Numer 12(366)    Grudzień 2015Numer 12(366)    Grudzień 2015
fot.Michał Bołtryk
Wciąż z nim rozmawiam
A.K., inżynier z Chalkidiki
12 lipca (29 czerwca)  po raz pierwszy wspominaliśmy liturgicznie  pamięć, kanonizowanego w końcu ubiegłego roku, starca Paisjusza. Publikujemy poniżej wspomnienie naocznego świadka ostatnich dwudziestu lat jego życia.

Starca Paisjusza poznałem rok po moim powołaniu do wojska, w 1974 roku. Wtedy po raz pierwszy pojechałem na Świętą Górę. Wzięliśmy jego błogosławieństwo i poszliśmy do monasteru Stawronikita. Kilka dni później usłyszałem, jak inni rozmawiają o starcu i zapytałem: „To ten, do kogo chodziliśmy?”. Jeszcze nie wiedziałem, że starzec był obdarzony darami łaski. Ale jego przenikliwe spojrzenie wywarło na mnie ogromne wrażenie.

Od tamtej pory co dwa miesiące jeździłem na Atos. Odczuwałem potrzebę, żeby po prostu przy nim posiedzieć, nawet jeśli w ogóle nie rozmawialiśmy. On oczywiście zawsze coś mówił, dotykał bolących problemów bez uprzedniej prośby.

Kiedy ja i moja żona poznaliśmy starca, mieliśmy dwoje dzieci. Teraz mamy czworo, wszystkie urodzone przy pomocy cesarskiego cięcia. Kiedy mieliśmy dwoje dzieci, mówił nam, żebyśmy mieli jeszcze jedno. Powiedziałem: „Geronda, przecież mamy problemy ze zdrowiem”. „A niech sobie lekarze mówią co chcą. Pan chce, żebyście mieli i będziecie mieć”. Moja żona, usłyszawszy o tym, nabrała  odwagi… Urodziła trzecie, a potem czwarte dziecko. Lekarze mówili mojej żonie: „Głupcy, zwariowaliście! I dziecko umrze, i ty”. Ale, jak powiedział starzec, wszystko poszło dobrze. Okryła nas jego miłość i jego błogosławieństwo. Kiedy przyszedł do nas do domu, moja żona zapytała: „Jak mam osiągnąć zbawienie?”. „Trzymaj się Bogarodzicy za spódnicę” – odpowiedział. To znaczy absolutnie zaufaj, tak jak dziecko ufa swojej matce.

Kiedyś pojechałem do o. Paisjusza z synem, który był w przedostatniej klasie. Syn myślał o pracy w usługach, chciał zająć się turystyką itd. Był dużo niższy od rówieśników. Na nasz widok starzec z daleka krzyknął: „A oto, proszę bardzo, inżynier i architekt. Tak, tak, widzę architekta, takiego wysokiego, który sięga pierwszego piętra bez schodów”. Wzięliśmy u niego błogosławieństwo, a ja opowiedziałem o planach syna. Starzec nie powiedział ani tak, ani nie. Później plany syna się zmieniły, został architektem, a nawet osiągnął w swoim zawodzie wysoki poziom.

Pewnego dnia, pół godziny przed północą, zapragnąłem zobaczyć starca. Zadzwoniłam do trzech przyjaciół i postanowiliśmy następnego dnia z rana pojechać na Świętą Górę. Spotkaliśmy się ze starcem, wieczorem zeszliśmy z gór, do kielii św. Jana Teologa, do o. Grzegorza, żeby wziąć udział w nocnej służbie.  Stanąłem w stasidii, w zachodniej części świątyni. Nagle widzę, wchodzi o. Paisjusz i staje dwa rzędy przede mną. Patrzyłem na niego cały czas. Pod koniec nabożeństwa wstał i wyszedł. Następnego dnia na statku mówię do pozostałych: „Jak myślicie, dlaczego starzec nie został do końca, tylko wyszedł o świcie?”. „Jaki starzec?”.  „Starzec Paisjusz – mówię im – był na nocnej służbie”. „Skąd, nie było go” – odpowiadają. „Ależ przyszedł!” – obstaję przy swoim. Mój duchowy ojciec, powiedział mi: „Ojciec Paisjusz przyszedł, przyszedł, bo bardzo pragnąłeś go zobaczyć. Przyszedł dla ciebie i tylko ty go widziałeś”.

Co do dzieci, starzec mówił: „Bez presji, nie naciskajcie na nie zbyt mocno”. I przytaczał przykład drzew: „Maleńkie drzewko ostrożnie przywiązujemy bawełnianym sznurkiem, żeby go nie uszkodzić. I nie ściskamy zbyt mocno, żeby mogło swobodnie rosnąć.

Tak samo z dziećmi, trzeba wychowywać je delikatnie, z miłością, dopóki są małe”. Mówił, żeby rosnąć mają z nami w miłości, że mamy uczyć je uczestnictwa w Tajemnicach, objaśniać, co oznacza duchowy ojciec, spowiedź. „Kiedy wyrosną, to co wpoiliście im w dzieciństwie, nie przepadnie”. Przytaczał przykład z kluczem do nakręcania zegara: „Nie obracajcie nim do końca, żeby nagle nie pękła sprężyna. To samo z dziećmi, jak tylko zauważycie, że jest im trudno, poluzujcie”. Kiedy mówiono mu, że starsze dzieci zeszły z dobrej drogi i wyprawiają różne złe rzeczy, uspokajał: „Nie przeżywajcie. To brud. On nie sięga głębi, bo w środku jest cynober. To nie powoduje rdzy. Pewnego dnia brud odpadnie i rdzy nie będzie”.

Od dzieci wymagał szacunku wobec rodziców, niezależnie od tego kim byli. Jeśli już nie żyli, chciał, żebyśmy się dużo modlili, tak jak za wszystkich zmarłych. Mówił: „Modlitwą ich ugaszczajcie, «lemoniadą, chłodnym napojem»”. Powtarzał: „Poświęcajcie czas umarłym. Umarli nie mogą nic zrobić, żywi mogą”. Podkreślał, że za umarłych często trzeba dawać jałmużnę: „Kiedy dajecie komuś jałmużnę, mówcie, za kogo ją dajecie. Żeby ten, który przyjmuje jałmużnę powiedział: Gospodi, upokoj jewo duszu. Jeśli powie od serca, Pan to uwzględni”. I mówił też o zmarłych: „Przynoście do cerkwi prosforę (w Grecji wierni przynoszą prosfory do cerkwi) i podawajcie imię zmarłego, żeby duchowny wspominał go na proskomidii. Odprawiajcie też zaupokojne służby i panichidy. Panichida bez Liturgii to rzecz najmniejsza. Najważniejsze co możemy zrobić dla zmarłego, to sorokoust (czytać modlitwy przez czterdzieści dni po śmierci). I dobrze, jeśli towarzyszyć temu będzie jałmużna”.

Jego dusza martwiła się o dzieci, które „odchodzą” przez aborcję. Miał widzenie. Widział pole. Z jednej strony stał spichlerz pełen zboża i słychać było anielski śpiew. Z drugiej – przepaść i słychać było jęki, płacz i dziecięce głosy. Tam trafiały zmarłe w wyniku aborcji dzieci, które nie mogły nic zrobić, żeby się zbawić. Po tym widzeniu powtarzał: „Bądźcie ostrożni i módlcie się. Lepiej byłoby, gdyby matka urodziła dziecko, ochrzciła a potem zabiła, aniżeli zabiła go przed narodzeniem”.

Innym razem opowiedział mi, że widział swego anioła. Kiedy siedział w kielii, zjawił mu się anioł, widać było go od pasa w górę, był bardzo piękny. Anioł patrzył na ojca Paisjusza i się uśmiechał.

Pewnego razu modlił się za cały świat, za całe stworzenie, nawet za diabła, żeby Pan zmiłował się nad wszystkimi. I kiedy się odwrócił, zobaczył diabła, który pokazywał mu język i drażnił go.

Od swego duchowego ojca usłyszałem następującą historię. Kiedy starzec był w kielii Czestnago Krzyża w monasterze Stawronikita, zobaczył diabła, który był podobny do gigantycznego Murzyna, siedzącego obok jego kielii. Starzec oczywiście nie przestraszył się, przeżegnał się, diabeł powiedział „bam-m” i zniknął. Potem starzec mówił, że gdyby ludzie wiedzieli, jak bardzo diabeł jest odrażający i śmierdzący, unikaliby go.

Starzec pewnego razu powiedział, że chce, żeby wszyscy, których lubię, przechodzili próby, doświadczenia, żeby osiągnęli zbawienie poprzez cierpienie. „Nie żałuj tych, którzy są doświadczani” – mówił (oczywiście nie mając na myśli tych, którzy doświadczają pokus z własnej winy). Zacząłem zamartwiać się, bo czułem się spokojnie, nie byłem  poddawany próbom: „Ojcze Paisjuszu, jeśli nie jestem poddawany próbom, znaczy Bóg mnie nie kocha?”. „Co ty mówisz? Wszyscy ludzie stali ci się bliscy i przyjeżdżasz tutaj z cudzymi problemami. Jeszcze dodatkowe powinien dać ci Pan? Martwisz się za wszystkich”. Nadszedł czas, kiedy zacząłem mieć problemy. Doświadczyłem wszystkiego. Ale przez pewien czas, na ile mogłem, obejmowałem swoją miłością otaczających mnie ludzi i Pan ustrzegł mnie przed próbami.

O. Paisjusz mówił nam co trzeba mówić, kiedy ktoś choruje na poważną chorobę. „Od razu i chory, i jego najbliżsi, wszyscy, zaczynajcie się modlić, dużo się modlić, serdecznie się modlić. Trzeba powierzyć problem Bogu.

Od tego czasu problem będzie rozwiązywać Bóg. Wtedy, cokolwiek by się stało, czy chory wyzdrowieje czy odejdzie, wszystko stanie się z woli Bożej. Jeśli nie będziemy się modlić, choroba rozwinie się w sposób naturalny. Jeżeli będziemy się modlić, zareaguje Bóg i niezależnie od tego czy człowiek wyzdrowieje, czy też Pan go weźmie do siebie, będzie tak, jak lepiej jest dla jego duszy. Dlatego, jeśli się modlimy, nie powinniśmy martwić się o rezultat, wszystko stanie się z woli Bożej. Jeżeli nie modlimy się, Pan ustępuje, to znaczy odsuwa się na bok – tu starzec wykonał ruch odchodzenia na bok, żeby przeszedł inny człowiek – i ustępuje miejsca naturalnemu prawu”.

Starzec we wszystkim widział swoją winę. Ktoś poprosił go: pomódlcie się, rozeszła się pewna para. Starzec nie znał tych ludzi. Tego właśnie dnia odwiedziliśmy go w jego kielii. A on nam mówi: „Och, to ja jestem winny”.  „W czym jesteś winny, batiuszka?” – pytamy go. „Bo rozwiedli się pewni małżonkowie”. „A znacie ich?”. „Nie, nie znam”. „Czemu więc jesteście winni?”. „Jestem winny – powtarza. Jeżeli miałbym ufność w Bogu, jeżeli moja modlitwa byłaby usłyszana i jeślibym się więcej modlił, wtedy by się nie rozeszli. Pokryła by ich modlitwa”. We wszystkim znajdował swoją winę. Za wszystko co złe na ziemi czuł się odpowiedzialny. Tak czują święci.

Noce spędzał na stojąco. Zobaczyłem haczyk w jego kielii, do niego  przymocowany był sznurek przywiązany do sufitu. Starzec trzymał się za ten sznurek, żeby nie upaść od stania, gdy modlił się na stojąco. Tak ćwiczył swoje ciało. Krew odpływała do nóg. Stał całymi godzinami. Rozpoczynał modlitwę, jak tylko zaczynało zmierzchać, kończył ją tuż przed wschodem słońca. Zaraz potem zaczynali przychodzić odwiedzający. Zajmowali cały  dzień.  Nocą znowu modlił się za nich i za cały świat.

Od czasu gdy go poznałem, cały czas chorował. Nie mówił o tym i tego nie okazywał. Miał stale bóle głowy. Często przyklejał plaster na głowę, żeby nie było widać. Przyjmował ból bez narzekania.

Pewnego razu razem z moim duchowym ojcem zaszliśmy do Kawsokaliwii (skit składajacy się z 40 kielii) i otrzymaliśmy błogosławieństwo – drewnianą cząsteczkę z trumny św. Maksyma Kawsokaliwity. Obdarowujący nas mnich powiedział: „Jeżeli boli was głowa, możecie wrzucić ją do niewielkiej ilości wody i  wypić”. Wzięliśmy po cząsteczce. Mój duchowy ojciec, który cierpiał na ból głowy, wrzucił ją do wody, wypił i ból ustąpił. Opowiedział o tym starcowi. „Mój dobry ojcze – na to starzec. Pan darował ci błogosławieństwo – ból głowy, a ty je utraciłeś”. 
 
Starzec patrzył na wszystkie choroby jak na błogosławieństwo. Modlił się za wszystkich i uleczał swoją modlitwą, z wyjątkiem samego siebie. Nie tylko nie szukał uzdrowienia, ale brał na siebie także choroby innych. Często mówił: „Boże, daj mi chorobę tego, tej…”.

Pewnego razu pojechałem do starca z moim znajomym z Salonik. Jego żona miała raka. Leczyli ją chemioterapią, wypadały jej włosy. „Nie bój się  – powiedział mu starzec – nic złego twojej żonie się nie stanie”. „Jak to przecież lekarze powiedzieli”. „Nic się twojej żonie nie stanie – powtórzył starzec Paisjusz. Masz, weź ten krzyż”. I dał mi własnoręcznie zrobiony krzyż,  żeby chora go ponosiła. I rzeczywiście, pani Fieule (tak się nazywała) nic się nie stało, ma troje dzieci, wnuki, żyje i ma się dobrze.

Krótko przed śmiercią starzec bardzo chorował. Zdaniem lekarzy odczuwał stale bóle w jelitach i dodatkowo od dawna ból głowy. Pewnego razu nie bolała go głowa. Wtedy powiedział do mego duchowego ojca: „Ach, ojcze, jak dobrze, kiedy nie boli głowa”. Przez 35 lat, czyli od kiedy znał go mój duchowy ojciec, stale go bolała. Pewnego razu, kiedy rak zaatakował już jelita i zaczęły krwawić, powiedział mi: „Co piętnaście minut chodzę do toalety, wypływa ze mnie tak ze szklanka krwi”. Mówił to bez narzekania, a nawet jeszcze żartował.

Duchowy syn ojca Paisjusza, który był wojskowym, oficerem, dowiedział się, że pojawiło się jakieś lekarstwo, które uzupełnia żelazo we krwi. Wziął to lekarstwo i pojechał na Świętą Górę, do starca. „Ojcze Paisjuszu, – mówi do niego – to lekarstwo z żelazem, ono nie szkodzi. To lek nowej generacji”. „Co ty mówisz, mój drogi, po co mam przyjmować lekarstwo? Zardzewieje we mnie wszystko”. Mimo że stracił tyle krwi, nie przyjął lekarstwa, które podnosi poziom hemoglobiny. 

Starzec mówił też: „W kwestiach wiary i ojczyzny bądźcie nieugięci i surowi. Handlować nimi nie wypada”. Początkującym w życiu duchowym radził czytać żywoty świętych, to jest  Synaksarion.

Pewnego dnia starzec podarował mi dużą cząsteczkę relikwii św. Arseniusza. Podarował mi także maleńką cząsteczkę – umieścił ją w małym otworze, wywierconym i zaklejonym z góry czystym pszczelim woskiem, w ikonce  Bogarodzicy. „Weź ze sobą do samochodu” – powiedział. Pewnego razu miałem wypadek samochodowy, uderzyłem o coś mocno, a kiedy odzyskałem przytomność i otworzyłem drzwi, zobaczyłem u swych stóp ikonkę z cząsteczką relikwii. Podniosłem ikonkę, pocałowałem i powiedziałem Chwała Ci, Boże i podziękowałem św. Arseniuszowi, że mnie ocalił. Samochód zmieniłem, bo cały był rozbity.

Innym razem dostąpiłem wielkiego miłosierdzia Bożego, największego miłosierdzia w moim życiu. Kiedy starzec przejechał do swojej ostatniej kielii na Atosie, ze skitu Czcigodnego Krzyża do Panagudy, spodobało mu się okno. To, które wychodziło na archondarik (pokój przyjęć dla gości w monasterze albo hotel dla pielgrzymów) pod otwartym niebem, pomalowane na czerwono. Powiedział mi: „Zdejmij miarę i zobaczymy, jak je zrobimy”. Zdjąłem wymiary i zaproponowałem: „Nie martwcie się, sam je zrobię. Znajdę jakiś sposób i przyślę je wam”. Zrobiłem żelazną kratę, zamocowałem ją do bagażnika na dachu i przywiozłem na Świętą Górę. Tego dnia padał silny deszcz. Taki nie na żarty. Wtedy na górze był tylko jeden autobus z zakratowanym bagażnikiem. Początkowo kierowca nie chciał zabrać okna, ale jakoś udało mi się go namówić. Przyjechaliśmy do Karei, zarzuciłem okno na plecy i w deszczu i błocie powędrowałem do starca. Byłem cały mokry i od deszczu i od potu. Dochodzę do kielii i wołam: „Geronda!”. Wychodzi starzec:  „Boże, zmiłuj się! Co ty wyprawiasz? Zachodź szybciej. Postaw okno tam, z boku”.

Nie wiedziałem, wszedłem do kielii  czy wstąpiłem do raju? Byłem tak szczęśliwy, że w końcu dotarłem. Tej radości nie zapomnę nigdy. W archondariku z lewej strony od wejścia stał tapczan z desek. Starzec nakazał mi tam się położyć i okutał mnie prześcieradłami, przedtem dając mi swoje ubranie do przebrania. Powiedział: „Leż tutaj i bądź cicho”. Zostawił mnie tylko na dwadzieścia minut. A ponieważ cały dzień padało, nikt nie przyszedł i byliśmy w kielii sami. Podszedł znowu do mnie i zaczęliśmy rozmawiać. Ale ja znajdowałem się w innym świecie. Przeżyłem coś zadziwiającego. W życiu nie doświadczyłem takiej radości. Siedziałem tam, a obok starzec gładził mnie po głowie i mówił: „I co to narobiłeś”. Chciałem zostawić dla siebie jego skarpetki i ubranie.

Innym razem zrozumiał, że chciałbym mieć  jego rzecz i podarował mi skufję. Były na niej włosy batiuszki, połączyłem je z czystym pszczelim woskiem i przechowuję jako błogosławieństwo.

Znałem starca dwadzieścia lat. Kiedy przyjeżdżam do Suroti i klękam u jego mogiły, rozmawiam z nim i wydaje mi się, że mnie słucha, jak słuchał, kiedy żył.

A.K., inżynier z Chalkidiki
na pods.pravoslavie.ru
tłum. Ałła Matreńczyk

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token