Numer 12(366)    Grudzień 2015Numer 12(366)    Grudzień 2015
fot.Michał Bołtryk
Jeszcze o wyborach
Eugeniusz Czykwin
Zdobywając 37,58 proc. głosów, partia Prawo i Sprawiedliwość nie musiała zawierać żadnych koalicji i samodzielnie utworzyła rząd. Samodzielne rządy PiS stały się możliwe po przegranej Zjednoczonej Lewicy, która nie przekroczyła 8-procentowego progu wyborczego i słabym, 5,3 proc., wyniku PSL. Do Sejmu po raz kolejny nie dostali się kandydaci z listy KORWIN (4,76 proc.) i Samoobrony (0,03 proc.). Wśród przegranych jest też nasza, prawosławna społeczność, która nie będzie miała swojego reprezentanta w parlamencie. Oznacza to, że utraciliśmy, choćby na miarę jednego posła czy senatora, możliwość wpływania na podejmowane przez parlament decyzje. Oznacza też, że straciliśmy jedną z ważnych możliwości egzekwowania należnych nam praw. Przegrana oznacza także stratę w sferze psychologicznej. Wybór przez każdą mniejszość parlamentarzysty daje poczucie satysfakcji z zaistnienia i odegrania nawet skromnej roli w tym ogólnonarodowym wydarzeniu. Ten aspekt jest szczególnie ważny dla prawosławnych spoza Białostocczyzny.

Dlaczego tak się stało? To pytanie słyszę od bardzo wielu osób, zatroskanych o przyszłość prawosławnobiałorusko-ukraińskiej wspólnoty na Podlasiu. Dlaczego, pytają, mniejszość niemiecka po raz kolejny wprowadziła do Sejmu swojego przedstawiciela, a my nie mogliśmy tego dokonać. Odpowiedź na to pytanie jest prosta, a zarazem złożona. Nie mamy swego przedstawiciela w Sejmie, gdyż żaden z odwołujących się do prawosławno-mniejszościowego elektoratu kandydat, a było ich blisko dziesięciu, nie zdobył dostatecznej liczby głosów. Obecność „naszych” kandydatów chyba na wszystkich, oprócz PiS, listach doprowadziła do rozbicia głosów i wyborczej porażki nas wszystkich. Czy mogłoby być inaczej i czy istnieją szanse uniknięcia obecnej sytuacji w przyszłości? Teoretycznie tak. Z doświadczeń poprzednich i ostatniej kampanii wynika, że na utożsamianych z mniejszością kandydatów głosuje na Podlasiu około 50 tysięcy wyborców. Startując w 1993 roku z listy Komitetu Wyborczego Prawosławnych do Senatu w całym województwie otrzymałem 51 815 głosów. W ostatnich wyborach, startując także do Senatu z okręgu nr 61, składającego się z powiatów bielskiego, hajnowskiego, siemiatyckiego i wysokomazowieckiego, co oznacza, że nie mogli na mnie głosować mieszkańcy Białegostoku i gmin Gródek, Michałowo, Zabłudów, otrzymałem 32 896 głosów. Liczby te pokazują, że społeczność prawosławna ma potencjał do wybrania dwóch, a nawet trzech posłów. To w teorii. W praktyce dezintegracja naszego środowiska pogłębia się i na jakiekolwiek wspólne działanie w najbliższym czasie nie ma co liczyć, nie ma też co liczyć, że któraś z dużych ogólnokrajowych partii uczyni gest i w następnych wyborach zaproponuje przedstawicielowi mniejszości pierwsze lub choćby drugie miejsce na swoich listach.

Nie ma także szans na zmianę granic okręgów do Senatu – gdyby w miejsce powiatu wysokomazowieckiego do okręgu nr 61 włączono powiat białostocki ze wspomnianymi gminami Gródek, Michałowo, Zabłudów to wtedy raczej ja, a nie kandydat PiS-u, zostałbym senatorem.

W sytuacji, gdy nie potrafimy współpracować w sferze dużej (wybory parlamentarne) i tej małej (wybory do samorządów) polityki, jakimś wyjściem byłaby współpraca w realizacji innych ważnych dla nas celów. Jednym z nich jest poszerzanie i utrwalanie wiedzy o naszej historii, wspólne przedsięwzięcia w sferze kultury. Pozytywnym przykładem jest zaangażowanie wielu środowisk w uczczenie setnej rocznicy bieżeństwa.

Dzięki inicjatywom Fundacji im. księcia Konstantego Ostrogskiego, środowisk przycerkiewnych, organizacji mniejszości białoruskiej i ukraińskiej – piszemy o nich na stronach 10-13 te dramatyczne wydarzenia zaistniały w ogólnospołecznym wymiarze jako ważny element wspólnej historii.

Brak w parlamencie prawosławnego posła ma też i dobre strony. Wybrany – szanse miał kandydat startujący z listy PO, PSL lub Zjednoczonej Lewicy – znalazłby się po jednej ze stron przybierającego coraz ostrzejsze formy konfliktu między rządzącymi i będącymi w opozycji partiami. Jako poseł starałem się jak najmniej uczestniczyć w polsko-polskiej wojnie. Dzięki temu, choć nie we wszystkich sprawach, udawało mi się – tak było w kwestii budżetowych dotacji na remont budynków supraskiego monasteru czy ustawy o finansowaniu prawosławnego seminarium – uzyskać poparcie niemal wszystkich posłów.

Żyć w zgodzie ze wszystkimi nie oznacza być biernym wobec decyzji sprawujących władzę, które naruszają zasady demokratycznego państwa czy stoją w sprzeczności z poczuciem sprawiedliwości. W Polsce, gdzie narodowe i wyznaniowe mniejszości to zaledwie kilka procent ogółu obywateli, politykę państwa w sferach stosunków państwa z Kościołami i związkami wyznaniowymi czy w odniesieniu do mniejszości narodowych i etnicznych powinna cechować szczególna ostrożność i wrażliwość. Nadrzędną zasadą stosunku państwa do tych społeczności winno być podmiotowe ich traktowanie, a to oznacza uwzględnienie, w ramach możliwości, ich rzeczywistych aspiracji i oczekiwań. W sferze prawa, dzięki przyjętym po 1989 roku ustawom regulującym sytuację prawną poszczególnych Kościołów, a także ustawie o mniejszościach narodowych, mamy dobrą sytuację. Również dotychczasowa praktyka, choćby w sferze wspierania inicjatyw służących zachowaniu tożsamości zamieszkujących w Polsce mniejszości, choć budziła zastrzeżenia, zasługiwała na pozytywną ocenę. Pozostaje mieć nadzieję, że także obecnie rządzący dotychczasową politykę wobec mniejszości będą kontynuować.

Eugeniusz Czykwin

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token