuleci słyszymy te słowa i od stuleci opacznie je rozumiemy. Iluż ludzi żyje w strachu, że tuż tuż nastąpi śmierć, a za śmiercią sąd, a za sądem co? Nie wiadomo. Piekło? Wybaczenie? Ale nie o tym śmiertelnym strachu mówili ojcowie. Ojcowie mówili o tym, że jeśli byśmy pamiętali, że za chwilę możemy umrzeć, spieszylibyśmy się czynić  dobro, które jeszcze możemy zdążyć zrobić! Gdybyśmy stale pamiętali o tym, że stojący obok człowiek, któremu możemy uczynić dobro lub zło, może umrzeć – jakbyśmy się spieszyli o niego zatroszczyć! Nie byłoby wtedy ani małej, ani dużej potrzeby, która pokonałaby naszą zdolność do poświęcenia życia człowiekowi, który lada moment umrze.

Wspomniałem już swego ojca, wybaczcie, podzielę się z wami jeszcze raz osobistymi wspomnieniami. Moja mama umierała trzy lata, wiedziała o tym, bo jej powiedziałem. I kiedy śmierć weszła do naszego życia, życie przemieniła tak, że każda chwila, każde słowo, każde działanie – bo mogło być ostatnim – powinno było być doskonałym wyrażeniem całej miłości, całej łaski, całego szacunku, które między nami były. I tak przez  trzy lata nie było drobiazgów i nie było dużych rzeczy, jedynie uroczystość troskliwej miłości, gdzie wszystko zlewało się w wielkie, bo w jednym słowie można zamknąć całą miłość i w jednym ruchu zawrzeć całą miłość,  i tak powinno być.

Święci to rozumieli nie tylko w stosunku do jednego człowieka, którego kochali szczególnie łaskawie i nie przez krótki czas. Święci umieli tak żyć całe życie, z dnia na dzień, z godziny na godzinę, w stosunku do każdego człowieka, gdyż w każdym widzieli obraz Boży, żywą ikonę, ale – Boże!, tak zbezczeszczoną, ikonę tak zeszpeconą, którą postrzegali ze szczególnym bólem i szczególną miłością, jakbyśmy kontemplowali ikonę wdeptaną w błoto na naszych oczach.

A każdy z nas swoim grzechem depcze obraz Boży w sobie.

Zastanówcie się nad tym. Pomyślcie o tym, jak chwalebna, jak cudowna mogłaby być śmierć, jeśli żylibyśmy jak święci. Oni są podobnymi do nas ludźmi, różniącymi się tylko śmiałością i zapałem ducha. Gdybyśmy tylko żyli jak oni! I jak bogata mogłaby być dla nas pamięć śmierci, jeśli zamiast tego, żeby nazywać się, w naszym języku, strachem przed śmiercią, mogłaby być stałym przypominaniem, że każda chwila jest i może stać się drzwiami do wiecznego życia. Każda chwila, pełna miłości, pokory, zachwytu i siły duszy może otworzyć czas ku wieczności i naszą ziemię już uczynić miejscem, gdzie objawił się raj, miejscem, gdzie żyje Bóg, miejscem, gdzie jesteśmy zjednoczeni w miłości, miejscem, gdzie wszystko głupie, martwe, ciemne, brudne zostało zwyciężone, przemienione, stało się światłem, stało się czystością, stało się Boskie.

Daj nam, Panie, wniknąć w te obrazy świętych i nie nawzajem, nawet nie siebie pytać co robić, a zwrócić się bezpośrednio do nich, do tych świętych, z których niektórzy byli najpierw rozbójnikami, grzesznikami, ludźmi strasznymi, ale którzy potrafili wzniosłością duszy przyjąć Boga i wyrosnąć na miarę wzrastania  Chrystusa. Zacznijmy ich pytać… Co się z tobą stało, ojcze Mikołaju? Co zrobiłeś, jak otworzyłeś się na siłę Bożej miłości i łaski? I on nam odpowie, swoim życiem i swoją modlitwą sprawi, że możliwe stanie się to, co nam wydaje się niemożliwe, bo moc Boża dokonuje się w słabości i wszystko możemy w umacniającym nas Panu Jezusie Chrystusie.

Metropolita Antoni (Bloom)
tłum. Ałła Matreńczyk
Kazanie wygłoszone na wsienoszczni przed świętem św. Mikołaja, 18 października 1973 roku, w cerkwi pod jego wezwaniem w Kuzniecach.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token