Numer 7(373)    Lipiec 2016Numer 7(373)    Lipiec 2016
fot.Anna Radziukiewicz
Pod opieką świętego Dymitra
Anna Radziukiewicz
W jubileuszowym roku metropolita Sawa poświęcił 26 maja cerkiew św. Dymitra Sołuńskiego w Sakach, po jej gruntownym remoncie.
Mnisi, którzy przybyli tu w 2001 roku, ożywili i miejsce kultu, i całą okolicę. Do tego czasu drewniana, uboga cerkiewka stała na uboczu wsi, w lesie, przykryta prostym czterospadowym dachem, otwierana rzadko, bo przecież nie była parafialna. Należała do parafii Dubicze Cerkiewne. Śmiała decyzja metropolity Sawy, dotycząca erygowania nowej wspólnoty monastycznej, zapewniła cerkiewce opiekunów. Jednocześnie została utworzona parafia przymonasterska, nieduża, tworzona przez dwie wsie – Saki, w większości katolickie, i Toporki, niemal wyłącznie prawosławne, dziś ze 120 parafianami.
Ale na niedzielnych Liturgiach jest ze dwieście osób, zwołanych, rzec można, przez św. Dymitra Sołuńskiego z Kleszczel, Bielska Podlaskiego, Hajnówki, Białegostoku i innych miejscowości. Bo największą świętością tego miejsca jest ikona św. Dymitra Sołuńskiego. Przez dziesięciolecia umieszczona w ołtarzowej części cerkwi, tylko raz w roku, na święto patrona cerkwi, była wynoszona na środek świątyni. Mogli jej się wtedy pokłonić wszyscy, potem znów tylko mężczyźni, bo wracała na dawne miejsce.
– Skoro otworzyła się cerkiew, parafia, to święty Dymitr też się otworzył – mówi ihumen sakowskiej wspólnoty o. Tymoteusz. – Po remoncie cerkwi ikonę umieściliśmy w kiocie po prawej stronie nawy głównej. Mogą jej się pokłonić wszyscy wierni i pielgrzymi. Po drugiej stronie nawy, też w kiocie, będzie umieszczona ikona św. Nektariusza z Eginy, drugiego patrona naszej wspólnoty. Dawne miejsce ikony św. Dymitra zajmie duża ikona Preobrażenija Gospodnia, pisana na Świętej Górze Atos. Ma przybyć przed świętem Spasa.
Dużym osiągnięciem stało się wstawienie nowego ikonostasu i napisanie do niego ikon.
– Chcieliśmy, by ikonostas przypominał Grecję. Został więc wykonany w Salonikach. Ikony do niego pisał mnich Cyryl ze Świętej Góry Atos, zaprzyjaźniony z nami – mówi o. Tymoteusz. – O. Cyryl jest duchowym dzieckiem władyki Pawła, metropolity Aleppo. Po jego tragicznym porwaniu postanowił osiąść na Świętej Górze, by tam modlić się także za swojego duchownika. Watopedzcy mnisi dali mu kielię św. Prokopa, w której pisze ikony.
Ikonostas i ikony ufundowali wierni i pielgrzymi. Nie udźwignęliby oni jednak tak gruntownego remontu cerkwi i w tak krótkim czasie. Jej remont został rozpoczęty, kiedy wspólnotą kierował archimandryta Warsonofiusz (Doroszkiewicz). Wtedy pozyskiwano pieniądze z funduszy gminy Kleszczele, z budżetu marszałka województwa podlaskiego. Od 2010 roku, od czasu kiedy ihumenem został o. Tymoteusz, sięgnięto po znacznie większe pieniądze, pochodzące z ministerstwa kultury i dziedzictwa narodowego, urzędu marszałkowskiego i po środki unijne. W ich pozyskiwaniu i prowadzeniu inwestycyjnego projektu niezwykle pomogła Fundacja Dialog Narodów, kierowana przez Grzegorza Szweda. Tamte pieniądze pozwoliły nie tylko na przeprowadzenie z najwyższą pieczołowitością remontu cerkwi, ale także na ogrodzenie placu wokół świątyni – to aż 400 metrów ogrodzenia, od czoła z kamiennymi słupami i bramą.
Podczas wyświęcenia świątyni władyka Sawa zwrócił się do mnichów: – Czas budować monaster na placu obok cerkwi.
– Mamy duży budynek szkoły, położony kilometr od cerkwi. W nim druga świątynia, cele i pokoje dla gości i pielgrzymów, po co więc dodatkowa inwestycja – można by było powiedzieć – rozważa ihumen. – Ma to jednak sens. Na początek należałoby wybudować ze trzy cele. Mnisi ze Świętej Góry Atos napominają o ogromnej roli hezychii w życiu każdego mnicha. A ta wymaga ciszy, odosobnienia, pozostania tylko z Bogiem, modlitwą i swoimi myślami. Takiej ciszy nie da nam dawna szkoła. Tu bowiem jesteśmy bombardowani informacjami, sprawami, wizytami, wielomówstwem, które przyciemnia duszę. Tu prowadzimy gospodarstwo, mamy swoje posłuszanija. A mnich chociaż na kilka dni w miesiącu powinien oddać się hezychii, pobyć w pustej celi, duchowej kuźni każdego mnicha, w której na nikogo nie może już zrzucić winy za to, co w nim się dzieje. Może tylko upowat’ na Boga.
Plac wokół monasterskiego domu zajmuje półtora hektara. Tu królują pszczoły – około trzydzieści uli ma monasterska pasieka – i lipy królują, potężne, przez nikogo nie przycinane, jak niegdyś. Miododajne. Jest ich z sześćdziesiąt. Gdy kwitną, ich aromat zniewala.
Mnisi hodują kozy. Na razie mają ich dziesięć. Kozy kochają ludzi i skaczą na nich jak psy labradory. I dają mleko. Z niego mnisi robią sery feta i mozarella. Pyszne. I zdrowe. Sprzedają je. Kupują od gospodarzy ze wsi i mleko krowie. Je też przerabiają na sery i sprzedają. Miodu sprzedaliby – oceniają – nawet trzy razy tyle co wydobędą z pasieki. Odbiorcy ich wspaniałych produktów sami po nie przyjeżdżają, głównie z Bielska Podlaskiego. Mnisi produkują też świece, na razie na własne potrzeby, i ładan.
Mnisi ożywili Saki i okolice – duchowo i gospodarczo. Coraz więcej ludzi chce w cieniu monasteru remontować domy po rodzicach albo odkupić od kogoś pusty i uczynić z niego dom letniskowy. Bo modlitwa i dobrzy ludzie przyciągają.

Anna Radziukiewicz
fot. autorka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token