Numer 7(373)    Lipiec 2016Numer 7(373)    Lipiec 2016
fot.Anna Radziukiewicz
Księgi to nasza tradycja
rozmawia Anna Radziukiewicz i Eugeniusz Czykwin
Redakcja: – Matuszka, kierując pracami wydawniczymi Spaso-Eufrozyńskiego monasteru, wydając około pięćdziesięciu książek, gromadząc archiwum monasteru i tworząc jego bibliotekę, miała możliwość śledzenia losów obitieli. Proszę przybliżyć te powojenne, kiedy o fizycznym trwaniu Cerkwi decydowali komuniści.
Matuszka Siergieja: – Komuniści wiele razy próbowali zamknąć monaster w Połocku, przekazany Cerkwi w 1943 roku przez niemieckich okupantów, ale siostry, na czele z ihumenią Elifieryją (Nowikową), dzielnie go broniły. I wciąż zabiegały o to, by władze przekazały monasterowi także sobór z końca XIX wieku, mocno uszkodzony w czasie wojny. Dopiero w 1961 roku władze cel osiągnęły. Soboru nie przekazały, a siostry rozpędziły. Większość z nich trafiła do Żyrowic, gdzie przytułek znalazły też siostry z zamkniętego o rok wcześniej monasteru w Grodnie. Zawsze to miejsce, choć bardzo ważne na duchowej mapie Białorusi, traktowały siostry jako tymczasowe.

– Ta tymczasowość trwała…
– …31 lat. W 1991 roku przyjechały do Połocka siostry z Żyrowic. Wtedy otwarto monaster. Stało się to dzięki zabiegom wspaniałego hierarchy, metropolity mińskiego słuckiego Filareta, wtedy jedynego władyki w Białorusi.

– Pamięta Matuszka ten czas?
– O tak! Ten budynek, w którym teraz rozmawiamy, z połowy osiemnastego wieku, dawna rezydencja jezuickich generałów, był wrośnięty po okna w ziemię. Nie dało się do niego wejść, tak był zapuszczony, bez ogrzewania. Przez trzydzieści lat ludzka ręka go nie dotykała. Byłyśmy w popłochu. Udało się w nim wygospodarować malutki pokoik na bibliotekę. Teraz, jak widzicie, księgozbiór zajmuje cały parter. Jedną z pierwszych mieszkanek tego monasteru była matuszka Eudokia, wtedy ekonomka monasteru, dziś ihumenia.

– Kto władał przed waszym przyjściem monastycznymi obiektami?
– Technikum leśne, które założyło wokół park. Ładny był. Ale musiałyśmy z czegoś żyć. Nasz ówczesny władyka Dymitr powiedział: „Liści jeść nie będziecie”. Na miejscu parkowych drzew posadziłyśmy jabłonie i grusze, założyłyśmy ogród warzywny. Została jedynie brzozowa aleja.

– Ile teraz sióstr niesie podwig w waszej obiteli?
– Około stu. I dlatego musimy w głębi naszej posesji, z dala od głównych wrót, wznosić nowe budynki z celami dla sióstr oraz trapiezną, również po to, by siostry zyskały więcej spokoju i czasu na modlitwę. Nasz monaster odwiedza bowiem mnóstwo pielgrzymów z Białorusi, Rosji, krajów nadbałtyckich, Polski i mnóstwo wycieczek, zwłaszcza przy końcu i początku roku szkolnego.

– Przybyłyście ćwierć wieku temu. Czekało na was wiele pracy fizycznej. Tymczasem matuszka i kilka innych sióstr zajmujecie się, rzec można, odtwarzaniem pamięci o obitieli.
– Takie dano posłuszanije. Od momentu przeprowadzki zaczęłyśmy formować bibliotekę i równolegle archiwum, rozpoczęłyśmy działalność wydawniczą.

– Ktoś was inspirował?
– Metropolita Filaret. Władyka, który latami zabiegał o odrodzenie połockiej obitieli, powiedział, że ma ona mieć oświecicielski charakter, dlatego powinna posiadać bogatą bibliotekę, archiwum i wydawnictwo. Metropolita to, jak mówimy, kniżnyj człowiek. Dysponuje ogromną prywatną biblioteką. Zewsząd przywozi księgi. Wiele z nich nam podarował. Pewne interesujące, rzadkie wydania kupował specjalnie dla naszej biblioteki. I zawsze interesował się, ile zgromadziłyśmy egzemplarzy, bo wiedział, że zaczynałyśmy od zera. Ostatnio, podczas wizyty z matuszką Eudokią u metropolity, poinformowałyśmy: „Mamy 20,5 tysiąca egzemplarzy”. Przeżegnał się i pobłogosławił Pana. Teraz mamy już 21,5 tysiąca. Metropolita zawsze, kiedy przybywał do Połocka, kierował swe kroki do biblioteki. Interesował się materiałami archiwalnymi. Nieraz brał teczkę takich materiałów i całą noc je czytał. Jego Eminencja umawiał nas nawet z archiwistami, bibliotekarzami i naukowcami z Białorusi, a także Rosji czy Litwy. Jechałyśmy tam i po drobinie, jak pszczoły nektar, zbierałyśmy informacje o naszej obitieli czy naszej Cerkwi. Kiedy widzisz, jak patriarszy egzarcha zabiega o oświecenie narodu, czujesz, że twój trud jest potrzebny. Zyskujesz wtedy do pracy mnóstwo energii.

– Gdzie najwięcej uzyskiwałyście materiałów archiwalnych?
– W Petersburgu. Tam przecież zbierał się synod rosyjskiej Cerkwi, tam więc gromadzono materiały. Poza tym każdy periodyk, wychodzący w stołecznym Petersburgu odbijał najważniejsze wydarzenia.

– Między innymi przeniesienie relikwii św. Efrozyny Połockiej w 1910 roku z kijowskich Dalszych Pieczar do Połocka?
– Oczywiście. To był rzeczywisty podjom dla białoruskiego narodu, wtedy pozostającego w ramach Rosyjskiego Imperium.

– Powstała na ten temat księga, pod matuszki redakcją „Połockoje radowanije”.
– Tak, mnóstwo w niej zgromadziliśmy materiałów, dotyczących przeniesienia relikwii.

– Proszę przybliżyć atmosferę roku 1910.
– Procesja z Dalszych Pieczar z relikwiami Prepodobnej skierowała się do Uspieńskiego Soboru. Tu relikwie pozostawały dwie doby. Lud żegnał świętą. Relikwie przełożono do nowej grobnicy. Krestny chod udał się nad brzeg Dniepru. Tu czekał specjalny statek „Gołowaczew”. Nim 737 kilometrów, do Orszy, płynęły relikwie, potem nieśli je duchowni, mnisi i prosty lud 201 kilometrów przez Witebsk. Z relikwiami zatrzymywano się dziewiętnaście razy na Liturgie i molebny. Wszystko było dopracowane do najdrobniejszego szczegółu. Każde miasto przygotowywało się do spotkania relikwii jak do największego święta. Ludzie witali Prepodobną ze łzami w oczach, z zapalonymi świecami, klęcząc. Protoijerej Spaso-Eufrozyńskiego monasteru Nikołaj Czerepnin tak opisał spotkania relikwii: „Ani noc, ani deszcz nie przeszkadzały w uwielbianiu świętych relikwii Prepodobnej Eufrozyny. Masy narodu na nic nie zwracały uwagi. Kiedy statek ruszał, i stary, i młody, biegł za nim brzegiem, przeskakując przez wszystkie ogrodzenia, kanawy i strumienie (…). Można było pomyśleć, że ku brzegom Dniepru spłynęła cała Ruś Prawosławna”. Do spotkania relikwii przygotowywało się każde miasto, miasteczko. Dla przykładu w Mogilewie pokłoniło się im 75 tysięcy ludzi, w Orszy czterdzieści tysięcy. A przecież tamte miasta nie były tak ludne jak dziś. Ile ludzi musiało spłynąć z dalekich wsi.

– I wreszcie powitanie w Połocku.
– Po miesiącu trwania przeniesienia, 20 maja 1910 roku, krestny chod z relikwiami świętej przybył do Połocka. Miasto nigdy nie widziało takiej liczby ludzi przybyłych z całej guberni witebskiej, ale i z twerskiej, i znad brzegów Wołgi, i z wielu innych miejscowości. Relikwiom kłaniali się książęta, czinowniki, duchowni, mnisi i lud. Przybył nawet wielki książę Konstanty Konstantynowicz Romanow z synami Igorem i Olegiem, królowa grecka Olga Konstantynowna i wielka księżna Elżbieta Fiodorowna. Wszystkie ulice miasta były ozdobione kwiatami i flagami. 22 maja po Liturgii w soborze relikwie umieszczono w połockim monasterze.

– Podejrzewam, że toczył się spór o to, kto ma prawo do chronienia relikwii św. Eufrozyny.
– Och, niezwykle długi! Zabiegi o przeniesienie relikwii rozpoczęły się już w 1832 roku! Od razu po tym, kiedy Spaso-Preobrażeńska cerkiew została zwrócona prawosławnym (od 1580, czyli zajęcia Połocka przez Stefana Batorego, do 1820 roku monaster pozostawał we władaniu katolickiego zakonu jezuitów, potem pijarów – przyp. red.). Zabiegi trwały więc 77 lat. Świątobliwy Synod nie zgadzał się na przeniesienie relikwii, twierdząc że w Połocku będą zagrożone ze strony katolików, wciąż tu gęsto zamieszkałych. Spór starych miast – Kijowa i Połocka – dobiegł kresu 3 lipca 1909 roku, kiedy car Mikołaj II podpisał rezolucję, wyrażającą zgodę na przeniesienie relikwii do Połocka.

– Tworząc księgę „Połockoje radowanije” przebyła matuszka całą trasę, jaką z Kijowa do Połocka podóżowały relikwie świętej. Co zobaczyła matuszka?
– W dziewiętnastu miejscach, w których zatrzymywano się z relikwiami, czyli w miejscach gdzie stały cerkwie, zobaczyłam jedynie dwie ocalałe świątynie! Jedną na Ukrainie w Lubiczi, drugą na Białorusi, w Greczicy, ostatnią na wpół zrujnowaną, bez kopuły, z przodu przysłoniętą muzeum krajoznawczym, trudną do odszukania. W innych miejscowościach ludzie często mówili: „Chramu nie pamiętamy, ale pamiętamy, że w tym miejscu na wzgórku stał klub o dziwnej architekturze, tańczyliśmy w nim”. Bywało, że ludzie po stu latach w ogóle nie mogli wskazać, gdzie stała cerkiew. A przecież do wszystkich dotarliśmy, tyle że na fotografiach.

– Ileż złego przyniósł wiek dwudziesty ze swoimi wojnami i przymusową ateizacją!
– Dlatego tak dużo pracy przed nami. I tej oświeceniowej.
– Dziękujemy za rozmowę.

fot. Anna Radziukiewicz


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token