Numer 2(368)    Luty 2016Numer 2(368)    Luty 2016
fot.Anna Radziukiewicz
Prowadzić za sobą naród
Anna Radziukiewicz
Anna Radziukiewicz: – Do Kurska przyszedł Ojciec z Moskwy, ze Stretieńskiego Monasteru. Czy może Ojciec określić, skąd taki sukces wydawniczy książki archimandryty Stretieńskiego Monasteru, dziś już władyki, Tichona (Szewkunowa) „Nieświęci święci”?
Hieromnich Symeon: – O przyczyny sukcesu należy pytać autora. Trzeba jednak powiedzieć, że takie nakłady, jakie osiągnęła książka „Nieświęci święci”, czyli ponad milion egzemplarzy, nie są typowe. Nie osiągają ich nawet świeckie wydawnictwa. Po tym wydaniu pojawiło się jeszcze kilka książek pisanych w podobnym duchu, też wyszły w dużych nakładach – kilkuset tysięcy egzemplarzy, ale „Nieświęci święci” były jednak lokomotywą, jakimś nadzwyczajnym zjawiskiem. A takie ciągną za sobą cały ogon epigonów. Imitowano nie tylko treść, ale nawet okładkę, sposób łamania książki, jakby jej kopie robiono. To już były komercyjne działania. Ale w ten sposób naruszono stereotyp, który dotychczas utwierdzał, że temat życia duchowego, religijności jest zupełnie nieinteresujący dla szerokiego odbiorcy. Ta książka pokazała coś przeciwnego. Że w człowieku drzemie pragnienie przeżywania czegoś duchowego, niezwyczajnego, szczególnie drzemie w ruskim człowieku. A nam duchownym to zjawisko uświadomiło ogrom pracy, jaki stoi przed pasterzami, przed Cerkwią. Pokazało, że ludzi pragnących dobrego przewodnika po życiu duchowym jest ogromna liczba, a my nie możemy im dać duchowej strawy na takim poziomie i w takiej ilości, jakiej potrzebują.
 
– Pracował Ojciec w wydawnictwie Stretieńskiego Monasteru.
– Od roku już nie pracuję. Związałem się z kurskim seminarium. Wydawnictwo powstało w połowie lat 90. minionego wieku. Rozwój wydawnictwa to w zasadniczej mierze zasługa władyki Tichona. Dał mu impuls, wyznaczył kierunek pracy. Co jest ważne w wydawniczej sprawie? Nie tylko proponowanie dobrej książki, ale i zorganizowanie gęstego systemu ich sprzedaży, trafiając także do dużych sieci handlowych. Wiemy, że dziś wydawnicze sprawy są w najlepszym przypadku mało rentowne, a często przynoszą i straty. Dlatego bez dobrych kanałów rozpowszechniania niemożliwe jest utrzymanie się z wydawnictwa. W Stretieńskim Monasterze tworzono cały system kanałów rozpowszechniania i nie przez rok-dwa, a przez dziesięciolecia.

– Stretieński Monaster ma ponad 600-letnią historię.
– Ale nie jest historycznie tak ważny jak Doński, Nowodziewiczyj, czy tym bardziej Troice-Siergijewska Ławra, która jawi się symbolem Rosji. Mieliśmy też, jak niemal wszystkie monastery w Rosji, przerwę w swoim życiu w okresie komunistycznym.

– Pozostając w cieniu Łubianki?
– Będąc w oku tego cyklonu. Łubianka to cała dzielnica państwowego wydziału bezpieczeństwa. Wydział wchłonął cały monaster. Instytucja ta rozpełzła się nawet po monasterskich piwnicach. Dlatego w tym monasterze jest budowana cerkiew nowych męczenników i wyznawców. Jest to miejsce, w którym ludzie rzeczywiście niezwykle wycierpieli za swoją wiarę.

– Wyszedł Ojciec z monasteru i poszedł do seminarium.
– Nie całkowicie. Kurskie seminarium duchowne niezwykle przypomina monaster. Szkoła znajduje się na terenie zamkniętym. Wokół las. Własna cerkiew. Na tym terenie żyją również mnisi wykładowcy, wśród nich prorektor do spraw wychowawczych, duchownik studentów, też wykładowca. Jest tu cicho i ujediniono. I choć znajdujemy się w granicach miasta, jesteśmy oddaleni od centrów życia i rozrywki. To idealne miejsce dla seminarium. Wielu twierdzi, że najbardziej udane w całej rosyjskiej Cerkwi. Spadł śnieg i wszystko jest jak w bajce – wiewiórki biegają, ptaki latają. Dla seminarzystów to przepiękne miejsce. Mogą skupić się i na pracy, i na modlitwie.

– Czy mógłby Ojciec porównać lata 90. minionego wieku z obecnymi w rosyjskiej Cerkwi?
– W tamtych latach wybuchła jakaś ogromna euforia. Ludzie wiązali z Cerkwią duże oczekiwania. Wielu chciało służyć jako duchowni. Otwierano nowe cerkwie. Teraz nastąpiło wyhamowanie tego procesu, co jest także związane z niżem demograficznym – w latach 90. rodziło się bardzo mało dzieci. Ale w tym zjawisku widzę i pozytywne strony. Kiedyś duchowni przechodzili szybki kurs teologii, cerkiewnego ustawu. Z tymi ludźmi bywają dziś problemy. Dlatego jestem zwolennikiem gruntownego przygotowania przyszłych duchownych do misji. U nas w kurskim seminarium są wyższe wymagania niż w przeciętnym uniwersytecie. Mamy dużo zajęć. Są obowiązkowe. Panuje surowa dyscyplina. Bywa, że niektórzy nie wytrzymują i przychodzi się nam z nimi rozstać. Ale nie chcemy kształcić ludzi przypadkowych. Wybór każdego z seminarzystów musi być drogo okupiony, żeby do końca zrozumiał, na co się decyduje. Żeby potrafił służyć i w dużym mieście, i w siole, w którym o wszystkich wygodach powinien zapomnieć, gdzie i przeżyć trudno. Żeby był gotów na wszystko, sprostał wszystkim oczekiwaniom. Musi być przy tym dobrze wykształcony, uważny i kulturalny.

– To ideał.
– Tak. Życie wnosi korekty. Bywa, że dochodzi do tragedii. Wydaje się, że ktoś jest świetnie przygotowany do służby pasterskiej, tymczasem dochodzi u niego do załamania się i psychicznego, i duchowego i porzucenia ścieżki duchownego. Ale bywa i odwrotnie. Zapowiada się słaby duchowny, ale środowisko tak pomaga mu wzrastać, że staje się wspaniałym pasterzem. Z tego wynika, że nie wszystko da się racjonalnie rozłożyć na półeczkach: gotów, nie gotów. Nie możemy wszystkiego przewidzieć. Ale możemy stworzyć twórczą atmosferę do wychowywania dobrych duchownych.

– Zapraszacie do waszego seminarium wykładowców z zewnątrz?
– Zapraszamy znakomitych ludzi. Niedawno był u nas archimandryta Gabriel Bunge.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

fot. Anna Radziukiewicz


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token