Numer 4(370)    kwiecień 2016Numer 4(370)    kwiecień 2016
fot.Anna Radziukiewicz
Nie ma zgody na Bałkanach
Anna Radziukiewicz
Lądujemy w porcie lotniczym stolicy Macedonii, w Skopje. Wita nas ogromy napis: Port Aleksandra Wielkiego, w domyśle Macedońskiego. Jedziemy główną autostradą kraju. Nosi imię Aleksandra Macedońskiego. Idziemy po starym mieście Skopje, podniesionym z gruzów po wielkim trzęsieniu ziemi w 1963 roku. Tam gdzie otwiera się panorama na serce miasta, rzekę Wardar, średniowieczną twierdzę, stoi potężny monument, zwieńczony rzeźbą Aleksandra Macedońskiego na koniu. Grecy rzeźbę nazywają „jeźdźcem na koniu”. Kilkaset metrów dalej kolejny monument. Przedstawia Filipa II, ojca Aleksandra Wielkiego. Znajdującą się na uboczu greckiego świata Macedonię, krainę otaczającą Saloniki, wywindował Filip II do roli dominującej nad całą Grecją, oprócz Sparty. A jego syn uczynił Grecję najpotężniejszym ówczesnym państwem w świecie, podbijając Imperium Perskie i docierając do Indii. Fakt, na krótko, ale wiekopomnie. Działo się to w czwartym wieku przed Chrystusem. Malutki kraj, wciśnięty między Grecję na południu, Bułgarię na wschodzie, Serbię i Kosowo na północy i Albanię na zachodzie, o powierzchni ze dwanaście razy mniejszej od Polski, z dwoma milionami mieszkańców, z którego w ciągu ostatnich dziesięciu lat wyjechało około 600 tysięcy ludzi, pręży muskuły i niczym dziecko wciskane w dorosłość, szuka dziedzictwa i korzeni. Próbuje je odnaleźć w starożytnej Macedonii. – Jesteście Słowianami – rzucają oburzeni Grecy w stronę swoich północnych sąsiadów, a starożytni Macedończycy rozmawiali po grecku, zanim nie najechały ich, wtedy uważane za barbarzyńskie, ludy słowiańskie. Więc Grecy bojkotują nawet produkty, wytwarzane u swoich sąsiadów, które mają w swej nazwie „macedoński”. Także utrudniają Macedonii starania o członkowstwo w Unii Europejskiej i NATO. Na forum ONZ przyjęto oficjalną nazwę kraju, która po angielsku brzmi Former Yugoslav Republic of Macedonia (FYROM), czyli Była Jugosłowiańska Republika Macedonii. To owoc kompromisu wobec protestów Greków.

Co z pozostałymi sąsiadami? Wielu Bułgarów twierdzi, że w Macedonii żyje bułgarski naród. A już Ochryda to oczywiście stare bułgarskie miasto.

Kosowo zaś to problem muzułmańskiego ekstremizmu, stojącego u wrót Macedonii. A wespół z Albanią to jak miecz, który zawisł nad Macedonią, grożąc utworzeniem Wielkiej Albanii, czyli wchłonięciem zachodniej części państwa do Albanii. Kiedy jedzie się ze Skopje do Ochrydy, czyli przemierza zachodnią część państwa, mija się wiele wsi i miasteczek. Bywa, że w jednej miejscowości strzelają w górę minarety trzech meczetów i żadnej cerkwi nie dostrzeżesz, jakby muzułmanie znaczyli – to nasza ziemia. Dowiadujesz się też, ze wiele z nich powstało lub zostało odremontowanych za pieniądze Arabii Saudyjskiej. I że Arabia Saudyjska finansuje działalność niepaństwowych organizacji w Macedonii. Te wypłacają muzułmankom pieniądze, równowartość miesięcznych poborów, za noszenie tradycyjnego stroju arabskiego – długich spódnic, chust, za rodzenie dzieci i wychowywanie ich w muzułmańskim duchu. W ten sposób Arabia Saudyjska upowszechnia wśród macedońskich muzułmanów swoją, w ocenie wielu, skrajną wersję islamu. Przemierzam ziemię, na której w pierwszej dekadzie po uzyskaniu niepodległości było spokojnie. Ale już w 2000 roku macedońscy Albańczycy zaczęli domagać się poszerzenia swoich praw, by w lutym 2001 roku zorganizować powstanie. Albańskie oddziały, jako Narodowa Armia Wyzwolenia, zajęły sporą połać kraju i zaatakowały siły rządowe.

– Nie mamy problemu z naszymi Albańczykami – słyszę w Macedonii. – Z nimi nauczyliśmy się żyć w pokoju. Ale przez naszą granicę przenikają muzułmańscy ekstremiści z Kosowa. To uzbrojone struktury, siejące niepokój, podżegające nienawiść, podobnie jak w Serbii. A my zamiast wejść w sojusz z Serbami, rozwiązując wspólny problem, zerwaliśmy z Serbią związki. Do tego doszły napięcia z Serbami na linii cerkiewnej.

13 sierpnia 2001 roku, po albańskim konflikcie, podpisano porozumienie ochrydzkie. Spotkany taksówkarz-historyk mówi: – Przyjęliśmy warunki, jakie dyktowały nam Stany Zjednoczone. Znacznie poszerzyliśmy prawa albańskiej mniejszości. Teraz Albańczycy, tu niemal pokrywający się z muzułmanami, stanowią co najmniej 25 proc. mieszkańców Macedonii. Ale muzułmanki rodzą częściej.

Wiezie nas inny taksówkarz. W jego wychudzonej twarzy wydatne pozostały tylko oczy i nos. Jest Albańczykiem. W domu rozmawia po albańsku. Ma 63 lata i szesnaścioro wnuków. Muzułmanie bardziej trzymają się wsi i miasteczek, chrześcijanie miast. Wszystkie miasta świata nie sprzyjają dużym rodzinom. Za siedemdziesiąt lat, mówią oficjalne prognozy, Albańczyków będzie więcej niż Macedończyków.

– Będzie drugie Kosowo? – pytamy Dimitria z Ochrydy. – Chyba nie będzie – odpowiada, bo młodzi Albańczycy, tak samo jak i prawosławni Macedończycy, wyjadą do zachodnioeuropejskich krajów do pracy. Syn i córka Dimitria studiują na uniwersytecie medycznym w Bitoli i już wiedzą, że będą pracować na Zachodzie. Bezrobocie w Macedonii sięgnęło 35 procent i należy do najwyższych w Europie.

Jaki problem ma Macedonia ze swoim północnym sąsiadem Serbią, z którą przez niemal pół powojennego wieku, do 1991 roku, pozostawała w jednym federacyjnym państwie – Federacyjnej Republice Jugosławii, utworzonej w 1944 roku, z którą ani wiara jej nie dzieliła, a i język w niewielkim stopniu? Niestety, wiara podzieliła. Stało się to na przełomie lat 50. i 60. Ale to głębszy problem.

Patrząc na Macedonię wielkości polskiego województwa, myślę – świat zwariował. Po co mu tak niedojrzałe i słabe państwowe twory? Po co rozbite lustro Jugosławii, która po drugiej wojnie spajała, z ekonomicznym sukcesem, większość narodów Bałkanów. Po co drobić Bałkany na samodzielne państwa, które w sumie mają tyle ludności co pół Polski – Serbia 9 milionów, Macedonia – 2, Albania – 3,5, Słowenia – 2, Chorwacja – 4, Bośnia i Hercegowina – 3,5. Jugosłowiańską federację tworzyło niegdyś sześć republik. Wszystkie się rozeszły we wzajemnych urazach, nieraz omywając wzajemnie ręce we krwi.

Wjeżdżamy do Skopje. Niebo drapią minarety. Dużo ich. Kolorowy handel wziął we władnie ulicę. – To dzielnica albańsko-muzułmańska – wyjaśnia o. Ivica z Macedonii, którego poznałam na konferencjach Fundacji Jedności Prawosławnych Narodów. – A tu ulokowała się amerykańska ambasada – dodaje, wskazując na duży kompleks budynków o piaskowym kolorze w muzułmańskiej dzielnicy, za wysokim ogrodzeniem, przypominającym więzienne. Budynki ambasady wbiły się na kilka pięter w głąb ziemi – uzupełnia o. Ivica – i nikt nie wie, do czego służą i przestrzeń ilu państw kontrolują.

Przeciw takiej lokalizacji amerykańskiej placówki protestowali archeolodzy. Bronili się przed jej posadowieniem na miejscu starożytnej twierdzy, przeciw niszczeniu zabytkowej struktury miasta. Nikt ich nie słuchał.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Anna Radziukiewicz
fot. autorka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token