Numer 6(372)    Czerwiec 2016Numer 6(372)    Czerwiec 2016
fot.Eugeniusz Czykwin
I Sobór Powszechny
o. Doroteusz Sawicki
Rozpoczyna się okres dynamicznego rozwoju Kościoła, jednak w jego cieniu „…diabeł, jak lew ryczący, krąży, szukając kogo pożreć” (I P 5,8). Szatan wkrótce znalazł nowy sposób walki z Kościołem. Uderzył nie tak jak dotychczas z zewnątrz, lecz zadał cios od środka, dążąc do podziałów w chrześcijańskiej rodzinie.
W łonie samego chrześcijaństwa pojawiają się „wilki w owczych skórach” – heretycy. Zazwyczaj byli to ludzie głębokiej pobożności i modlitwy. W czasach prześladowań byli gotowi oddać za Chrystusa i Ewangelię życie. W czasach pokoju, gdy orężem walki o rozwój Kościoła stało się słowo i teologiczne argumenty, nie potrafili się odnaleźć lub też padali na polu teologiczno – filozoficznych rozważań. Popełniali błędy, które niczym trucizna skażały czystą wodę chrześcijańskiej nauki. Używam tu porównania, by uświadomić, że nie była to kwestia akademickich rozważań, a praktyki życia. Tę naukę – tę wodę, podawano tysiącom wyznawców. Czysta gasiła pragnienie. Brudna, lana na rany, prowadziła do zakażenia, a spożywana do zatrucia. Błąd jednego heretyka mógł stać się przyczyną zguby tysięcy. Herezja nie „zabijała” ciał, dając zbawienie duszy, tak jak to miało miejsce podczas pogańskich prześladowań. Ona zabijała duszę, oszczędzając ciało. Była więc o wiele bardziej niebezpieczna niż prześladowania.
Kościół musiał reagować szybko i stanowczo. Było to tym ważniejsze, że heretycy zazwyczaj nie przyjmowali słów krytyki i nie chcieli wyrzekać się swych poglądów. Dążyli do powszechnego głoszenia swych przekonań. By ich powstrzymać Kościół sięga po starożytną praktykę soborów (Święci Apostołowie już około 49 roku zorganizowali pierwszy sobór kościelnej „starszyzny” w celu wyjaśnienia najważniejszych zagadnień teologicznych tamtego okresu).
Herezje pojawiły się w łonie wyznawców Chrystusa już w I wieku. Apostoł Piotr ostrzegał wiernych: „Znaleźli się jednak fałszywi prorocy wśród ludu tak samo, jak wśród was będą fałszywi nauczyciele, którzy wprowadzą wśród was zgubne herezje” (2 P 2,1). Wkrótce słowa te stały się rzeczywistością. Gnostycy, dokeci, marcjonizm, manicheizm uderzyły w chrześcijaństwo. Dano im stanowczy odpór. Gdy jednak w IV wieku w egipskiej Aleksandrii zaczął nauczać prezbiter Ariusz, sytuacja stała się dużo groźniejsza.
Ariusz był utalentowanym duchownym. Dobrze posługiwał się filozofią i poezją. Szybko zjednywał sobie masy wiernych. Gorzej szło mu z hierarchami. Popadał w konflikty dyscyplinarne, własne poglądy stawiał ponad oficjalną naukę Kościoła. Publikacją traktatu „Uczta” zmusił aleksandryjskiego patriarchę Aleksandra do zwołania około 318 (320) roku lokalnego soboru, który rozpatrzył poglądy Ariusza.
Ariusz odrzucał równość Boga Syna z Bogiem Ojcem. O ile Ostatni jest Bogiem we właściwym tego słowa znaczeniu, o tyle Pierwszy ma swój początek (przed stworzeniem człowieka, ale nie odwiecznie). Co do wieczności nie jest więc równy Ojcu. Nie jest jednej z Nim natury (jedna boska natura a dwie osoby). Jest zaledwie podobny – choć w najdoskonalszy sposób, do Boga Ojca. Jego boskość ma bardziej charakter „adopcji” (przyjęcia), ale nie wypływa z samej istoty Syna. Chrystus nie jest współistotny Ojcu (homousios). Jest najdoskonalszym z bożych stworzeń (choć stworzonym z nicości), ale nie Bogiem. Podlegał więc zmianom fizycznym. Mógł też zmieniać się duchowo – moralnie, np. zgrzeszyć, choć nigdy tego nie uczynił (ale mógł). W praktyce Ariusz odrzucał naukę o całej Świętej Trójcy (według natury jeden Bóg w trzech równych sobie Osobach). Dla Ariusza boskie osoby mają wspólny byt, ale nie wspólną boską naturę. Akcentuje delikatny subordynacjonizm (podporządkowanie Syna Ojcu i Ducha Synowi).
W praktyce więc Ariusz odrzucał naukę o Świętej Trójcy. Skoro boska natura w Chrystusie nie jest w stu procentach taka jak Ojca, to i jego nauka o bogoczłowieczeństwie Chrystusa również jest różna od naszej. Jakie znaczenie będzie miało Wcielenie, skoro nie jest zjednoczeniem człowieka i prawdziwego Boga (bo Chrystus nie jest „prawdziwym Bogiem”)? Co z Przemienieniem Pańskim na Taborze? Jaki jest sens Golgoty i Zmartwychwstania? Co najważniejsze, rodzi się pytanie, a nawet wątpliwość – czy ludzkość została zbawiona?
W praktyce arianie odrzucali możliwość modlenia się do Chrystusa – nie jest przecież prawdziwym Bogiem. Dopuszczali jedynie możliwość błagania Ojca przy wstawiennictwie Syna. Odrzucali możliwość nazywania Chrystusa Zbawicielem.
Na tak wielkie niebezpieczeństwo Kościół musiał zareagować. Herezja osądzona została już około 318 roku na soborze w Aleksandrii. Nadal miała jednak wielu zwolenników (szczególnie w Syrii i Palestynie, gdzie Ariusz udał się po osądzeniu w Aleksandrii). Pojmowanie „Syn rodzi się od Ojca” w kategoriach czasowych dla wielu było zbyt wielką pokusą. Zapominano, że dzieje się to w wieczności, gdzie jakiekolwiek odnośniki czasowe nie mają racji bytu. Biskupi i teolodzy stali przed problemem, jak starotestamentowe wierzenia, mocno podkreślające monoteizm (jest wyłącznie jeden Bóg), połączyć z chrystusową nauką, zapisaną w Ewangelii, o Ojcu, Synu i Świętym Duchu (o Świętej Trójcy).
Podjęto wówczas decyzję, by herezją zajął się cały Kościół Powszechny. Do małoazjatyckiej Nicei (w Bitynii, około 80 km od Konstantynopola, teraz to miasto Iznik) zaproszeni zostali na 20 maja 325 roku przedstawiciele chrześcijaństwa z całego świata. Arianizm zaczął się już rozprzestrzeniać poza Afrykę i Azję. Chodziło więc o to, by powstrzymać go i wszystkim chrześcijanom, niezależnie od miejsca zamieszkania, wyjaśnić prawidłową naukę o Świętej Trójcy i Bogoczłowieczeństwie Jezusa Chrystusa.
Łącznie zgromadziło się 318 delegatów, choć może to być tylko liczba symboliczna – praojciec Abraham posiadał 318 sług, dzięki którym pokonał wrogów (Rdz 14,14). Pod jednym z protokołów soborowych odnajdujemy niepełną listę 218 podpisów (obecnych więc było nie mniej niż 218 delegatów). Większość pochodziła z Małej Azji, północnej Afryki i Bliskiego Wschodu. Nie zabrakło biskupów z Bałkanów i Kaukazu. Rzym przysłał dwóch prezbiterów.
Przewodzenie soborowi powierzono uczonemu Hozjuszowi z Kordoby. Nieoceniony był udział wielkich Ojców Kościoła tego okresu. Obok wspaniałych teologów, jak Aleksander biskup Aleksandrii czy Atanazy Wielki, którzy słowem bronili prawdy, byli znani i gorliwi hierarchowie, jak Mikołaj z Mir Licyjskich, aż po prostych i poważanych choć niewykształconych, jak Spirydon z Trymifuntu, którzy cudami i świadectwem życia opowiadali się za Świętą Trójcą i Bogoczłowieczeństwem Zbawiciela. Wielu też było biskupów – męczenników.
Sprawa soboru, a może bardziej jednomyślności chrześcijaństwa, mocno leżała na sercu również cesarzowi Konstantynowi Wielkiemu. Ponad dwadzieścia lat wcześniej uzyskał on władzę nie bez Bożego wsparcia. W swych rządach oparł się na chrześcijanach. W 324 roku podporządkował sobie wschodnią (Licyniusza) część cesarstwa – dążył do wewnętrznej zgody i jedności wschodniej i zachodniej części kraju.
Rozpad jedności Kościoła groził poważnymi konsekwencjami. Władca wspiera więc hierarchów soboru. Nie podejmuje za nich decyzji. Gwarantuje im stabilność i komfort pracy. Chce, by sobór wypracował jednolite stanowisko, które on podejmuje się respektować i wprowadzać w życie na terytorium całego imperium.
Dysputy zajęły ponad trzy miesiące. W pierwszej kolejności opracowano naukę o Świętej Trójcy. Mocno podkreślono równość Ojca, Syna i Świętego Ducha oraz Ich jedność według bytu i natury. Nie ma niczego, co było by Ojca a nie należało do Syna czy Ducha. Nie ma niczego, w czym by sobie ustępowali lub przewyższali. Nie ma i nie było też czasu, gdy był Ojciec a nie było Syna. Jedyne co ich indywidualizuje to relacje, określone terminami: Syn „rodzi się”, a Duch „pochodzi” (odrębność dotyczy więc nie bytu naturowego a osobowego). To „rodzi się” miało mocno akcentować, że Syn nie jest stworzeniem („zrodzonego a nie stworzonego” jak czytamy w Symbolu Wiary). Jest „Bogiem prawdziwym z Boga prawdziwego”. Nie zapomniano też zaakcentować, że poprzez Wcielenie staje się On prawdziwym człowiekiem, co było nieodzowne w dziele naszego zbawienia.


(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)


o. Doroteusz Sawicki

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token