Numer 2(368)    Luty 2016Numer 2(368)    Luty 2016
fot.Anna Radziukiewicz
Bo w głowie będą mieli zamęt
Anna Radziukiewicz
List jest smutny. Podpisało go dziewiętnaście osób z naukowymi tytułami, ale też i pozycjami, wymagającymi społecznego szacunku – senator, dyrektor, redaktor naczelny. Mieszkają w Białej Podlaskiej, Warszawie, Lublinie, Siedlcach, Radzyniu Podlaskim, Międzyrzecu Podlaskim – jakby chcieli powiedzieć: cała ściana wschodnia, włącznie ze stolicą, myśli tak samo.

A ja myślę inaczej. I sądzę, że dziesiątki tysięcy ludzi z tego regionu myśli inaczej.

W autorach listu wątpliwości budzi pochodzenie ikon, że są z przemytu, że przejęli je pograniczni strażnicy w Terespolu. Więc są skalane? Nie można ich pokazywać światu? Cóż za argument! Czyżby sygnatariusze listu nie wiedzieli, że kradzież dzieł sztuki, w tym ikon, jest zaliczana do kategorii międzynarodowej przestępczości o największej skali. Że teraz na liście skradzionych dzieł sztuki znajduje się około stu tysięcy obiektów – płócien, rzeźb, porcelany, sreber. Wśród nich znajdziemy tak wybitne dzieła jak „Boże Narodzenie” Caravaggia (skradzione w 1969), o wartości 20 milionów dolarów – chyba pozostaje w rękach sycylijskiej mafii. Są skrzypce Stradivariusa (1995, wartość 3 miliony dolarów), obraz Cezanne’a „Widok Auvers sur-Oise (1999) i tego samego autora „Chłopiec w czerwonej kamizelce” (2008).

Gdyby te dzieła sztuki zostały odzyskane i doradcami światowych muzealników byłaby grupa sygnatariuszy listu z Białej Podlaskiej, te dzieła byłyby stracone na zawsze. Nie można już by było ich pokazywać. Bo skalane kradzieżą. W ten sposób autorzy listu zamknęliby mnóstwo muzeów świata, przede wszystkim zachodnich. Do nich bowiem wiele eksponatów trafiło drogą nielegalną. Każda wyprawa wojenna oznaczała nie tylko zabijanie, ale i grabienie. Dowódcy dawali czas żołnierzom na grabienie zdobytego miasta. To była zapłata za wyprawę.

Tak uczestnicy ośmiu krucjat odzierali z dzieł sztuki Konstantynopol, Antiochię, Damaszek, Jerozolimę, Zadar. Gdy armia Napoleona wracała z Moskwy w 1812 roku, żołnierze miast żywności, która by im życie wydłużyła, ciągnęli wojenne łupy, w tym cenne dzieła sztuki. To zdaniem wielu historyków gubiło ich, bo koni już było mało, więc nieśli to na własnych plecach, wycieńczeni i głodni. Ale takie jest życie. Takie są losy dzieł sztuki. Nie tylko wiszą one spokojne, strzeżone i nieskalane w muzeach. Mają i drugie życie.

Jedne z najwspanialszych zbiorów zawiera Muzeum Bizantyńskie w Nikozji na Cyprze. Oglądam z dyrektorem placówki zbiory i dowiaduję się o kryminalnych historiach w jakich uczestniczyły ikony i mozaiki, kradzione i wydzierane z cerkwi północnego Cypru, okupowanej przez Turków, sprzedawane potem na zachodzie Europy i w Stanach Zjednoczonej. Nieliczne wróciły, odkupione za ogromne pieniądze. Są pokazywane w muzeum. Nikt ich nie uważa za skalane.

W niedalekim od Białej Podlaskiej monasterze w Jabłecznej też skradziono w latach dziewięćdziesiątych minionego wieku dwie najcenniejsze ikony, świętego Onufrego i Bogarodzicy. Odzyskano je. Wróciły. Lud modli się przed nimi nadal, bo świętość od nich nie odeszła. Tylko grzech pozostał przy złodziejach.

Anna Radziukiewicz

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token