Numer 7(373)    Lipiec 2016Numer 7(373)    Lipiec 2016
fot.Anna Radziukiewicz
Święta Góra Atos daje siłę
rozmawia Anna Radziukiewicz
Anna Radziukiewicz: – Jako mnisi monasteru w Sakach macie kontakty ze Świętą Górą Atos.
Ihumen Tymoteusz: – Nie wyobrażamy sobie monastycyzmu bez Świętej Góry Atos. Od kiedy zostałem przełożonym wspólnoty, czyli od 2009 roku, zaczęliśmy szukać kontaktu ze Świętą Górą, przez Bałkany na początku. Z o. Michałem Czykwinem podróżowaliśmy do Kosowa. Stamtąd trafiliśmy do Chilandaru, czyli serbskiego monasteru na Atosie. Chilandar otworzył nam drzwi do innych wspólnot. I tak z monasterami Simonopetra i Watoped utrzymujemy stałe kontakty. Wszyscy nasi bracia jeżdżą każdego roku na dwa - trzy tygodnie do atoskich monasterów. Dla nas jest to niezwykle ważna szkoła życia monastycznego, to ogromne ułatwienie w budowaniu tradycji monastycznej tu, w Sakach, opierającej się na wielowiekowych doświadczeniach mnichów atoskich. W jaki sposób rozwiązywać pewne problemy? – zastanawialiśmy się. Dziś mamy atoski obraz.
– Uczestniczycie w życiu liturgicznym na Świętej Górze?
– Tak. I traktujemy to jak wyróżnienie. Nie wszystkim mnichom, przybywającym na Atos, jest to dane. Nas przyjęto jak część atoskiej rodziny. Uważam, że kontakt ze Świętą Górą jest największym osiągnięciem piętnastoletniego trwania wspólnoty w Sakach. Mając pieniądze, można zamieniać monaster nawet w fortecę. Ale to budowanie duchowości jest najważniejsze. Atos daje nam najlepszą szkołę. Wierzymy, że tę szkołę ufundowali nam nasi święci opiekunowie – Dymitr z Salonik, położonych przecież w pobliżu Świętej Góry, i Nektariusz z Eginy, Grek, pokrowitiel drugiej monastycznej cerkwi.
– Nie macie bariery językowej?
– Niestety nie znamy greckiego. Uczymy się go dopiero. Posługujemy się rosyjskim i angielskim.
– Z Atosu wracacie pokrzepieni?
– Mocno. Mamy nową siłę, by zmagać się z własnymi problemami.
– Niepodobnymi do atoskich?
– Ależ podobnymi! I to nas krzepi. Na Atosie na przykład, w monasterze Watoped, ihumen zbiera raz lub dwa razy w tygodniu wszystkich mnichów, a jest ich około 120, na duchową rozmowę, nas też zaprasza. Daje duchowe wskazówki i uczy, co należy robić, a od czego stronić przy rozwiązywaniu praktycznych problemów. Wtedy utwierdzamy się, że Święta Góra nie jest bańką, która szybuje nad ziemią, tracąc z nią kontakt, tylko boryka się z tymi samymi przyziemnymi problemami, jakie mamy w Sakach. Bo człowiek jest wszędzie ten sam i jego słabości są podobne.
– Czego uczycie się przede wszystkim na Atosie?
– Że samo miejsce nie zbawia. Że zbawiać się można tak samo wszędzie, że warsztat i kuźnia zbawienia jest w monastycznej celi, nie w obłokach, nie w przeczytanych księgach nawet, nie w innych celach. Że zbawienie to godziny, dni, miesiące i lata zmagań, to łzy, pot, bywa że i krew. Patrzymy na ikony. Widzimy na nich świętych w nimbach. Sieją blask, ale za tym blaskiem kryje się ogromne cierpienie, mnisze lub inne.
– Możecie pojechać na Atos, ale atoscy mnisi opuszczają Świętą Górę rzadko lub wcale.
– Jakież było dla nas zaskoczenie, niespodzianka, gdy dwa lata temu odwiedził nasz monaster sam ihumen monasteru Simonopetra, Jelisiej. Przybył do Polski z relikwiami św. Marii Magdaleny. Plan wizyty był napięty. Tymczasem on naruszył ten misternie ułożony plan i przybył także do nas. „Nie wierzyłeś, że was odwiedzę” – mówił do mnie. To było dla nas wielkie pokrzepienie. W tym roku dojdzie do niemniej ważnego wydarzenia. Do Sak przybędzie, po raz pierwszy w historii naszej Cerkwi, ojciec Metody, ihumen monasteru Chilandar. Ojciec Metody przyjął zaproszenie do udziału w corocznej międzynarodowej konferencji mnichów i mniszek, która odbędzie się na początku września, tym razem w monasterze w Sakach. Mają być jeszcze inni goście z Grecji i Finlandii.
– W połowie minionego wieku Święta Góra Atos przeżywała ogromny kryzys.
– Tak, odwiedzający ją wieścili nawet, że to koniec życia monastycznego. Po kilku mnichów w podeszłym wieku niosło swój podwig w monasterach Atosu. W 1921 roku przybył na Świętą Górę pewien gorliwy młodzieniec i przez wiele lat zbierał nektar z tych kwiatów, które jeszcze tam pozostały, by po latach zmagań odrodzić życie duchowe na całym półwyspie. To on – znamy go jako Józefa Hezychastę, jeszcze nie kanonizowanego, ale wierzymy że dostąpi świętości – zaczął odradzać tu życie mnisze. Uczynił to w połowie wspólnot. Jeden z jego uczniów, starzec Efrem, odnowił życie w kolejnych monasterach – Filoteu i Karakalu, w Stanach Zjednoczonych założył dwadzieścia wspólnot żeńskich i męskich, żyjących na wzór atoskich. Efrem, gdy udał się do Stanów, miał jedyną rzecz – czaszkę swego starca i jednego ucznia. Na Atosie jest bowiem zwyczaj, że po pięciu-sześciu latach odkopuje się ciało mnicha. Duchowe dzieci Józefa Hezychasty podzieliły jego kości. Efremowi przypadła czaszka. Efrem założył w Arizonie na pustyni monaster św. Antoniego. Ziemię pod monaster, kilka hektarów, dała wierząca Żydówka. Dziś to oaza duchowa. Rosły i inne wspólnoty. Największy monaster Atosu liczący około 130 mnichów – Watoped – również został duchowo odnowiony przez ucznia starca Józefa – Józefa Watopedzkiego
– Czego uczył Józef Hezychasta?
– Że mnich musi mieć zawsze przed oczyma ukrzyżowanego Chrystusa. I stawiać za wzór jego posłuszeństwo wobec woli Boga Ojca. Że w mniszym życiu musimy zawsze naśladować Chrystusa. Chrystus podczas modlitwy w Ogrodzie Getsemani mógł przecież wezwać tysiące legionów aniołów, by wybawiły go przed kaźnią. Ale On był posłuszny woli Boga Ojca. Józef Hezychasta mówi, że mnich oczywiście nie widzi swoimi fizycznymi oczyma Chrystusa, ale widzi ihumena wspólnoty, swego duchownika. I wobec jego woli ma być absolutnie posłuszny.
– A co mają czynić ludzie świeccy? Mało kto ma swego duchownika. Do spowiedzi idzie do tego duchownego, który akurat spowiada.
– Można mieć stałego duchownika, tyle że wymaga to większego trudu. Są ludzie, którzy do naszych hieromnichów przyjeżdżają regularnie raz, dwa razy w miesiącu na spowiedź i duchowe rozmowy. Mnisi na Górze Atos mówią: „Jeśli twój ihumen jest z ciebie zadowolony, to i Bóg jest z ciebie zadowolony”. Powierzyłeś swoje życie w czyjeś ręce i ufasz mu bezwzględnie. To samo można powiedzieć o relacji świeckiej osoby z duchownikiem.
– W życiu świeckim włącza się intelekt. A ten wszystko ocenia i analizuje. Krytycznie patrzy nawet na swoich duchownych, nauczycieli i rodziców. I takiego podejścia, analitycznego, krytycznego, uczy współczesna pedagogika, co sprzyja masowemu wyzbywaniu się autorytetów. A to prowadzi do kryzysu autorytetów i kultury.
– Człowiek musi realnie ocenić swoje miejsce na duchowej mapie. Sam może ustawić siebie bardzo wysoko. I może w ten sposób popełnić błąd. Dlatego niezbędne jest spojrzenie z boku, duchownika właśnie. Najważniejsza nauka, jaka płynie z przypowieści o synu marnotrawnym, jest taka, że zdał sobie sprawę z tego, w jakim miejscu się znajduje – w dalekim kraju, w zagrodzie świń. Jeśli człowiek nie zda sobie sprawy gdzie jest, popłynie donikąd.
– Co to znaczy być mądrym?
– To znaczy przyznać się do tego, że brakuje mi mądrości, że jej nie mam. Księga Mądrości uczy, że początkiem mądrości jest bojaźń Boża. Jeśli człowiek zda sobie sprawę, że nad nim jest Bóg, nieskończenie od nas lepszy i mądrzejszy, to poczuje się o wiele mniejszy, niż mu się wydaje. I będzie prosić o mądrość Boga.
– Cierpimy. Dlaczego?
– Bo nam się wydaje, że szkoła, media dały nam wiedzę, by świat rozumieć i dobrze w nim się urządzić. Tymczasem z perspektywy duchowej trzeba powiedzieć – nie wiem nic i niczego nie rozumiem. Panie, oświeć mnie, bo nie wiem, gdzie jestem. Naucz mnie odróżniać dobro od zła. Pozwól zrozumieć sens mojego cierpienia.
– Brakuje nam cierpliwości.
– Ojcowie mówili, że w czasach ostatecznych ludzie będą zbawiali się przez to, że będą cierpliwi. Przecież życie świętych to godziny, dni i lata cierpienia i cierpliwości, znoszenia wszystkiego, co Bóg dał, ukorzenia się.
– A my ludzie świeccy, jak się zachowujemy?
– Stajemy przed Panem Bogiem i mówimy, co u nas się wydarzyło, jakby On o tym nie wiedział, potem dajemy Mu instrukcję, co ma z nami uczynić, żeby nam było dobrze. Nie wierzymy, że to co Bóg nam posłał, ma nam służyć, uchronić przed czymś jeszcze gorszym w duchowym planie. W monasterze często kontaktujemy się z ludźmi, którzy o coś proszą – wyzdrowienie, dar rodzicielstwa – dziś coraz więcej małżeństw nie ma dzieci. I widzimy, jak pewni ludzie proszą i nie otrzymują. Ale jak oni są blisko Boga! I w gruncie rzeczy nic złego w ich życiu się nie dzieje. Ale widać, jak Bóg ewidentnie ustrzega ich przed czymś gorszym. Przyjeżdżają do cerkwi i nawet przywykli do tego cierpienia. I nie zdają sobie sprawy z tego, czym byłoby ich życie, gdyby Pan dał im to, o co proszą.
– Idea postępu, zrodzona w czasach oświecenia, rujnuje, według mnie, w dużym stopniu życie duchowe. Mówi ona, dziś to stadium przygotowawcze, przejściowe, jutro, za rok, w następnej dziesięciolatce czeka cię szczęście, świetlana przyszłość. Idea postępu zabija trwanie tu i teraz. A przecież jedynie tu i teraz Bóg jest z nami.
– Święte słowa. Ihumen watopedzkiego monasteru, o. Efrem, podczas jednego ze spotkań powiedział: „Będę wam to powtarzać setki i tysiące razy, jak Hospodi pomiłuj, kiedy tę modlitwę powtarzamy nie czterdzieści razy a setki, tysiące razy, przez całe życie. Nie wyobrażajcie sobie innej rzeczywistości od tej, którą macie dzisiaj, szczególnie wy, mnisi. Jeśli zaczynasz marzyć, wymyślać inną rzeczywistość, to musisz zacząć płakać nad sobą. Bo nie możesz mieć innej od tej, którą posiadasz teraz – z krzyżem, chorobami, problemami. To twoja rzeczywistość. W niej masz się zbawiać”.
– Metropolita Sawa, podczas wyświęcenia cerkwi w Andryjankach 21 maja kilka razy powtarzał: „Nie narzekaj na to co masz, bo może być gorzej”.
– Doświadczenia naszych przodków – wojny, głodu, bieżeństwa – stają się dla nas abstrakcją. Zaczynamy przywiązywać wagę do małych niewygód, małych problemów. Nawet dorośli mają swoje fanaberie. Sami też stajemy się źródłem patologii, od których cierpimy.
– Niektórzy mówią, że Pan Bóg urządził igrzyska i patrzy, jak się potykamy.
– I nie dostrzegamy zastępów świętych i aniołów, którym tak bardzo zależy, byśmy żyli z Bogiem, by wyrwać nas z sideł i igraszek diabła, którego obecność bagatelizujemy i nie pamiętamy, że diabeł to nie żartowniś co płata figle, tylko byt, który chce nas zniszczyć i ma ku temu ogromne doświadczenie.
– Potrzebujemy kanonu.
– Kanon to grecki wyraz, oznacza ciężarek zawieszony na sznurku, przy pomocy którego wznoszono domy i fortece. Dla nas kanonem są święci. W troparionie do swiatitiela Mikołaja Cudotwórcy śpiewamy prawiło wiery i obraz krotosci. Te słowa przeszły do troparionów innych swiatitieli. Musimy zawsze mieć przed sobą obraz kogoś większego, świętszego. Nie możemy żyć bez komunii ze świętymi. Kiedyś żywoty świętych, Ewangelia były powszechną lekturą. Uczono się z tych ksiąg czytania i życia. Dobrze, że wydawnictwo Bratczyk rozpoczęło wydawanie żywotów świętych. Dobrze, że przybywają do nas relikwie świętych, jak św. Marii Magdaleny czy św. Spirydona Trymifundzkiego, co sprzyja także poznawaniu ich świętego życia.
– Bywają sytuacje, kiedy jedno z małżonków chodzi do cerkwi, a drugie nie. Jak wtedy nauczyć niechodzącą osobę kanonu wiary?
– Och, to częste sytuacje. Przyjeżdża do nas biedna matka i skarży się: „Mąż pije, do cerkwi nie chodzi i dzieci nie chodzą”.
– Co ma ona robić?
– Częściej mówić Panu Bogu o swoich bliskich, niż bliskim o Panu Bogu. Taka matka bardzo cierpi. Chce za wszelką cenę zaprowadzić bliskich do cerkwi. Ale musi zrozumieć, że dopiero kiedy Pan dotknie człowieka, zostanie on oświecony. Dlatego tak ważna jest nasza modlitwa za nich, w cerkwi i domu. W cerkwi, kiedy przychodzi czas Chieruwimskiej pieśni, duchowny mówi, byśmy zostawili wszelkie życiowe troski – popieczenija po słowiańsku. To znaczy, że przychodzę do cerkwi, by stanąć na fundamencie, by bezgranicznie zaufać Bogu, bo jeśli ja nie stanę, to nic się nie uda. Na tyle, na ile człowiek zostawi swoje troski Panu Bogu, na tyle On je weźmie.
– Ale my się ich trzymamy.
– Tak. Przywiązujemy się do nich jak kleszcz, jak pijawka – to moja choroba, to mój ból. I to nas paraliżuje. A trzeba odłożyć to popieczenije, zaufać Bogu.
– Często stosujemy zasady klasycznej pedagogiki – ja cię nauczę, ty masz się zmienić.
– Zawsze lepszy jest przykład. W sytuacjach rodzinnych lepiej dać przykład swojej wiary i szczęścia. Gdy wracam z cerkwi, nie wypominam: „Znowu nie poszedłeś!”, tylko w ciszy i spokoju pokazuję, że jestem szczęśliwy, że jestem w stanie znosić czyjeś fanaberie, że one mi nie przeszkadzają. Druga osoba po pewnym czasie zastanowi się – skąd ten spokój i szczęście. Może z cerkwi?
– Dziękuję bardzo za rozmowę.

fot. Anna Radziukiewicz


Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token