Numer 12(366)    Grudzień 2015Numer 12(366)    Grudzień 2015
fot.Michał Bołtryk
Po rusku pisane
rozmawia Anna Radziukiewicz
Z dr. JANEM STRADOMSKIM
slawistą z Uniwersytetu Jagiellońskiego
rozmawia Anna Radziukiewicz

Anna Radziukiewcz: – Istnieje silne przekonanie o łacińskości kultury polskiej.
Jan Stradomski: – Jest to oczywisty stereotyp, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Kreowany i utwierdzany, służył i służy budowaniu ideologicznych podstaw państwa. Wskazuje na dominujący udział pierwiastka zachodniego jako tożsamościowego fundamentu kultury polskiej.
– Ale prawda jest bardziej złożona.
– Tak. W ciągu kilku stuleci, kiedy znaczną część obszaru Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego tworzyły ziemie dawnej Rusi Kijowskiej, kultura prawosławna stała na o wiele wyższym poziomie, niż nam się wydaje. Prawosławni obywatele państwa polsko-litewskiego, którzy żyli w końcu XV czy na początku XVI wieku, z pewnością nie przypuszczali, że ich ruska kultura i piśmiennictwo w następnych stuleciach zostanie zepchnięta niemal na zupełny margines. W tamtym czasie twórcy i użytkownicy ksiąg cyrylickich pragnęli zapewnić prawosławnej kulturze należne jej miejsce w konglomeracie etniczno-kulturowym Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Jednak prołacińska polityka państwa, realizowana szczególnie widocznie już w drugiej połowie XVI wieku, uniemożliwiła te zabiegi. Promowana wyraźnie kultura łacińska zaczęła z czasem dominować, choć nie jest to jednoznaczne z uznaniem jej za bardziej wartościową. Po prostu mówimy tu o różnych modelach, z których jeden miał jak się zdaje więcej szczęścia.
– Ale nie można przemilczeć faktu, że istnieją cerkiewnosłowiańskie rękopisy, których badaniem Pan się zajmuje, a także stare drukowane księgi cerkiewnosłowiańskie.
– Jest to fundamentalny materiał źródłowy dla rekonstrukcji rzeczywistej kondycji poziomu kultury prawosławnej u schyłku długiego wschodniosłowiańskiego średniowiecza. Okazuje się, że był to kompletny i w pełni funkcjonalny system literacki, który miał swoje umocowanie w bizantyńsko-słowiańskim modelu kultury śródziemnomorskiej. Jednocześnie w modelu tym widoczne są cechy własne, charakterystyczne dla ruskiej kultury Rzeczypospolitej, już od XV wieku podatnej na wpływy południowej Słowiańszczyzny, Bałkanów i Atosu. Tamta ruska kultura literacka rozwijała się zgodnie ze swym naturalnym, wschodniochrześcijańskim rytmem i mogła prowadzić dyskurs ze współegzystującą kulturą łacińską. Na przeszkodzie stanęły jednak wzajemne konfesyjno-kulturowe uprzedzenia i brak zrozumienia na płaszczyźnie komunikacji.
– Czy kultura Rusi Moskiewskiej związana była z kulturą Rusi Kijowskiej?
– Oczywiście, na dwóch płaszczyznach. Ruś Moskiewska wyraźnie odwoływała się do spuścizny kulturowej Rusi Kijowskiej i nigdy nie kwestionowała wartości jej tradycji piśmienniczych. Odwrotnie, śmiało wyciągała po nie rękę, a nawet próbowała zanegować prawo udziału innych w tym dziedzictwie. Wiemy, że dla państwa moskiewskiego dziedzictwo intelektualne starego Kijowa stało się fundamentem rozwoju własnej kultury i ideologii państwowej. Wpływy „wielkoruskiej”, czyli moskiewskiej, kultury piśmienniczej są późne, zauważalne w rękopisach dopiero od schyłku XVI wieku. Staram się zwrócić na to uwagę w swojej ostatnio wydanej książce.
– W Polsce to dziedzictwo było nie tylko spychane na dalszy plan, ale nawet traktowane jako wstydliwie.
– Rzeczywiście i powody takiego traktowania wynikają z bolesnych doświadczeń naszej skomplikowanej historii. Nie sposób je tu przedstawić. Doprowadziło to jednak do sytuacji, w której już w czasach nam współczesnych, po drugiej wojnie światowej, rękopisy cerkiewnosłowiańskie znajdujące się w polskich bibliotekach nie były po prostu badane. Znamienne, że sięgnęli po nie głównie kodykolodzy radzieccy – Aleksander Rogow, Jarosław Szczepow, z rzadka też południowosłowiańscy, jak Kujo Kujew. Przyjeżdżali do nas i opisywali je zwykle pod kątem obecności interesującego ich materiału „własnego”. W ten sposób informacja o rękopisach cyrylickich w Polsce w pierwszej kolejności stała się dostępna rosyjskojęzycznemu czytelnikowi, a to znów stworzyło i utrwaliło przekonanie, że rękopisy te stanowią margines wielkoruskiej kultury literackiej. Nie rozstrzygam, czy był to zabieg celowy czy nie, ale przy naszej pełnej bierności następowało swego rodzaju zawłaszczanie naszych rękopisów, które przecież należą ewidentnie do polskiego dziedzictwa kulturowego. Dopiero od kilku dziesięcioleci, dzięki badaniom rozpoczętym przez naszego mistrza, profesora Aleksandra Naumowa, zaczęto te zabytki systematycznie badać, a przez to, miejmy nadzieję, wreszcie traktować jako endemiczny składnik kultury i duchowości dawnej Rzeczypospolitej.
– … i dzięki badaniom dalej prowadzonym przez jego uczniów – Jana Stradomskiego, prof. Marzenę Kuczyńską i Andrzeja Kaszleja z Biblioteki Narodowej. Co wspólnie stworzyliście?
– Przede wszystkim pierwszy polskojęzyczny katalog rękopisów cerkiewnosłowiańskich. Daleko niepełny wprawdzie w opisie poszczególnych zabytków, ale fundamentalny i ważny również z tego względu, że mamy wreszcie ogląd tego, jak liczny i różnorodny jest to materiał. Wciąż trwają badania rękopisów cerkiewnych pod kątem ich specyfiki hagiograficznej i hymnograficznej, a także zależności tekstologicznych z tradycją bizantyńską i słowiańską. Wierzę, że będą kontynuowane, a jednocześnie mam nadzieję, że dołączą do nas też nowi specjaliści.
– Do jakiej tradycji odwołują się badane przez was rękopisy?
– Do kultury piśmienniczej, która funkcjonowała między Kijowem a Nowogrodem Wielkim, z wyraźnym wpływem  rękopiśmiennych źródeł o bałkańskim pochodzeniu. To jest baza. Dokładnie z tego samego materiału literackiego korzystała tradycja „wielkoruska”, czyli moskiewska, tyle że ta ostatnia od XVI, a zwłaszcza XVII wieku będzie dążyła do oczyszczenia swego modelu z tego, czego nie uzna za rodzime i państwowotwórczo pożyteczne. A zatem do końca XVI wieku cerkiewnosłowiańska kultura literacka w państwie polsko-litewskim stanowi składową tego samego dziedzictwa dawnej Rusi, do którego i my też mieliśmy pełne prawo. Państwo Moskiewskie po prostu uczyni z niego fundament własnej kultury i twórczo rozwinie, a w Rzeczypospolitej stanie się coś wprost przeciwnego.
– Czy nie widzi Pan pewnej sprzeczności w polskiej świadomości? Polak pielęgnuje mit jagielloński jako jeden z najbardziej cenionych elementów własnej tożsamości.
– A ten niesie w sobie wielokulturowość i wielowyznaniowość Rzeczypospolitej Jagiellonów i ich następców. Tak się przecież szczycimy legendarną wręcz tolerancją religijną i „złotą wolnością”. Tymczasem przeciętny Polak zazwyczaj wie, że granice państwa Jagiellonów sięgały poza Kijów, wchłaniały nawet Smoleńsk, z którego do Moskwy dwa razy bliżej niż do Warszawy, ale praktycznie nic nie wie o ruskiej kulturze Rzeczypospolitej, nie potrafi nazwać jej zabytków. Poza tym to co dzisiaj uważa się za kresowe, kiedyś stanowiło geograficzne centrum państwa i żadną miarą za kresowe siebie nie uznawało. Uważam, że takie traktowanie komponentu ruskiej kultury w dziejach Rzeczypospolitej przez współczesnych obywateli Polski jest błędem i może być odbierane jako przejaw zwykłej ignorancji. Taka postawa daje właśnie pole do wszelkiego typu interpretacyjnych zawłaszczeń, które znów wywołują rozdrażnienie i stają się pożywką dla postaw ksenofobicznych.
– Gdyby był Pan autorem podręcznika do podstaw kultury Rzeczypospolitej, o jakich zabytkach piśmiennictwa cerkiewnosłowiańskiego poinformowałby Pan uczniów?
– Niewątpliwie o Kodeksie Supraskim, absolutnie podstawowym zabytku, jaki mamy w Polsce, także o Ewangelii Ławryszewskiej, o unikalnych księgach, układających się w całe kolekcje, przywiezionych na przykład z soboru Hagia Sophia w Połocku, które znajdują się obecnie w Warszawie. Moim zdaniem, pisząc podręcznik, należałoby nie tyle licytować się na ilość i jakość zabytków (bo ich stopień zachowania jest różny i nie odzwierciedla stanu faktycznego), ale zwrócić uwagę na całokształt dorobku literatury cerkiewnosłowiańskiej, czyli opowiedzieć o systemie, odmiennym, ale w pełni funkcjonalnym, który, różniąc się od modelu literatury zachodnioeuropejskiej, modelu łacińskiego, niekoniecznie musi być względem niego gorszy czy wrogi. To bardzo istotne. Należy mówić o odmienności i różności bez antagonizowania, wyjaśniać, skąd się ta odmienność bierze i dlaczego opiera się zmianom. Według mnie, kluczowe jest zrozumienie, że mamy do czynienia po prostu z inną tradycją, która nie musi być konfrontowana i stanowić przeszkody w dialogu. Nie popełnimy w ten sposób błędów przeszłości. Gdyby w XV-XVI wieku udało się polskiej kulturze zauważyć i docenić wartość piśmiennictwa cerkiewnego, to możliwe byłoby sięgnięcie do spuścizny antycznej tradycji śródziemnomorskiej właśnie tą drogą, nie czekając na wpływy i przeobrażenia Renesansu. Elita intelektualna Rzeczypospolitej zachłysnęła się przecież kulturą grecką, ale kultura ta dotarła poprzez Zachód, głównie Włochy, i została przerobiona w aspekcie świeckim. Poprzez rękopisy cerkiewnosłowiańskie można było znacznie wcześniej sięgnąć do źródła i odnaleźć całe bogactwo antycznego dziedzictwa wschodniochrześcijańskiego nie tylko w jego greckim (bizantyńskim) kształcie, ale też syryjskim czy palestyńskim.
– Kultura piśmiennicza polskojęzyczna zaczyna się od Reja, Kochanowskiego, czyli dopiero w epoce Renesansu. Kultury takie jak serbska, bułgarska, ruska, dostarczały literaturę w swoim języku już w epoce Średniowiecza, nawet w IX wieku, czyli razem z misją cyrylometodiańską. Czy brakuje polskiej kulturze tej piśmienniczej średniowiecznej podstawy w postaci literatury duchowej w języku zrozumiałym dla dziecka, kobiety, bo łacina, jakiej wtedy wyłącznie używano w Polsce, była językiem wąskiej warstwy kleru i uczonych?
– Oczywiście przeświadczenie o powszechnej znajomości łaciny w Średniowieczu jest jednym z typowych błędów myślowych. Łaciną w rzeczywistości sprawnie operował dość wąski krąg ludzi związanych głównie z Kościołem, administracją i światem nauki. Trudno mi jednak rozstrzygać, co wynika z takiego używania łaciny w Średniowieczu, w kontekście kultury „masowej”. To kwestia trudna do zbadania lub wręcz niemożliwa. Znamy tę kulturę głównie w odniesieniu do wspomnianej elity, bezpośrednio zaangażowanej w jej kształtowanie. Dla zrozumienia szerokiego kontekstu istotne jest jednak to, o czym pani wspomniała. Moi studenci na Uniwersytecie Jagiellońskim rozpoczynają studia od kursu średniowiecznej literatury bułgarskiej, przedstawionej na tle ogólnosłowiańskiej, a także europejskiej kultury piśmienniczej. Zwracam im zawsze uwagę na istotny fakt, że w tym samym czasie, gdy utrwalone zostaje pierwsze zdanie po polsku w Księdze Henrykowskiej (XIII wiek), czy spisane zostaną Kazania świętokrzyskie lub gnieźnieńskie, a jeszcze na długo przed tym, jak swój talent literacki w języku ojczystym objawią Rej czy Kochanowski, średniowieczna literatura starobułgarska kończy już swoją kilkuwiekową historię, gdzie były dwa okresy spektakularnej świetności, a ponadwiekowy kryzys, związany z podbojem bizantyńskim, obfitował w taką ilość rodzimych zabytków piśmiennictwa, o jakiej w literaturze polskiej nie będzie mogło być mowy aż do XV wieku. Kiedy polskie piśmiennictwo dopiero się rozpoczyna, literatury prawosławnych Słowian mają już własny ogromny dorobek. Mówię o literaturze bułgarskiej jako punkcie odniesienia dla szerszej tradycji słowiańskiej. Mówię o tekstach, które twórczo zostały zaadaptowane, później rozwinięte, najpierw na Rusi, potem w Serbii. Związek języka słowiańskiego z duchowością prawosławną nigdy nie uległ zerwaniu. Istnieje cały czas. Należy pamiętać, że ideę krzewienia chrześcijaństwa w języku rodzimym praktykowali już św.św. Cyryl i Metody na Morawach, a następnie realizowali ją z powodzeniem ich uczniowie w Bułgarii. Ta idea została przyjęta przez Kościół łaciński dopiero w czasach współczesnych, tysiąc lat później, kiedy na soborze watykańskim II stwierdzono, że używanie języków i dialektów lokalnych nie stanowi już przeszkody doktrynalnej i służy umacnianiu Kościoła. Choć oczywiście są tacy, którzy nadal nie zgadzają się z tak wyrażoną ideą soborową.
– Kościół zachodni miał jednak przez te tysiąc lat istotne powody, aby używać łaciny.
– Łacina jednoczyła Kościół zachodni w scentralizowanej czy wręcz zmonarchizowanej strukturze. Stanowiła bardzo skuteczny instrument spójności i jednocześnie symbol zwierzchniej władzy Rzymu. Nie było chociażby problemu z tłumaczeniami dokumentów na języki narodowe, a co za tym idzie z możliwymi w tym przypadku błędami w tłumaczeniu czy nadinterpretacją tekstów, zgodnie z lokalnymi tendencjami i interesami. Natomiast nie czuję się kompetentny, aby oceniać, jak się ta praktyka przekładała na kwestie duchowości. Byłbym daleki od postulowania, że duchowość zachodnia w jakimś stopniu ucierpiała tylko dlatego, że była wyrażana w języku łacińskim. Należy mieć na uwadze, kto tę duchowość kreował i moderował. Oczywiście w pierwszej kolejności byli to duchowni i elity intelektualne, bo to one posługiwały się łaciną sprawnie. Podobnie było jednak w sferze kultury grecko-słowiańskiej, gdzie też nie wszyscy uczestniczyli w nadawaniu jej kształtu, ale głównie osoby wykształcone, które sprawnie posługiwały się językiem greckim czy cerkiewnosłowiańskim. Pamiętajmy jednak, że naturalne procesy językowe powodowały stopniowe różnicowanie się dialektów lokalnych (późniejszych języków narodowych) od liturgicznoliterackiej greki i cerkiewszczyzny, a zatem u progu czasów nowożytnych problem niezrozumienia tekstu istniał w obu obszarach kulturowych, choć w przypadku prawosławnej Słowiańszczyzny z pewnością był mniej widoczny i zdaje się nie aż tak dotkliwy.
– Dziękuję za rozmowę.

fot. Anna Radziukiewicz

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token