Numer 4(370)    kwiecień 2016Numer 4(370)    kwiecień 2016
fot.Anna Radziukiewicz
Dwie Cerkwie
Anna Radziukiewicz
Władyka Jan w swojej książce wyjaśnia, komu zależało na oderwaniu prawosławnej wspólnoty Macedonii od macierzystej serbskiej Cerkwi. Proces zaczął się w końcu lat 50. XX wieku. Wtedy republika Macedonii wchodziła w skład federacyjnego państwa Jugosławii. Władze Jugosławii miały dwa cele wobec Cerkwi, oba polityczne. Degradować znaczenie serbskiej Cerkwi poprzez jej rozbijanie, tym samym osłabianie, i kontrolować poprzez Cerkiew swoją diasporę na Zachodzie. Wszędzie komuniści rozbijali Cerkiew – stwierdza władyka. Dlaczego mieliby ją wspierać w Jugosławii? W 1958 roku odbył się w Ochrydzie cerkiewny i narodowy sobór, w którym wzięło udział 220 delegatów duchownych i świeckich i ogłosił autonomiczną Macedońską Cerkiew Prawosławną. Arcybiskup Jan radę i jej postanowienia nazywa absolutnie nielegalnymi. Decyzję podejmowano pod dużym naciskiem władz Jugosławii. Potem postawiono krok dalej. W 1966 zwierzchnik (autonomicznej) MCP arcybiskup Dosyteusz II poprosił patriarchę serbskiej Cerkwi o nadanie autokefalii. Patriarcha odmówił. Wtedy MCP ogłasza w 1967 roku autokefalię jednostronnie, korzystając cały czas ze wsparcia władz państwowych. Tę decyzję serbska Cerkiew uznała za nieważną a MCP, według słów władyki Jana, nazwała schizmatycką religijną organizacją, przedtem prosząc swoich południowych sąsiadów o odrzucenie autokefalii.

Josif Broz-Tito nagradza metropolitę Dosyteusza medalem. Dosyteusz, przy którym doszło do rozłamu, odchodzi w 1981 roku, ale sytuacja w MCP nie zmienia się.

Macedonia 8 września 1991 roku otrzymuje niezależność. Jej władze państwowe w dalszym ciągu popierają autokefalię Cerkwi.

Do rozmów między Macedońską Cerkwią Prawosławną i Cerkwią serbską, przy pośrednictwie arcybiskupa Aten Chrystodolusa, doszło w 1998 roku. Rozmowy trwały do 2002 roku. I zdawało się, że zostały uwieńczone sukcesem. 5 maja podpisano porozumienie: MCP uzyska status Cerkwi autonomicznej i nazwę Arcybiskupstwo Ochrydzkie. Niestety, trzech władyków MCP wycofało swoje podpisy. Uczyniło to pod presją władz. Powstała nowa sytuacja. Hierarchowie serbskiej Cerkwi uznali, że najlepszym rozwiązaniem będzie zaproponowanie, by w Macedonii biskupi, duchowni, mnisi i wierni indywidualnie opowiedzieli się, w jakiej chcą pozostawać cerkiewnej strukturze. Niech każdy sam decyduje o dołączeniu się do kanonicznej serbskiej Cerkwi prawosławnej czy pozostaniu poza wspólnotą kanonicznego prawosława. Arcybiskup Jan uczynił właśnie ten krok. Przyłączył się do serbskiej Cerkwi. W styczniu 2004 roku został aresztowany „za podżeganie do narodowej i religijnej nienawiści i nietolerancji”. Osadzono go w więzieniu w Skopje. Siedział z ludźmi, którzy dopuścili się ciężkich przestępstw. Zwolniony w 2007 roku, trafiał tam jeszcze kilkakrotnie.

Jedziemy do Bitoli, miasta, które w starożytności nazywało się Heraklion, by potem nazwę wziąć od słowiańskiej obitieli, choć znane też było pod grecką jako Monastiri. Znajduje się w odległości niepełna stu kilometrów od Ochrydy, na dawnej trasie Via Egnatia. Tu mamy szukać arcybiskupa Jana. Ale nie dziewięćdziesięciotysięcznej Bitoli, tylko we wsi niedaleko miasta, w górach. Wieś nazywa się Kosa Tumba i wiedzie do niej ostro wznosząca się kręta, kamienista i wąska droga. Jest niedziela 28 lutego, godzina 7.30. W małej cerkiewce zaczyna się utrenija, potem Liturgia. Służy arcybiskup Jan. Cerkiew zapełniła się wiernymi, wśród nich są mniszki z monasteru Woskresieńskiego z Sankt Petersburga. Po Liturgii wierni pozdrawiają władykę Jana. Okazuje się, że trafiliśmy na jubileusz pięćdziesięciolecia urodzin hierarchy.
Matuszka z Petersburga już w małej salce spotkań – bo tu wszystko jest małe – czyta list adresowany do władyki: „Kiedy w pełnym odrzuceniu tego co ziemskie, staliście się obrońcą prawdy Bożej, Waszym udziałem stały się poważne doświadczenia. Trzeba było Wam przeżyć osobistą Golgotę, zamknięcie w więzieniu. Wasze listy pisane z więzienia stały się dla nas nowym apostolskim przesłaniem i wyrazem prawdziwej chrześcijańskiej wolności. Z radością wspominamy nasze wspólne modlitwy. Dzisiaj w Woskresieńskiej Obitieli Sankt Petersburga nasza mnisza rodzina zanosi gorące modlitwy do Boga o posłanie Wam sił duchownych i cielesnych i przełamanie raskołu w waszej Cerkwi”.

Mniszka wręcza jubilatowi bukiet kwiatów.

Metropolita Jan, ostatni raz zwolniony z więzienia w lutym 2015 roku, po licznych interwencjach, wyszedł stamtąd tak wycieńczony, że wymagał wielomiesięcznego leczenia. To zaoferowała klinika w Sankt Petersburgu. Władyką Janem opiekowały się w mieście nad Newą mniszki z monasteru Zmartwychwstania Pańskiego.

Po pozdrowieniach, władyka Jan zaprasza Eugeniusza Czykwina i mnie do swojego stołu.
– Z otrzymaniem przez Cerkiew w Macedonii autonomii nie byłoby żadnego problemu – wyjaśnia – tyle że raskolniki z uporem odmawiają jej przyjęcia. Chcą autokefalii. A autokefalii, ze względu na grzech raskołu, nie może im dać ani Cerkiew serbska, ani patriarcha Konstantynopola.
– Co na to władze polityczne? – pytamy.
– Teraz mamy wielki kryzys polityczny w państwie. Ale władze popierają raskolników. Ich nie interesuje kanoniczna Cerkiew. To duży problem. U nas i na Ukrainie.
– A ludzie? Jakie jest ich zdanie?
– Ludzie u nas są bardzo dobrzy, religijni, ale nie wocerkowleni. Oni nie wiedzą, nie mają świadomości, czym jest jedność Cerkwi. Raskoł trwa już tu długo, pół wieku. Ludzie chodzą do swoich cerkwi i większość z nich przyzwyczaiła się do takiej sytuacji.
– Trzeba więc liczyć na mądrość hierarchów.
– Cztery lata trwały rozmowy między macedońską i serbską Cerkwią. W 2002 roku archijereje obu Cerkwi podpisali porozumienie. Macedońscy zgodzili się na powrót do autonomii. To likwidowałoby raskoł. Ale kiedy państwowe władze dowiedziały się o efektach rozmów, zastopowały proces. Kilku macedońskich biskupów wycofało swe podpisy.
Władyka Jan urodził się w Bitoli. Studiował budownictwo w Skopje, ale będąc na ostatnim roku rozpoczął studia teologiczne w Belgradzie. Doktorat z teologii obronił w Salonikach.
– Po chirotonii powiedziałem, że moim podstawowym zadaniem w życiu będzie doprowadzenie do jedności Cerkwi. I za to mogę oddać życie – mówi nam. – Gdy rozmowy trwały, ciągle była nadzieja na jedność. Ale kiedy wiadomo było, że jedności nie będzie, przystąpiłem do patriarszej serbskiej Cerkwi. Tym, którzy to uczynili razem ze mną, serbski patriarcha dał w 2005 roku autonomię. Teraz mamy czterech biskupów w autonomicznej Cerkwi. Kiedy wróciłem z Rosji, gdzie byłem na leczeniu przez trzy miesiące, odczułem, że w kraju zrobiło się spokojniej.

Odchodzą parafianie, odjeżdżają goście – żadnych władz, prości ludzie. Władyka zaprasza siostry z Petersburga i nas, by pokazać swoje plany, bo budowli tu jeszcze niewiele – małe i ciasne. Wszystko uczepiło się skalistej góry i spogląda na kotlinę. Tylko plac spory, jak na górskie warunki.

– Tu stała cerkiew, tylko co wzniesiona – pokazuje. – Przyjechali ludzie, posłani przez władze i zburzyli cerkiew. Było to w roku 2004. To było straszne. Dlaczego? Bo nie posadowiono jej według planu zagospodarowania przestrzennego. Ale żaden budynek we wsi nie miał takiego planu. A tylko cerkiew zburzono. Chcemy tu zbudować monasterski kompleks. W jego środku stanie cerkiew. Ziemię kupiliśmy prywatnie, za osobiste pieniądze. Nasza Cerkiew nie ma bowiem osobowości prawnej. Władze jej nie zarejestrowały. Nie można więc otworzyć konta. Kiedy budujemy bez konta, władze mówią: – To pranie brudnych pieniędzy. I za to wsadzają do więzienia. Założyliśmy, że stanie tu duży monaster. A jak będzie? Nie wiem. Boża wola.

(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Anna Radziukiewicz
fot. autorka


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token