Numer 6(372)    Czerwiec 2016Numer 6(372)    Czerwiec 2016
fot.Eugeniusz Czykwin
Jeniecki obóz w monasterze
Jelena Biskupska
Początki monasteru sięgają XVII wieku, prowadzą do Piotra Gładkowa. Ten szlachcic, emerytowany wojskowy, po powrocie ze służby do swojej rodzimej wsi Boczejewo poważnie zachorował. A ponieważ był człowiekiem głęboko wierzącym, udał się po ratunek do Włodzimierskiej Ikony Matki Bożej, do Uspieńskiego Soboru w Moskwie. Gdy po modlitwie został cudownie uzdrowiony, zamówił kopię ikony, która wkrótce w jego rodzinnych stronach zasłynęła cudami.
Kilka lat później usłyszał głos – miał zbudować cerkiew. Szybko się z tym uporał. Po trzech miesiącach prac drewniana cerkiew była gotowa. Wyświęcono ją 21 września 1635 roku. Pierwszymi mieszkańcami wspólnoty zostało ośmiu mnichów z jeromonachem Fieodorytem na czele. Do cerkwi przeniesiono cudowną ikonę. A liczba podążających do niej wiernych nie przestawała rosnąć. Rosła też liczba cudownych uzdrowień – tylko w pierwszych latach odnotowano pięćset takich przypadków. Piotr Gładkow z rzadka bywał w monasterze, zajmował się wyłącznie gospodarstwem.
Wkrótce to się zmieniło. W 1642 roku emerytowany wojskowy przyjął postrig z imieniem Paweł, zostając członkiem Oranskiej Pustelni. Zginął w 1665 roku, w środku nocy, z rąk złoczyńców. Gdzie został pochowany, tego nie wie nikt.
W XVIII wieku monaster rozbudowano. Na miejsce drewnianej wzniesiono murowaną cerkiew, dobudowano murowaną dzwonnicę, ogrodzono. W XIX wieku dokończono budowę soboru Włodzimierskiej Ikony Matki Bożej, cerkwi Narodzenia Bogarodzicy, wzniesiono szereg monasterskich budynków. Oranska wspólnota została podniesiona do rangi monasteru I klasy. Monaster miał własną ślusarnią, zakład szewski i krawiecki, a także pięćset dziesięcin ziemi z ogrodami, sadami, pasieką, rozwijał hodowlę bydła i ptactwa. Dawał pracę i utrzymanie okolicznej ludności.
Wybuchła rewolucja, a z nią terror wymierzony przeciwko Cerkwi i duchownym. Nie ominął mnichów i oranskiego monasteru. Na początku 1918 roku jego przełożony, archimandryta Augustyn, został aresztowany, a 18 sierpnia razem z innymi duchownymi stracony. Miejscem egzekucji była wyspa Moczalna nieopodal Niżnego Nowogrodu. Tam też pozostawiono, z lekka przysypując piaskiem, ciała zabitych. Mieszkańcy pobliskiej wsi pogrzebali je w ziemi dopiero kilka dni później.
Wkrótce monaster przestał istnieć. Do jego budynków wprowadził się dom starców, potem dom poprawczy, sanatorium, a podczas drugiej wojny światowej obóz jeniecki. Kierowano tam zarówno oficerów, jak i szeregowych żołnierzy. Wagonami dowożono ich do najbliższej stacji kolejowej, dalej, do Oranek szli już pieszo. Szczególnie wielu jeńców trafiło tutaj zimą 1941-1942 roku. Mróz był tęgi i wielu żołnierzy miało odmrożenia, gangrenę, wielu w ogóle nie docierało do celu podróży. W obozowym szpitalu lekarze przeprowadzali operacje, nawet obcięcia kończyn, bez narkozy. Jeńcy umierali setkami. Szczególnie śmiertelne okazały się dwie epidemie tyfusu w 1943 i 1945 roku.
Wyższych oficerów rozmieszczono w głównym soborze, na piętrowych pryczach. Generałowie przebywali w monasterskich celach. Młodsi oficerowie i szeregowi żołnierze sami musieli urządzić sobie miejsca do spania półtora kilometra od wsi, na skraju lasu.
W obozie przetrzymywano także wysoko postawione osoby. Trafił tu między innymi cały były sztab 6 armii feldmarszałka von Paulusa z generałem Schmidtem na czele. Dowódca został skierowany do obozu w Krasnogorsku, ale jak twierdzą miejscowi mieszkańcy, przez kilka dni przebywał także w Orankach.
Jeńców nie poddawano torturom. Korzystali z prawa korespondencji, zapewniono im niezbędną żywność, ubrania, pomoc medyczną. Porozumiewanie ułatwiała specjalnie przysłana grupa tłumaczy.
Ale obsługiwali siebie sami – sami gotowali, prali, szyli. Wykonywali meble, zabawki, mieli boisko do piłki nożnej. Wielu grało na instrumentach, pozwalano im urządzać koncerty, wystawiać spektakle. Ich głównym zajęciem była praca przy wycince i przygotowaniu drewna, pomoc kołchoźnikom przy zbiorach.
Oficerowie zajmowali się urządzaniem obozowego terenu – posypywali dróżki piaskiem, wytyczali klomby. Mieszkańcy wsi nie żywili do nich nienawiści, nawet im współczuli.
Od 1939 do 1950 roku przez obóz przewinęło się około 12 tysięcy cudzoziemców – Niemców, Finów, Węgrów, Polaków, Czechów, Rumunów, Włochów. Ci którzy przeżyli, powrócili do domu. Ale ponad tysiąc z nich wskutek chorób, odniesionych ran i odmrożeń zmarło. Nie z własnej woli znaleźli się na cudzej ziemi, a ostatnią przestań znaleźli w murach wcale nie cichej wspólnoty.
Zostali tu na zawsze, pochowani w zbiorowych mogiłach, na skraju wsi, w odległości kilku kilometrów od monasteru.
W latach 90. na miejscu ich pochówku został zorganizowany memorialny kompleks. W jego centrum znajduje się okrągła, otoczona wysokimi drzewami i lekko podwyższona polana. Na niej pomniki. Trzy granitowe bloki – dwa różowe dla jeńców włoskich, trzeci, biały, dla Węgrów. Kompozycja siedmiu krzyży – dla Niemców. Jest także pomnik Rumunów. Oficjalne otwarcie oranskiego memoriału, w obecności włoskiej i fińskiej delegacji, odbyło się latem 1995 roku.
A niedawno na tym cmentarzu stanął krzyż poświęcony polskim żołnierzom II wojny światowej. Własnoręcznie wykonali go i postawili Andrzej Branicki i Jurij Tokariew, przewodniczący Stowarzyszenia Polskiej Kultury Polonez z Niżnego Nowogrodu.
2 listopada, w dzień zaduszny, poświęcony pamięci zmarłych, przedstawiciele tamtejszej Polonii odwiedzili monaster i memorialny kompleks. Jesienne roztopy uniemożliwiły dotarcie do miejsca pochówku samochodami, dlatego kilkaset ostatnich metrów grupa musiała przejść pieszo. Tak zresztą było lepiej.


(ciąg dalszy dostępny w wersji drukowanej lub w E-wydaniu Przeglądu Prawosławnego)

Jelena Biskupska
tłum. Ałła Matreńczyk
fot. autorka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token