Numer 2(368)    Luty 2016Numer 2(368)    Luty 2016
fot.Anna Radziukiewicz
Wiejski batiuszka co książki pisał
Dorota Wysocka
Niezwykle dla mnie zabrzmiały słowa władyki w okoliczściowym kazaniu: – Dni Bożego Narodzenia, wielkiego święta, kiedy rodzi się Nowa Nadzieja, rodzi się Jezus Chrystus, który otwiera nową perspektywę życia dla ludzkości ogólnie i dla każdego człowieka indywidualnie – w tym roku przyćmione są smutkiem pożegnania ze śp. Ojcem Grzegorzem. Myślę, że każdy, kto dowiedział się w wigilijny dzień o jego odejściu z tego życia, był zdumiony, że to już tak szybko. Wiedzieliśmy, że ostatnio borykał się z problemami zdrowotnymi, ale zawsze dynamiczny, energiczny, zawsze uśmiechnięty, otwarty i pełen radości, nie zdradzał tego, że coś mu doskwiera, coś go boli lub dokucza. Nigdy nie zobaczyłem ani bólu, ani cierpienia na twarzy o. Grzegorza. Umarł w trakcie Liturgii św. Bazylego Wielkiego, która była sprawowana w wigilijny poranek. Umarł, aby narodzić się do życia wiecznego. W jednym z monasterów na Świętej Górze Atos widnieje bardzo znamienny napis: „Trzeba umrzeć, zanim umrzesz, żeby nie umrzeć, kiedy umrzesz!”. Ta wymowna sentencja bardzo koresponduje z całym życiem o. Grzegorza, który będąc w tym świecie, tak jak każdy sumienny kapłan, umierał dla tego świata. Umierał dla tego świata grzechu i starał się być przykładem i dla kapłanów i dla swoich wiernych. Bo kapłaństwo nie wiekiem się mierzy, lecz gorliwością modlitwy – mówił władyka.

Ojcze Grzegorzu! Oprócz pogrzebowych stychir rozbrzmiewały nad Twoją trumną także kolędy, zwiastując, że Niebo i ziemlia nynie torżestwujut… Przez tę szczególną więź wszystkich, których… imiona zapisane są z niebie (Łk 10, 20), pewnie Niebiosa rozbrzmiewały torżestwom Twoich narodzin dla Nieba. W trumiennej kołybieli przytuliła Twoje ciało ziemia-matka Bieło-krasno-bieła, a duszę Twoją – Matka Jezusowa, wierna od betlejemskiej Groty po jerozolimski Grób.

Całując Twój kapłański krzyż i dłoń, uświadomiłem sobie, że żyłeś dokładnie tyle samo lat i dni, co mój rodzony ojciec. Przypadek? Nawet jeśli tak, to przecież Przypadek jest podobno jednym z imion Najwyższego. Twoje odwiedziny w Łęcznej po śmierci mojego ojca (przed kilkunastu laty), oznaczały dar duchowego ojcostwa w sferze poszukiwania prawdy historycznej. Choć z Twojej strony była to braterska wymiana myśli, historycznych konkluzji, spostrzeżeń i uwag kwerendalnych. Dlatego z szacunkiem traktowałem Twoje rady: od naukowo-archiwalnych, poprzez motywy tradycji i liturgii wschodniej, aż po życiowe sugestie. Ojcze Grzegorzu, całuję Twoje spracowane dłonie i ślady Twej niezłomnej wiary, niezwykłej mądrości. Nauczyłem się od Ciebie m.in. dostrzegać Bożą wolę na ścieżce historii, w której nic nie dzieje się przypadkiem. Spasi Hospodi! – za wszystkie inspiracje i bezcenne rady, za dodawanie otuchy i troskę o …kolejne wybite szyby w oknach, za podlewanie Działki Rodzimego Prawosławia na Lubelszczyźnie.

Potwierdzeniem Twojej szczególnej intuicji i duchowej więzi były słowa biskupa Jerzego: – Kiedyś ktoś zapytał: Jak się ludzie rozpoznają tam, w przyszłym życiu? Czy po stopniu cielesnego pokrewieństwa? Czy po wyglądzie, bo przecież będą to istoty duchowe? Co będzie owym kryterium bliskości pośród miliardów ludzi? Tym kryterium jest bliskość modlitwy: osoby, które pamiętają w modlitwie o tych, którzy odeszli, spotkają się w tamtym życiu. Bo modlitwa jest rozpoznawalnym, wyraźnie odczuwalnym znakiem miłości. Nie pokrewieństwo, nie znajomości ziemskie.

Dziękuję za kilka spotkań w Rybołach, wspólnie przewertowaną „makulaturę”, szczególnie podczas konsultowania Twojego „bucha” o hierarchach i duchowieństwie. Zawdzięczam Tobie inspirację do przyspieszenia prac nad książką „Rodzinny obrządek”... I dumny jestem, że była ona Twoją ostatnią lekturą, wzbudzając Twój zachwyt – a to była dla mnie nobilitacja i najlepsza habilitacja… Na pewno, dzięki tak głębokim poszukiwaniom archiwalnym i rozległej wiedzy humanistycznej Twoja kapłańska osobowość była dojrzalsza, bo Twoje serce biło tętnem historii Twojej, naszej Cerkwi Chrystusowej. Spędzając każdą wolną chwilkę na kwerendzie archiwalnej, dojrzewałeś do spotkania ze Źródłem Mądrości przedwiecznej i Panem dziejów.

Ileż to razy słyszałem w słuchawce: – Już otwieram bramę, już woda nastawiona na herbatę… I było takie lato (sierpień 2011), gdy przez parę dni mogliśmy korzystać z gościnności Twojej i matuszki Antoniny, aby spędzić błogosławione chwile z częścią mojej rodziny w Rybołach. To był piękny, niezapomniany czas! A przypadł na Spasa i umożliwił modlitwę na Świętej Górze Grabarce. Zwłaszcza, że jakikolwiek wyjazd wypoczynkowy był wtedy dla nas nieosiągalnym marzeniem. Mając taką wiedzę, potrafiłeś z pokorą słuchać sugestii i wyjaśnień o powikłanej historii ludzi na Lubelszczyźnie. Szanowałeś każdą radę, choćby w nazewnictwie miejscowym.

Wtedy jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu o sensie badań historycznych i wnikliwego weryfikowania mitów, uproszczeń, stereotypów i wszelkiej historiograficznej nieuczciwości. Bo przecież tego, co piórem się napisze, to wołami nie wyorze (słowa x. G. S.). Prawda zostaje w pamięci, w świadomości, kształtując umysły i serca, wnosząc w życie ludzi światło. Nalegałeś, aby gromadzić wokół siebie entuzjastów prawdy historycznej. Ale nie takich, którzy zadowolą się jedną czy drugą obroną, napisaniem pracy i epatowaniem innych elokwencją. Chodzi o takich, którzy potrafią formułować problemy, stawiać pytania, bez uprzedzeń dokonywać wnikliwej kwerendy i nie poprzestają na „sukcesie” uczelnianego stołka czy tytułu: Pry hotowoj kołodi, dobre ohon kłasty. Trzeba takiego gościa spytać, ile straciłeś na dociekaniu i świadectwie prawdy, a nie ile zyskałeś w przyziemnych awansach i sukcesach… Mówiłeś: nie ma złodziei, to ludzie kradną. Kradną także pamięć, zawłaszczają historię – nie można na to pozwolić.

Znaczącym osiągnięciem niestrudzonego Kronikarza Przeszłości, które nie może zostać zaprzepaszczone, było zorganizowanie Baćkauszczyny w Rybołach. O. mitrat Sosna był przekonany, że wiejska mądrość i pamięć przekazywania tradycji jest skarbnicą historii miejscowości i rodziny. Był dla mnie o. Grzegorz, mój imiennik, niedoścignionym wzorem pracowitości, przywracania narodowej pamięci i tożsamości, wierności chrześcijańskiej nauce i tradycji. W ostatniej rozmowie telefonicznej z 23 grudnia 2015 roku we właściwy sobie, żartobliwy sposób, wyraził przekonanie, że dwie „kosy” (77) w liczbie lat zetną jego ziemskie życie, jak kosiarze żną konyczynu albo pszenyciu podczas żniw. Jak zawsze mówił o szeroko otwartej bramie w Rybołach, bo kto Ryboły omija, temu szczęście nie sprzyja.

Drogi Ojcze Grzegorzu! Tyle razy rodziłeś wiarę we mnie, rodziłeś wiernych do nowego życia w Panu. Ba! Rodziłeś Boga w naszych sercach! To wcale się nie dziwię, że na swoje Urodziny Chrystus, Syn Ojca Przedwiecznego, chciał Cię mieć już u siebie. Każda Wigilia będzie nam o tym przypominała. Twoje pogodne oblicze, otwarte serce, uśmiechniętą twarz... W tym roku znowu zimowa aura dopisała na Boże Narodzenie i Kreszczenije w starym stylu. Zwykłeś mówić: no i po co było to zmieniać?

Można by zwieńczyć znane mi chwile jego życia mottem do jednej z książek śp. o. Grzegorza: Chlubą bowiem jest dla nas świadectwo naszego sumienia, bo w prostocie serca i szczerości wobec Boga, a nie według mądrości doczesnej, lecz według łaski Bożej postępowaliśmy na świecie (2 Kor 1,12). Gdy do wieczności odchodzi Przyjaciel, wieczność staje się przestrzenią tęsknoty, a codzienność jest jak przykra konieczność. Zatem: do rychłego zobaczenia! (Jeśli takie będzie błogosławieństwo Boże – dodałby o. Sosna). Wiecznaja Tobie Pamiat’!

Grzegorz Jacek Pelica

O kapłańskiej służbie, naukowej pracy, publicystyce, napisanych, zredagowanych książkach o. Grzegorza Sosny można i należałoby to uczynić, napisać osobną książkę. Był synem prawosławnego, białoruskiego ludu i wszystko co w życiu robił służyło jednemu – utwierdzeniu tego ludu w wierze swoich ojców, utwierdzeniu poczucia godności, z której wynika szacunek do ojczystej mowy, ziemi i tradycji.
Ojciec Grzegorz był z pierwszego pokolenia, które dorastając w powojennej socjalistycznej Polsce otrzymało szanse społecznego awansu, a dokładniej wyrwania się z „białoruskiej hołoty”, z zamkniętego dla rodziców, żyjących w międzywojennej Polsce, kręgu biedy. Tę szansę stwarzała edukacja. – Uczcie się, to będziecie ludźmi – takie przesłanie, również ja – urodziłem się w Orli, do której o. Grzegorz 10 lat wcześniej chodził do szkoły – słyszałem często od moich rodziców. Pójście „w ludzi”, nauka w szkole średniej a następnie studia wymuszały określenie się wobec ówczesnej politycznej rzeczywistości, a ta szczególnie w czasach stalinowskich wobec Cerkwi była jednoznacznie wroga. To pierwsze, ojca Grzegorza, pokolenie, choćby z formalnym zaakceptowaniem tej rzeczywistości nie miało większego problemu. Zbyt żywe było doświadczenie Polski międzywojennej z jej represyjną wobec mniejszości polityką, zbyt świeże rany zadane przez polskie podziemie – wioskę Szernie, gdzie urodził się o. Grzegorz, od spacyfikowanych 29 stycznia 1946 roku przez „Burego” Zaleszan dzieliło kilka kilometrów – by do nowego ustroju mieć większe zastrzeżenia. Włączenie się w odbudowę zrujnowanego wojną kraju, wstąpienie do Związku Młodzieży Wiejskiej, a później Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej lub Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, które obiecywały zbudowanie sprawiedliwej, wolnej od wyzysku, Polski – taką drogą wybierały setki tysięcy młodych Polaków w powojennych czasach. Dla chłopskich dzieci z prawosławnych wiosek ten wybór wydawał się naturalny. Ale ten wybór oznaczał wyrzeczenie się, a przynajmniej zakonspirowanie, swojej wiary. I duża część naszej, z pierwszego pokolenia, inteligencji dystansowała się wobec Cerkwi. Ochrzcić dziecko – tak, wziąć w cerkwi, najlepiej bez rozgłosu, ślub – tak, jeszcze dwa razy – na Boże Narodzenie i Wielkanoc pójść do Cerkwi, do tego ograniczał się udział w życiu cerkiewnym „robiących” kariery w mieście naszych ludiej.

Tylko starsi, pamiętający tamte czasy, mogą docenić determinację tych, którzy jak o. Grzegorz decydowali się wstąpić do seminarium, przyjąć święcenia, służyć Bogu i ludziom. Ich zasługą jest nie tylko zachowanie sieci parafii na Białostocczyźnie, ale otoczenie duszpasterską opieką tych, którzy w wyniku Akcji Wisła utracili swoje domy i ojczystą ziemię. I oni, młodzi, często przed ukończeniem dwudziestego roku życia jechali w Bieszczady i na „wyczyszczoną” z prawosławnych Chełmszczyznę, by z gromadką, ciężko doświadczonych ludzi odradzać cerkiewne życie. Ich ofiarna służba, pokora i szacunek wobec tych ludzi, wobec ich, często odmiennej cerkiewnej tradycji i zwyczajów sprawiały, że tam gdzie prawosławia miało nie być ono istnieje. Także o. Grzegorz, służąc najpierw w Kalnikowie koło Przemyśla, a następnie w Kodniu, do ocalenia prawosławia na tych ziemiach wniósł swój wkład.

Batiuszkę Grzegorza poznałem na początku lat 80. Gdy w 1983 roku powiedziałem mu, że czynię starania o utworzenie redakcji prawosławnego pisma, był zachwycony, ale nie krył też obaw. Uważał, że władze nie pozwolą na tego rodzaju aktywność ludzi świeckich. Ukazanie się Tygodnika Podlaskiego – taki tytuł nosił wówczas Przegląd, gdyż słowo „Prawosławny” nie mogło być użyte – o. Grzegorz przyjął z entuzjazmem i od pierwszego numeru był naszej redakcji przyjacielem i życzliwym recenzentem. Jako jedyny w redakcji dysponowałem samochodem i do 2001 roku, po wydrukowaniu, rozwoziłem Przegląd po parafiach. Każda wizyta w Rybołach połączona była z obowiązkową herbatą, w czasie której, z aktywnym udziałem matuszki Antoniny, omawialiśmy treści z poprzedniego i plany do następnego numeru. Ale nie tylko dobrym słowem wspierał nas o. Grzegorz. Na dziesięciolecie redakcji sprezentował nam bibliografię naszego miesięcznika.

„Dzięki ks. Sośnie” – napisał we wstępie ks. Henryk Paprocki „pustynia bibliograficzna” polskiego prawosławia powoli przekształca się w jeden z najlepiej udokumentowanych obszarów polskiej historii”.

Trudno jest przecenić znaczenie prac o. Grzegorza i matuszki Antoniny, ale na jeden dział ich trudu chciałbym zwrócić szczególną uwagę. Chodzi o udokumentowanie posiadanych, a odebranych Cerkwi, własności ziemskich.

Gdy szczęśliwie udało się przeforsować uchwalenie przez Sejm w 2001 roku ustawy o stosunku państwa do naszej Cerkwi, wielu proboszczów zwracało się do mnie z pytaniem, jak mają postąpić, gdy w ich parafialnych archiwach nie ma dokumentów potwierdzających posiadanie przez parafię ziemi. Wszystkich odsyłałem do Ryboł.

Do Ryboł pojechałem i ja 9 stycznia na pogrzeb batiuszki. Pożegnać go przyszli jego parafianie, ale przyjechało też wielu, których łączy troska o to czym żył i czemu służył o. Grzegorz, troska o wiarę, ziemię, język, tradycje ludu, z którego i on my wyszliśmy.
Wiecznaja Jemu Pamiat’.

Euegniusz Czykwin

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Dorota Wysocka
fot. archiwum rodzinne
o. Grzegorza Sosny
Anna Radziukiewicz
Grzegorz Jacek Pelica




Opinie

[1] 2016-02-16 04:11:00 Slawomir
18 lipca 1965 roku O. Grzegorz Sosna wienczal moich rodzicow w parafi Sw.Piotra i Pawla w Siemiatyczach . Nastepnego roku bylem tam ochrzczony przez O.Grzegorza .W latach 1973-1977 uczeszczalem do szkoly podstawowej w Bacikach Srednich gdzie O.Grzegorz przyjezdzal uczyc mnie religii . Wracajac wspomnieniami do tamtych lat pamietam jak juz wtedy darzylem O. Grzegorza wielka sympatia za jego dobroc , zrozumienie i latwosc przekazewania wiedzy ktorej efekty uzywam do dzisiaj . Pamietam z jakim smutkiem przezywalismy odejscie O. Grzegorza z Siemiatycz do nowej parafi w Rybolach . Wkraczajac w dorosle zycie zamieszkalem w Bialymstoku ale czesto wracalem do rodzinnego domu w Romanowce i wtedy po drodze w miare mozliwosci staralem sie odwiedzac O. Grzegorza .Zawsze bylem serdecznie przyjmowany . Matuszka Antonina zawsze miala cos pod reka zeby ugoscic , zrobic cherbate , z O. Grzegorzem porozmawialismy o wierze , o zyciu , tych lepszych jak i gorszych jego
stronach ,moze nasze rozmowy nie byle jakies dlugie , spesyficznie ukierunkowane ale zawsze czegos mnie uczyly , zawsze czulem sie naladowany pozytywna energia , cieplem .I mimo tego ze juz 26 lat temu wyjechalem za granice to podczas moich krotkich , wakacyjnych powrotow do Polski nadal staralem sie regularnie odwiedzac O. Grzegorza . I tak wlasnie bylo 6 sierpnia ubieglego roku . Wlasnie w dniu odwiedzin O. Grzegorz wrocil ze szpitala , nie dal po sobie poznac ze ma jakies problemy zdrowotne , dla niego chyba w tym momencie ne bylo to najwarzniejsze , jak zawsze byl zadowolony z naszego spotkania i nawet przy porzegnaniu przez mysl mi nie przyszlo ze moge juz wiecej Jego nie zobaczyc , poprostu porzegnalismy sie do przyszlego roku .Jakiz wiec zal przeszyl moje serce gdy w dniu wigili dowiedzialem sie o jego smierci . Moge powiedziec ze z O. Grzegorzem bylem od mego urodzenia , i mam zal sam do siebie ze nie moglem byc z nim w ostatniej jego drodze , teraz zostala juz tylko modlitwa za jego dusze . Odszedl jeden z najspanialszych ludzi .
WIECZNAJA PAMJAT .
Slawomir B.

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token