Numer 3(369)    Marzec 2016Numer 3(369)    Marzec 2016
fot.
Dokąd zmierzamy?
Marek Cybart
Czytałem niegdyś opis życia religijnego prostego ludu ruskiego w XIX stuleciu. Szczególnie zapamiętałem nie opisy świętowania Paschy czy Bożego Narodzenia, ale coniedzielną praktykę uczęszczania do cerkwi całymi rodzinami. I starzy, i najmłodsi stawali w dzień świąteczny w swoim chramie Bożym, by uczestniczyć w Liturgii. Do cerkwi szli na czczo, posiłek jedzono dopiero po powrocie ze świątyni. Ci, którzy z przyczyn zdrowotnych albo gospodarskich musieli zostać w domu, też niczego nie jedli aż do czasu przewidywanego zakończenia Liturgii. Dopiero wtedy rozpalano w piecach, tylko wtedy wolno było otworzyć karczmy.

W cerkwi ludzie stali spokojnie, godnie, dzieci przy rodzicach, a gdy jakieś zaczynało płakać, matka wychodziła z nim ze świątyni na czas potrzebny do ucieszenia dziecka.

I nikt nie miał z tego powodu poczucia krzywdy, nie narzekał na głód czy długotrwałość służby. Ludzie szli do cerkwi do Boga i dla Boga.

W samej świątyni też panowały nieco inne zwyczaje. Przede wszystkim rzadko gdzie był wyspecjalizowany chór, trudne do zapamiętania zmienne części nabożeństwa śpiewał diak, natomiast wszystkie pozostałe śpiewali obecni w cerkwi parafianie, aktywnie uczestnicząc w ten sposób w służbie i ucząc się na pamięć przepięknych modlitw liturgicznych.

Słyszałem, że podobny sposób uczestniczenia w nabożeństwie zachował się u Łemków, ale na pewno nie wiem, bo nigdy na ich terenach nie byłem. Szkoda, że tylko tam, bo i na Białostocczyźnie są cerkwie (przykłady znam, ale nie wymienię, bo chodzi o problem, a nie o krytykę konkretnych wspólnot parafialnych), gdzie chór ryczy jak stado baranów i z pewnością piękniej by wszystko brzmiało, gdyby śpiewała cała cerkiew.

Może warto wrócić gdzieniegdzie do tej mądrej tradycji?

O tym, że kobiety nie malowały ust, nakrywały głowy i dbały o godne odzienie nie wspomnę, bo to jeszcze gdzieniegdzie jest wiadome i dzięki staraniom bractwa młodzieżowego zwyczaj ten nie zanika. Tym samym nie było niegdyś wykładania chusteczek czy szmatek do wycierania ikon po każdym całowaniu (nowa czynność paraliturgiczna?), bo po prostu nikt ich nie mazał szminką jak dzisiaj.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Marek Cybart

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token