Numer 7(373)    Lipiec 2016Numer 7(373)    Lipiec 2016
fot.Anna Radziukiewicz
Wyklęci dzielą
Anna Radziukiewicz
Eugeniusz Czykwin: – Młodzież z prawosławnych rodzin, uczniowie czy studenci, włączają się w struktury ONR czy Młodzieży Wszechpolskiej. To nowe, niepokojące zjawisko.
Anna Choruży: – Niestety tak jest. Młodzi ludzie, których przodkowie bywa że nawet ginęli z rąk żołnierzy wyklętych, wstępują w szeregi narodowych polskich organizacji. Jeden z moich uczniów nie mógł zrozumieć, dlaczego „Bury” nie jest dla prawosławnych Białorusinów bohaterem. – Czytałeś stronę internetową „Bury nie mój bohater”? – spytałam go. Usłyszałam ostro: – To propaganda, proszę pani. Temat kontynuowaliśmy na kolejnych lekcjach. Uczeń wykazał dobrą wolę i zainteresował się innymi źródłami, które informowały o działalności żołnierzy wyklętych. Duży wpływ na jego zmianę zdania o pseudobohaterze „Burym” miała rozmowa z jego bliskimi, którzy pochodzili z okolic Hajnówki. Od nich usłyszał inny przekaz. Potem za sukces uznał, że kiedy w Hajnówce maszerowała młodzież wszechpolska, nie skandowała „wielka Polska katolicka”, tylko „wielka Polska chrześcijańska”. Tomasz Sulima: – Oceniam, że około 20 procent narodowców w Hajnówce jest wyznania prawosławnego.
Anna Radziukiewicz: – Rozmyliśmy w naszej młodzieży poczucie przynależności do „narodu ruskiego starożytnej wiary greckiej”, dziś na naszych ziemiach powszechnie nazywanego białoruskim czy ukraińskim.
Anna Choruży: – Pytam swoich uczniów: – Kim się czujecie? – No jak to, Polakami! – odpowiadają. – A ja jestem Białorusinką. Oni: – A gdzie się pani urodziła, na Białorusi? – W Polsce – odpowiadam. Ale moi rodzice, dziadkowie, pradziadkowie byli Białorusinami. Używali ruskiej mowy. Tak było przez wieki. Dlaczego więc w ostatnim pokoleniu mam zrywać z nimi wszelkie związki, odrzucić ich całą kulturę, przekreślić ich wszystkie cierpienia?
Eugeniusz Czykwin: – Trudne są drogi dochodzenia do świadomości młodzieży?
Anna Choruży: – O tak. Miałam kiedyś grupę, z którą oglądałam wspomnienia świadków mordu oddziału Romualda Rajsa w Zaleszanach. – Niech pani nam więcej nie pokazuje tej propagandy – uczniowie na to. W grupie znalazł się tylko jeden uczeń, z Wasilkowa, który wiedział, kim byli żołnierze Burego dla prawosławnych. Tę wiedzę wyniósł z domu.
Oleg Łatyszonek: – Dochodzimy do tragicznej dla nas sytuacji, kiedy prawosławny Polak, a coraz więcej młodych siebie tak określa, jest tak samo obcy prawosławnemu Białorusinowi, jak Polak katolik.
Walentyna Łojewska: – Oczywiście, że tak. Ale dzieci są niewinne. To ich rodzice dokonali wyboru. Zaniechali ich wychowania także w duchu ciągłości narodowościowej. Moje dzieci w szkole także przeszły ścieżkę patriotycznej historii. Ale jeździły ze mną po białoruskich wsiach Białostocczyzny. Słuchały opowieści o tym, co się w nich działo po wojnie. Mój syn przyniósł na lekcję historii, kiedy była mowa o żołnierzach wyklętych, książkę Sławka Iwaniuka oraz materiały, które udało mi się zgromadzić na temat zbrodni tych żołnierzy. Wręczył nauczycielce historii. Nauczycielka nie wróciła potem do tematu.
O. Marek Ławreszuk: – Mit funkcjonuje często zupełnie w oderwaniu od wiedzy. W mit żołnierzy wyklętych wlano wystarczająco dużo paliwa, by był on przez długie lata napędzany. Ten napęd zasila i naszą młodzież. To zjawisko widzę i w parafii. W cerkwi pojawiają się młodzi w koszulce „młodzież wszechpolska”. Walka z tym zjawiskiem jest bardzo trudna, bo jeden nieopatrzny ruch i młody może zdjąć koszulkę, ale razem z krzyżykiem.
Eugeniusz Czykwin: – Skąd to zjawisko?
O. Marek Ławreszuk: – Ścieżka jest prosta. Mecze Jagiellonii, poczucie wspólnoty, identyfikacji, klub kibiców, patriotyczna ideologia – w tym wszystkim uczestniczy i nasza młodzież – i brak z naszej strony równie atrakcyjnej alternatywy. Jest problem z naszą identyfikacją. Obserwujemy, jak program majowej pielgrzymki młodzieży na Świętą Górę Grabarkę wypala się, jak przyjeżdża na nią coraz mniej młodzieży. Musimy jej dawać powody do dumy z przynależności do własnej kultury i tradycji. I rozmawiać z młodymi w domach. Dyskutuję już ze swoją dziesięcioletnią córką, która w szkole uczestniczy w apelach poświęconych żołnierzom wyklętym, a za wiedzę o nich może zdobywać punkty.
Anna Radziukiewicz: – Może więc warto kilka tematów odnośnie lokalnej historii, jak tak drażliwy o żołnierzach wyklętych, wprowadzić do nauki religii?
Anna Choruży: – Wprowadzam takie tematy. Moi uczniowie dowiadują się o bieżeństwie czy żołnierzach wyklętych, ale obserwuję wielki niedostatek materiałów na ten temat. Sięgam po materiały publikowane w Przeglądzie Prawosławnym. Uważam, że powszechnie powinna być dostarczana i tego typu wiedza naszym uczniom. Oni dobrze ją przyjmują, czytając o wsiach, miasteczkach, z których pochodzili ich przodkowie.
Tomasz Sulima: – Umówmy się, straciliśmy pokolenie. Przez ostatnie gdzieś dwa dziesięciolecia rozchodziły się nam dwie nogi – prawosławna i białoruska. Nie potrafiliśmy stworzyć pozytywnego etosu białoruskiego. Uczyłem się w liceum białoruskim w Bielsku Podlaskim. Trafia tam 95 procent prawosławnej młodzieży. Podobnie jest w liceum w Hajnówce. Ta młodzież traktuje język białoruski jak piąte koło u wozu. Po opuszczeniu tych szkół wielu z nich staje się wręcz wrogami białoruskości.
Anna Radziukiewicz: – Może w treściach podręczników białoruskich było za dużo łapci, sochy, pola, nędzy białoruskiego chłopa, także pogańskich zwyczajów. Jako redaktorka ostatniej edycji podręczników do nauki literatury i kultury białoruskiej do klas licealnych – pierwszy jest już w szkołach, drugi, mam nadzieję, trafi w najbliższym roku szkolnym do uczniów – próbuję ten schemat przełamać, pokazać Białorusinów jako godny naród o własnych osiągnięciach literackich, także naukowych czy społecznych. Nie wiem, komu zależało przedtem na tym, by Białorusinów nieustannie zawstydzać jako tych gorszych, niecywilizowanych, nawet wbrew faktom historycznym.



Dorota Wysocka: – Pamiętajmy – pisaliśmy już o tym na naszych łamach – że większość i mniejszości narodowe mają inną pamięć. To co dla większości jest mało znaczącym epizodem, mniejszości wciąż odczuwają jak niezagojoną ranę. Czasami za niedostrzeganiem przez większość problemów mniejszości kryje się nie zła wola, tylko nieświadomość.
Walentyna Łojewska: – Nie zgadzam się ze słowami o straconym pokoleniu. Dla mnie stracone jest tylko to, co nie żyje. Wyjeżdżając w roku 1980 do Warszawy, nie rozmawiałam po swojemu. Dopiero w stolicy się nauczyłam, bo spotkałam ludzi, którzy mi zaimponowali, a którzy rozmawiali po swojemu. Tam zrozumiałam, skąd jestem i że jestem taka sama, jak ci, którzy mi imponują. Nastały lata dziewięćdziesiąte z silnym białoruskim ruchem studenckim. Młodzi śpiewali po swojemu, organizowali Basowiszcza, zagłębiali się w rodzimą historię, czytali po białorusku.
Tomasz Sulima: – Dla mnie przykładem jest praca Doroteusza Fionika, którego wspieram wraz z grupą młodych ludzi. Wszystko co robi, harmonijnie łączy prawosławie z białoruskością, tutejszością. Zbliża dwie nogi, które nam tak się rozeszły.

Oleg Łatyszonek: – Już za mojej młodości w Białymstoku chyba nikt z moich prawosławnych kolegów nie uważał się za Białorusina. Wyrosło tu już drugie albo i trzecie pokolenie prawosławnych Polaków.
Anna Radziukiewicz: – Batiuszkowie w cerkwiach upominają: „Nie wstydźcie się swojej wiary”. Tak okrzepłej, o tak nieprzebranym bogactwie! Użyto przeciwko nam potężnej broni – wstydu – wagi którego nie zauważamy. Panująca ideologia każe gardzić wszystkim, co wiąże się ze Wschodem albo nie dostrzegać jego osiągnięć, nawet oczywistych.
Oleg Łatyszonek: – W każdym razie trzeba być wielkiej wiary, by mieć nadzieję, że tych ludzi coś oświeci. Ale jednocześnie chylę czoło przed około dwustoma rodzicami, którzy posyłają w Białymstoku swoje dzieci do „białoruskiego przedszkola”.
Eugeniusz Czykwin: – Jest i drugi problem – mówić czy milczeć na temat naszego bólu o micie żołnierzy wyklętych?
Tomasz Sulima: – To znaczy mrówka ma prosić słonia o wrażliwość?
Halina Surymowicz: – Mówić. Podam przykład. Henryk Zdanowicz, mieszkaniec Topilca, który przyjechał to po wojnie jako repatriant – był wtedy małym dzieckiem i osiadł z rodzicami w domu po prawosławnych, wypędzonych do „raju” – zorganizował niedawno w Chroszczy, czyli w swojej gminnej miejscowości, spotkanie. Reprezentował Towarzystwo Opoka Wiara i Tożsamość. Jak się dowiedziałam, była to po części odpowiedź na moją publikację, czyli monografię „500 lat parafii prawosławnej w Choroszczy”, liczącą trzysta stron. W niej napisałam także o wypędzeniach prawosławnych rodzin z tej parafii do owego „raju”, czyli Związku Radzieckiego i mordach popełnionych na tychże mieszkańcach. Zdanowicz w swoich poszukiwaniach dokumentów i wystąpieniu szukał usprawiedliwienia dla tych wygnań i mordów, bo ci ludzie, jak dowodził, należeli do Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi, bo zakładali kołchozy, bo nie chcieli autokefalii Cerkwi w Polsce. Słusznie więc, według prelegenta, zostali zamordowani. Zapytałam, czy słusznie została zamordowana Ksenia Potko i jej córki – 16-letnia i 18-letnia, albo 17-letni Konstanty Chaniewski, który przyjechał z Białegostoku do swoich znajomych, zamordowany okrutnie. Czy oni też byli członkami partii? W parafialnych księgach metrykalnych znalazłam informacje o 18 zamordowanych osobach. Do okrutniejszej rzezi doszło w sąsiednich parafiach – Topilcu i Fastach, w których zginęło ponad sześćdziesiąt osób. Być może tam ginęli nie tylko prawosławni, może i ci, co wspierali nowy ustrój ludowy. Powinniśmy więc mówić swoim głosem o tamtych wydarzeniach i badać je, nie uogólniając, korzystając choćby z archiwów IPN.
Dorota Wysocka: – Problem żołnierzy wyklętych dotyczy nie tylko środowiska białorusko-prawosławnego. On także boleśnie dzieli środowisko polsko-katolickie. Tyle że pamięć o tych żołnierzach została zawłaszczona przez jedną opcję polityczną i ta każe gloryfikować tych żołnierzy. Czytałam niedawno monografię jednej z gmin w zachodniej części województwa podlaskiego. Jednym z „bohaterów” gminy jest wyklęty – „Huzar”. Przez kilka powojennych lat jego mały oddział zabił sto kilkadziesiąt osób. Działał więc jak masowy morderca. Tymczasem, zdawałoby się poważny, historyk stwierdza: Owszem, zdarzały się pomyłki. Jakże łatwo da się wszystko usprawiedliwić!
Oleg Łatyszonek: – Są polskie miejscowości, w których są niszczone tablice, upamiętniające żołnierzy wyklętych. Bo żyją jeszcze ludzie, którzy pamiętają mordy na członkach ich rodzin, dokonane przez tych żołnierzy. Słyszałem od wielu badaczy, historyków, że jest w kraju ogromny opór przeciwko procesowi gloryfikacji tych żołnierzy.
Dorota Wysocka: – Pamiętam opublikowany w „Kontrastach” w latach 80. reportaż. Katolicka wieś nie dopuściła do prymicyjnej mszy księdza, który – jako wyklęty – zamordował w ich wsi rodzinę. Potem pokutował i został księdzem, ale wieś, trzydzieści parę lat po wojnie, nie powiedziała mu: „Przebaczamy”.
Halina Surymowicz: – W Choroszczy ludzie wystąpili przeciw inicjatywie postawienia pomnika jednemu z żołnierzy wyklętych na Placu Brodowicza, przed szpitalem. Powiedzieli: „Zbyt dużo ma on na swoim sumieniu grzechów”. Z inicjatywą wystąpili bliscy tego żołnierza. A ludzie im powiedzieli: „Naprawcie najpierw krzywdy tym, którym wasz kuzyn je wyrządził”.
Oleg Łatyszonek: – Proszę zauważyć, że kult żołnierzy wyklętych rozwija się tam, gdzie nie działali – czyli w dużych miastach i wśród tych, którzy tamtych czasów nie pamiętają – czyli młodzieży. Tam, gdzie wyklęci działali, ludzie jeszcze pamiętają, kogo i z jakiej rodziny zabili i ich do tego kultu trudno zmusić. Niestety, dzieciom i młodzieży można wmówić wszystko. Smutne jest to, że nawet historycy z profesorskimi tytułami tworzą biało-czarny obraz powojennych lat, biel przypisując wyklętym.
Walentyna Łojewska: – Chcę wrócić do pytania – mówić czy nie o problemie z żołnierzami wyklętymi. Otóż jest propozycja posła RP Dariusza Piontkowskiego, by białostocką ulicę generała Berlinga przemianować na Szendzielarza, czyli „Łupaszki”. W połowie wakacji radni miasta Białegostoku mogą na ten temat podjąć uchwałę i tysiące ludzi, mieszkających przy Berlinga, chcąc tego czy nie, będą czcić żołnierza wyklętego. Zrobiłam sondę wśród około trzydziestu spotkanych mieszkańców tej ulicy. Tylko trzech było za zmianą na Szendzielarza. Jeśli nastąpi zmiana nazwy ulicy, będzie to policzek dla społeczeństwa.
Eugeniusz Czykwin: – W gloryfikowanie żołnierzy wyklętych, bez rozróżniania co robili, zaangażowane są instytucje państwowe, media, część katolickiego duchowieństwa i część polskich historyków. Wszyscy oni wiedzą o paleniu wsi, zabijaniu kobiet i dzieci, ale usprawiedliwiają sprawców, bo walczyli w słusznej sprawie. Wątpię, by nasz głos miał jakiekolwiek znaczenie, ale ze względu na pamięć o ofiarach powinniśmy o tym mówić. Może powinniśmy napisać list otwarty, apel, i wystosować go do władz i Kościołów?
Tomasz Sulima: – Taki list wysłali przedstawiciele mniejszości białoruskiej w lutym tego roku na ręce prymasa Polski Grzegorza Polaka. To był list w sprawie marszu, organizowanego w Hajnówce przez Młodzież Wszechpolską, wyznaczonego na dzień pamięci żołnierzy wyklętych. Organizatorzy proponowali zakończyć marsz modlitwą w kościele. Jednak kościoły dla manifestantów zostały zamknięte. Czy ten list spowodował zmianę planu? Wiem, że prymas skierował list do biskupa drohiczyńskiego.
Eugeniusz Czykwin: – Pytanie kieruję do ojca Marka – jak powinniśmy reagować?
O. Marek Ławreszuk: – Rozmawiamy w dzień po uroczystościach, jakie odbyły się w Chełmie i Zbuczu, gdzie czciliśmy męczenników ziemi chełmskiej i podlaskiej. Nie czciliśmy zwycięstwa ani porażki, bo Cerkiew tym się nie zajmuje. Wspominaliśmy pewną prawdę historyczną, zakreślaliśmy pole naszego dziedzictwa. I wyznaczaliśmy naszą odpowiedzialność za tych świętych. Przypomnijmy słowa Chrystusa: „Za wysoką cenę zostaliście wykupieni”. Tą ceną jest krew. Jesteśmy dłużnikami świętych. Święci ziemi chełmskiej i podlaskiej to nasi przodkowie. To nasz wzór. W Cerkwi nie ma miejsca na sąd nad „Burym” czy „Łupaszką”, ale jest miejsce, by pochylić się nad ich ofiarami. Ofiary to nasze ziarno. Posiane, kiełkuje – w Chełmie, Zbuczu, w Białymstoku przy cerkwi Świętego Ducha w postaci pomnika – kaplicy powojennych ofiar. Katechecie młodzież może nie uwierzyć, ale świętym, Cerkwi, uwierzy.
Eugeniusz Czykwin i Anna Radziukiewicz: – Dziękujemy bardzo za udział w dyskusji.

fot. Anna Radziukiewicz

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token