Numer 5(371)    Maj 2016Numer 5(371)    Maj 2016
fot.Jarosław Charkiewicz
Niezapomniana Wielkanoc
Raisa Loś-Niewdach
W swoim długim życiu przeżyłam wiele Świąt Wielkanocnych, ale Wielkanoc z 1935 roku pamiętam najbardziej. Wieloletni proboszcz parafii prawosławnej w Łunincu, o. Teodor Drużyłowski, odszedł na emeryturę (zmarł w Warszawie, jego grób znajduje się na wolskim cmentarzu, po lewej stronie cerkwi). Na jego miejsce przybył młody mnich, o. archimandryta Gieorgij. Jak co roku w cerkwi ogłoszono, że w Wielką Sobotę od godziny czternastej duchowni będą odwiedzać domy i oświęcać wielkanocne potrawy. W centrum miasta będą chodzić o. Gieorgij z diakonem Iwanem Sobolewskim (zmarł w USA w 1961 roku). W dzielnicach Bohanowo i Zalesie posługę będą pełnić wikary o. Andrzej Łukaszewicz (po wojnie proboszcz w Belgii) z dyrygentem chóru cerkiewnego Konstantym Wieczorko (zmarł w Warszawie w 1973 roku). Parafian chętnych do przyjęcia duchownych proszono o pozostawienie adresów.

W Wielką Sobotę o szóstej rano całą rodziną szliśmy do naszej pięknej cerkwi Podwyższenia Świętego Krzyża na wielkopostne nabożeństwo z procesją i płaszczanicą. Po powrocie z cerkwi rozpoczynał się rytuał Wielkiej Soboty...

W stołowym pokoju rozkładano stół na oba skrzydła (2,5 metra) i przesuwano pod ścianę między okna. Rozściełano ogromny perski dywan, używany tylko na Wielkanoc. Ciocia Marusia nakrywała stół białym adamaszkowym obrusem. Sięgał prawie do podłogi. Ja, klęcząc przy stole, widłakiem wyszywałam XB na obrusie. Ciocia Marusia przy pomocy młodszej cioci Luby ustawiała świąteczne smakołyki. Ach! Co to był za stół. A więc dwie lukrowane baby o wysokości 25-30 centymetrów każda, oparte o baby mazurki królewski i moczony. Dwa torty, zawsze orzechowy i cytrynowy. Pośrodku pyszniły się sękacz i twarogowa pascha. Z lewej strony stołu postawiono wędzoną szynkę, upieczoną z kością w razowym cieście, i pasztet z gęsich wątróbek. Z prawej postawiono półmisek z prosiakiem, trzymającym czerwone jajko w mordce, i cielęce udo, pieczeń z karkówki i kiełbasy. Pośrodku stołu z brzegu kładziono dwa-trzy nakrycia. Znalazły się też używki – białe reńskie, czerwone bordo i przystawki – gruszki w borówkach, marynowane śliwki, borowiki i solone rydze w śmietanie, musztarda sarepska i francuska, chrzan bardzo ostry i łagodny, gotowany ze śmietaną i żółtkami. Była też nalewka w pięknej kryształowej karafce i biała wódka w pyzatej karafce. Ach, jeszcze między babami pysznił się wysoki różowy hiacynt, jego zapach napełniał cały pokój. Pamiętam, jak ciocia Marusia z zadowoleniem zlustrowała paschalny stół, dostawiła talerz z kolorowymi jajkami, koszyk na chleb, przytuliła mnie do siebie i powiedziała: – Dzięki Bogu, dożyliśmy Wielkanocy, oby i za rok tak było.

Po godzinie trzeciej ciocie poszły do cerkwi dekorować naszą wotywną ikonę Zbawiciela. W oczekiwaniu na przybycie duchownych w domu został wujek Aleksander i ja, niespełna czternastoletnia uczennica piątej klasy szkoły powszechnej.

Po modlitwach i poświęceniu potraw o. archimandryta Gieorgij zainteresował się dużą fotografią wiszącą między oknami. Zdjęcie przedstawiało rodzinę Siłajewych tuż po ślubie cioci Marusi z Aleksandrem Andrejewym. U dołu fotografii siedziało troje dzieci w bieli – sześcioletnia Nadzińka, moja mama, pięcioletnia Luboczka, jej siostra, i też pięcioletni śliczny chłopczyk z obfitymi loczkami w marynarskim ubranku z kordzikiem. Wujek nazywał osoby ze zdjęcia. Archimandryta cichym głosem zapytał: – A ten chłopczyk? – To Aloszeńka, kuzyn mojej żony Marii.

Zapadło milczenie, po długiej chwili o. Gieorgij powiedział: – Do rewolucji u nas w Carskim Siole też była taka fotografia, a ten chłopczyk to ja, Aleksiej Korenistow, Gieorgij to moje imię mnisze. Szok nieopisany. Ja się rozpłakałam. Postanowiono rodzinne spotkanie przełożyć na drugi dzień świąt, w Dworzyszczu.


(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)


Raisa Loś-Niewdach

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token