Numer 3(369)    Marzec 2016Numer 3(369)    Marzec 2016
fot.
Gdy skończyła się wojna
wysłuchała Ałła Matreńczyk
Zgodnie z pierwotnymi planami dowództwa radzieckiego i Stalina wschodnia Białostocczyzna po II wojnie światowej miała znaleźć się w granicach ZSRR. Dlatego podczas okupacji niemieckiej nie tworzono tutaj, w przeciwieństwie do innych części Polski, struktur ludowego państwa polskiego, a tuż po wyzwoleniu, 26 lipca 1944 roku, pojawiła się administracja i szkolnictwo radzieckie, na ulicach rosyjskie szyldy i napisy. Dopiero pod koniec miesiąca zapadła ostateczna decyzja o przynależności Białostocczyzny do Polski. Z Lublina do Białegostoku przysłano wówczas 31 oficerów i podoficerów WP, którzy mieli objąć tu kierownicze funkcje. Byli oni tak zaskoczeni obecnością radzieckiej administracji i wyglądem miasta, że w pisemnym raporcie upewniali się, czy dobrze trafili.

Ludowe państwo polskie w nowych, przesuniętych na zachód, granicach miało być państwem jednorodnym etnicznie, co nowe władze, pomne dużych problemów z mniejszościami w II RP, przyjmowały z ulgą. Co prawda tuż po zakończeniu wojny w Polsce zamieszkiwało około 3,5 mln osób należących do mniejszości narodowych (najwięcej Niemców, ale też np. 750 tys. Ukraińców), ale już we wrześniu 1944 roku postanowiono, że mniejszość niemiecka zostanie przesiedlona na zachód, a ukraińska, białoruska i litewska do ZSRR.

Umowy, dotyczące przesiedlenia Ukraińców i Białorusinów, o bardzo podobnej treści, podkreślały dobrowolność przesiedlenia, ale w przypadku Ukraińców takiej dobrowolności z pewnością nie było.

Złożyły się na to dramatyczne wydarzenia z lat wojny i tuż po wojnie z rzeziami w Galicji, na Wołyniu i Chełmszczyźnie włącznie.

Dlatego niemal w każdym raporcie władz wszystkich szczebli, od wójta do premiera, powtarzał się ten sam postulat – Ukraińców ma w Polsce nie być. Tego samego zdania było też przeciwne nowej socjalistycznej władzy podziemie. Postulat ten w znacznym stopniu zrealizowano – z 750 tys. Ukraińców, którzy pozostali w nowych granicach Polski, 600 tys. wysiedlono do ZSRR, pozostałe 150 tys. w ramach Akcji Wisła w 1947 roku przesiedlono na Ziemie Odzyskane.

W przypadku Białorusinów było inaczej. Chociaż i na Białostocczyźnie nie brakowało dramatycznych wydarzeń na styku polsko-białoruskim, nie przybrały one aż tak tragicznych rozmiarów. Dlatego też zarówno stanowisko władz, jak i podziemia nie było wobec ich obecności aż tak negatywne.

I chociaż przedstawiciele służb repatriacyjnych ZSRR usilnie namawiali do wyjazdu na wschód, miejscowi Białorusini odnieśli się do tej agitacji bez entuzjazmu. Złożyło się na to szereg przyczyn. Po pierwsze, propozycja porzucenia własnej ziemi była dla nich nie do przyjęcia. Po drugie, wciąż żywi byli świadkowie bieżeństwa, którzy po wybuchu rewolucji i wojny domowej w Rosji doświadczyli tam wielu nieszczęść. I po trzecie, Białorusini mieli już za sobą dwuletni okres władzy radzieckiej (1939-1941), który nie najlepiej zapisał się w ich pamięci. I nawet ci, którzy nie zaznali od niej żadnej przykrości, dostrzegali co najmniej jej skrajne dziwactwo. Tylko niewiele osób dało się zwieść namowom radzieckich komisarzy.
Ale o rozmiarach polsko-białoruskiego procesu repatriacyjnego zadecydowały czynniki zewnętrzne.

Nowe władze ludowe we wszystkich raportach podkreślały, że Białorusini, którzy nie formułują żadnych żądań, im nie przeszkadzają, tym bardziej, że często określają siebie jako prawosławnych Polaków, a skoro uważają się za Polaków, nie sposób zmusić ich do przesiedleń.

Znacznie ważniejsze było to, że nowe władze szybko spostrzegły, że Białorusini je wspierają. Gdy na Białostocczyźnie tworzono ośrodki władzy ludowej, Białorusini chętnie skorzystali z tej oferty. Stanowili więc np. 83 proc. członków partii (220 osób) w powiecie bielskim. I choć w skali kraju był to ułamek procenta, nie da się zaprzeczyć, że osoby te wywodziły się ze środowisk prawosławnych. Kim były?

Z ankiet funkcjonariuszy milicji, funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa, przedstawicieli aparatu partyjnego wynika, że byli to ludzie młodzi, w wieku od 17 do 23 lat, którym imponował fakt posiadania jakiejkolwiek władzy.

Niewątpliwie decydującym czynnikiem, który przesądził o tym, że ludność prawosławna pozostała na Białostocczyźnie, było stanowisko władzy radzieckiej.

Latem 1944 roku, gdy front się zatrzymał, wszystkie domy z obszaru planowanego przesiedlenia odwiedzili oficerowi i podoficerowie Armii Czerwonej. Według ich sprawozdań na obszarze tym mieszkało 147 tys. prawosławnych, czyli taką liczbę osób potencjalnie można było przesiedlić do ZSRR. Jednocześnie podobną „inwentaryzację” przeprowadzono wśród mieszkańców Białorusi – okazało się, że mieszka tam około 550 tys. katolików.

Jeżeli doszłoby do wymiany ludności oznaczałoby to dla ZSRR utratę około 400 tys. ludzi. A Białoruś podczas wojny straciła około 2 mln mieszkańców, była zniszczona i potrzebowała rąk do pracy. W 1945 roku w Moskwie zapadła decyzja o niezachęcaniu do polsko-białoruskiej repatriacji. Wtedy też na Białorusi intensywnie zaczęto przekonywać miejscowych katolików, że nie są Polakami lecz Białorusinami.

Ilu prawosławnych wyjechało z Białostocczyzny? Około 35 tys. osób, najwięcej z powiatu sokólskiego (12 tys.), gdzie było najmniej prawosławnych. Tam też odnotowano najwięcej przypadków konfliktów o podłożu religijno-etnicznym, zakończonych największą liczbą zabójstw. Stamtąd po prostu prawosławni w obawie o swoje życie uciekali. Następne 10 tys. osób wyjechało z powiatu białostockiego i kolejne tyle z powiatu bielskiego, głównie z terenów położonych w bezpośrednim sąsiedztwie gmin zamieszkałych przez ludność katolicką, tam gdzie najwięcej było ofiar zabójstw na tle etnicznym.

Jak Białorusini odnosili się do nowej władzy?

Pozytywnie. W pierwszym rzędzie ta lojalność wynikała, czego świadome były same władze, z chęci pozostania na swojej ziemi. Nie bez znaczenia była też oferta pracy i  awansu, zaproponowana przez nowy ustrój, która była jedyną alternatywą dla pozostania na zawsze na przeludnionej wsi. Dzięki tej ofercie można było przenieść się do miasta, a więc uniknąć władzy ojca, znaleźć się poza opinią środowiska wiejskiego, co dla młodych ludzi było także atrakcyjne.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)


wysłuchała Ałła Matreńczyk
fot. Jarosław Iwaniuk


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token