Numer 1(367)    Styczeń 2016Numer 1(367)    Styczeń 2016
fot.Ikona Bożego Narodzenia z XV wieku ze zbiorów Muzeum Bizantyjskiego w Atenach
O  białogwardziście, który batiuszką został
Ałła Matreńczyk
Znalazł go kozak, bał się przewieźć do stanicy, pozostawił w opuszczonym chutorze. Nie specjalnie wierzył, że ranny przeżyje. Najgorzej wyglądała cięta rana szyi – ostrze szabli zatrzymało się 2 milimetry przed krtanią. Na szczęście młody organizm okazał się silny, a żołnierze Denikina wkrótce odbili teren. I tak dwudziestotrzyletni kapitan sztabowy Józef Kundeus, były oficer carskiej gwardii, któremu car kilka lat wcześniej nadał tytuł szlachecki i 30 hektarów ziemi na Krymie, znalazł się wśród swoich. Nie wrócił do  rodzinnej Mytnicy koło Beresteczka, do rodziców, zamożnych rolników, dziesięciorga rodzeństwa, lecz na front. A tam sytuacja szybko się zmieniła. Bo choć w marszu na Moskwę armia Denikina zdobywa Orzeł,  czerwoni przystępują do kontrofensywy. Następuje odwrót, najpierw zorganizowany, potem coraz bardziej chaotyczny. Wkrótce biali nie mają się już gdzie cofać. Pozostaje Krym, potem już tylko Symferopol i statki do Turcji. Józef Kundeus wypłynął ostatnim z nich. Dotarł do Galipoli, spędził tam prawie rok, nie miał pracy,  jedzenia szukał na śmietnikach. W Bułgarii miał więcej szczęścia – zatrudnił się jako ogrodnik na dworze cara Borysa III. Bardzo przydała mu się więc szkoła ogrodnicza, którą zdążył w Beresteczku przed wstąpieniem do gwardii carskiej skończyć. Nie był specjalnie nią zachwycony, nawet kilka razy z niej uciekał, ale ojciec, który  jemu jedynemu z całej rodziny kazał się uczyć, konsekwentnie go odwoził.

A więc Bułgaria i praca w carskim ogrodzie. Młodziutki car Borys, ilekroć tam zaglądał, grzecznie witał się ze wszystkimi pracującymi. Po trzech latach białogwardzista zaczął myśleć o powrocie w rodzinne strony, o złożonej na polu walki obietnicy.

Nie było to proste. Miał 27 lat, za dużo, by zacząć naukę w jednym z dwóch istniejących w Polsce międzywojennej prawosławnych seminariów. Trzeba było uzyskać zgodę ministra edukacji narodowej. Gdy ją otrzymał, wyjechał do Krzemieńca, gdzie od listopada 1918 roku funkcjonowało Wołyńskie Seminarium Duchowne. Można  by je nazwać postchełmskim,  bo uczyła w nim po powrocie z bieżeństwa kadra chełmskiego seminarium. Zajęcia prowadzili profesorowie Szajdzicki, Bułgakow, Strukow, Kobryn, Kraś, Wiszniewski, Danilewicz, Michał Kiedrow, późniejszy biskup, także znany ze swej działalności misyjnej wśród Łemków biskup Simon (Iwanowski).

Po Krzemieńcu przyszła kolej na Warszawę i Studium Teologii Prawosławnej. Pieniędzy brakowało, bo ile można było zarobić na korepetycjach. Na pomoc z domu Józef Kundeus nie mógł specjalnie liczyć – tata pod jego długą nieobecność podzielił majątek między pozostałe dzieci. Jedynie brat, który miał za sobą pobyt w Ameryce,  mu pomógł – starczyło na rok, góra  dwa, a nauka trwała przecież dłużej.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)
 
Ałła Matreńczyk
fot. archiwum
Haliny Woronieckiej

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token