Numer 4(370)    kwiecień 2016Numer 4(370)    kwiecień 2016
fot.Anna Radziukiewicz
Ważność sakramentów
Tadeusz Wyszomirski
Ojciec Antoni Aniśkowicz został wyświęcony na kapłana w dosyć zaawansowanym wieku. Pochodził z Białorusi, przez jakiś czas przebywał w Mandżurii (Charbin i okolice), potem spędził sporo lat w Radzieckim Imperium. W końcu udało się! Jako reemigrant przyjechał do Polski, na Ziemie Odzyskane. Znalazł się na wymarzonym Zachodzie.

Teraz, po latach, już na emeryturze, mógł pomyśleć o spełnieniu swoich marzeń z dawnych lat. Zaangażowany był wtedy w Kościele katolickim, cały czas jednak pozostając świadomym Białorusinem.

Jako działacz katolicki postarał się o wyjazd do Wiecznego Miasta – stolicy zachodniego chrześcijaństwa, co w owych czasach (epoka Gomułki) nie było wcale łatwe.

Odczuwał silnie zew Wschodu. Łaciński ryt nie był dla niego. Jego słowiańska dusza potrzebowała zupełnie czegoś innego. Księża łudzili go stopniem stałego diakona, dlatego jako ekstern ukończył kurs seminaryjny. Dla niemłodego człowieka była to droga przez mękę. Okazał się ambitnym uczniem. Prawie na pamięć wyuczył się summy teologicznej Akwinaty. Księża egzaminatorzy nie mogli wyjść z podziwu nad jego wiedzą.

W Rzymie odnalazł unickiego biskupa dla Rosjan, Andreja Katkowa. Znali się jeszcze z czasów charbińskich.

Dzisiejszy biskup był poprzednio księdzem w Australii, gdzie pracował z maleńką wspólnotą rosyjskich katolików wschodniego obrządku i tam czuł się ludziom potrzebny. Awans do Rzymu przyniósł mu, jak się wydaje, tylko gorycz rozczarowania. Cała jego rola miał się teraz ograniczyć do udzielania święceń absolwentom prowadzonego przez jezuitów Collegium Russicum. Początkowo myślał, że będzie traktowany jak na biskupa przystało. Jezuici szybko wyprowadzili go z błędu. Nawet odprawiać zaczął u nich coraz rzadziej, nie był zbyt mile widzianym gościem na ich podwórku.

Po radości powitania z dawno nie widzianym przyjacielem nastąpiła zasadnicza rozmowa. Pan Antoni poprosił o udzielenie święceń kapłańskich. Biskup nachmurzył się:
– Masz u siebie biskupa Bazylego we Wrocławiu, a przyjechałeś do mnie?
– Ale ja przecież…
– Wiem, wiem, nie przejmuj się tym za bardzo. Owszem, mogę udzielić ci święceń z wielką radością, wierzaj mi. Tylko co będzie potem? Nie mogę dać ci wiernych. Sam ich nie mam, nawet na lekarstwo. Uśmiechnął się gorzko.
– Gdzie będziesz odprawiał? Urządzisz sobie kaplicę w domu za szafą? Wracaj do Polski i idź z tym do biskupa Bazylego. Jeszcze jedno, powiedz mu koniecznie, że to ja ciebie przysłałem. Masz moje błogosławieństwo. Zapamiętaj sobie: w Rzymie lepiej traktują prawosławnego diaka niż unickiego patriarchę. Rozważ to sobie dobrze.
Kiedy już o. Aniśkowicz został prawosławnym duchownym (władyka Bazyli wcale nie wydawał się zaskoczony, kiedy opowiedział mu, że przychodzi z polecenia unickiego biskupa z Rzymu), pomyślał sobie w ten sposób: „Byłoby ładnie i elegancko pożegnać się z Kościołem katolickim”. Udał się więc incognito na audiencję do ks. biskupa Władysława Miziołka w Warszawie, zajmującego się wówczas promowaniem ekumenizmu. Najpierw padły wstępne pytania:
– Czy sakramenty u prawosławnych są ważne?
– Oczywiście – przyznał z ochotą biskup. – Nasi bracia, niestety ciągle od nas odłączeni, mają jak najbardziej prawidłowe sakramenty i o żadnych zastrzeżeniach mowy być nie może.
– Czy wszystkie sakramenty? – pyta dociekliwy gość.
– Wszystkie – podkreśla z naciskiem ksiądz biskup, powoli tracąc już nieco cierpliwość (O Boże! Co za nudziarz trafił mi się dzisiaj!).
– Chrzest, bierzmowanie i kapłaństwo? – pyta dalej interesant, ciekawy spraw teologicznych.
– Przecież mówię, wszystkie – odpowiada biskup, robiąc się purpurowy jak na purpurata przystało.
– Bo ja właśnie przyjąłem święcenia kapłańskie z rąk prawosławnego biskupa.
Ksiądz biskup Miziołek uchodził słusznie za uosobienie dobroci, taki pastor bonus, zawsze zdobił go życzliwy ludziom uśmiech. Tym razem jednak nie był w stanie zapanować nad lekką irytacją. Powiedział dobitnie:
– To, że u nich są ważne sakramenty to jeszcze nie powód, żeby je przyjmować i do nich latać.

Atmosfera zrobiła się ciężka, jak na chwilę przed burzą. Już nie było mowy o dyplomatycznej kurtuazji. Ksiądz biskup wymownie spojrzał w stronę drzwi. Audiencja była skończona! Następny proszę!

Tadeusz Wyszomirski

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token