Numer 8(374)    Sierpień 2016Numer 8(374)    Sierpień 2016
fot.Jarosław Charkiewicz
Rynek pamięci
Anna Radziukiewicz
Nietypowa to była sesja jak na polską scenę. O stosunkach mówiono poważnie i bito się głównie w polskie piersi. Temat zasadniczy to polityka historyczna, czyli ani polityka, ani historia, tylko historia dziurawa, wypreparowana na użytek aktualnej polityki. W Polsce taka triumfuje. Tworzy swoje mity, legendy, symbole i stygmaty. Od takiej polityki nie jest wolna i Rosja. Ulega jej coraz więcej krajów europejskich. Zaprzęga się wszystko, nawet historię, by nadać wagę politycznym wyborom i narracji, by użyć słowa, które ostatnio zrobiło zawrotną karierę.
Główny animator warszawskiego spotkania, prof. Stanisław Bieleń, na sesji poprzestać nie chce. Chce, by przedstawiciele różnych dyscyplin humanistycznych tworzyli środowisko, które wbrew powszechnemu nurtowi polityki historycznej mówiłoby własnym głosem, przedstawiało w miarę zobiektywizowaną prawdę, choć wie, że przy obecnej koniunkturze nie jest to łatwe. Krytyczna bowiem wizja dziejów przegrywa w Polsce z nostalgiczną. Ostatniej ulegają historycy i politolodzy, przedmiotem badań i dyskursu zamiast zobiektywizowanych prawd czyniąc polityczne doktryny.



O polskich kompleksach
wobec Rosji i Rosjan

W Polsce kompleksy? Niemożliwe! Tylko pogarda wobec Rosji i poczucie wyższości – można powiedzieć, włączając dowolny program TV, wchodząc do Internetu, czytając prasę i książki. Jednak prof. Adam Wielomski z Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach twierdzi, że ten kompleks istnieje. Przejawia się on właśnie w poczuciu wyższości, niechęci, a w pewnych środowiskach wręcz nienawiści do Rosjan i Rosji. Antyrosyjskość staje się znakiem prawdziwego patriotyzmu. Gorsi, mniej kulturalni, mniej cywilizowani, prymitywni, biedni, zacofani – taki obraz Rosjan, nazywanych Ruskimi – co we współczesnym polskim języku jest sygnałem pogardy – rysują głównie elity postsolidarnościowe i kombatanci walk z PRL. Człowiek czy naród z kompleksami musi nieustannie udowadniać swoją wyższość.
Na poczucie kompleksu wskazuje zdaniem profesora także mentalność rewolucjonisty, w Polsce bardzo silna. To ona każe przypisywać sobie wszystkie zasługi. To my Polacy zrzuciliśmy jarzmo komunizmu i wyzwoliliśmy od niego Europę – w polskich mediach tak się patrzy na rozpad Związku Radzieckiego. I nie bierze się pod uwagę kryzysu gospodarczego, w jaki popadła radziecka gospodarka, stając się zasadniczą przyczyną kryzysu ZSRR. W Polsce natomiast wiedzie się spór – kto obalił ZSRR – Lech Wałęsa, a może Lech Kaczyński – stwierdza profesor.
Zdaniem profesora poczucie wyższości miesza się z panicznym strachem przed Rosją. Stąd wynika obecne dążenie do wzmacnianie wschodniej flanki.
Źródła kompleksów tkwią według Adama Wielomskiego w historii. W XVI wieku Rzeczpospolita była mocarstwem. Na początku następnego wieku rozpętała Dymitriady, weszła na Kreml – czym, dodajmy, chełpią się do dziś przedstawiciele polskiej prawicy. Ale potem karta się odmieniła, sami się zjedli z głodu, Dymitriada skończyła się porażką. Wiek później, w 1717 roku, Sejm Niemy wykazał dominację polityczną obcej władzy, absolutystycznej, samodzierżawnej, carskiej Rosji. Wieki osiemnasty i dziewiętnasty były czasem polskich porażek i imperialnego rozmachu carskiej Rosji. Jakby dla złagodzenia bólu utraty niepodległości przez Polskę, rozwijała się wizja mesjanistyczna, zrodzona przez polski romantyzm i trwała aż po Giedroycia.
Dodajmy, trwa i po śmierci redaktora z Paryża. Do jego wizji nawiązywała opozycja PRL, Solidarność od pierwszego zjazdu i niemal wszystkie rządy III RP.
Do Giedroycia pielgrzymował Aleksander Kwaśniewski po wyborze na prezydenta. To była wizja niesienia na Wschód pochodni wolności, podbudowana poczuciem wyższości, traktowanie Wschodu jako terenu misyjnego dla wartości zachodnich, które reprezentuje Polska. To było dążenie do osłabiania Rosji, poprzez wyrywanie spod jej sfery wpływów Ukrainy, Białorusi, państw nadbałtyckich, nawet Gruzji. To było zabezpieczanie się przed rosyjskim imperializmem. To była wizja jakiegoś romantycznego prometeizmu, gdzie zadaniem Polski była demokratyzacja Wschodu, na koniec spełnienie marzenia – kolorowa rewolucja w Moskwie, po której demokratyczna Rosja stanie się przyjacielem Polski.
– Tego typu myślenie, gdzie poczucie wyższości miesza się z kompleksem niższości, nie ma charakteru racjonalnego – kończył prof. Wielomski.

O spojrzeniu rasowym
Polskiej świadomości historycznej wobec Rosjan przyjrzał się też prof. Andrzej Wierzbicki (UW), z jej ksenofobią, nawet rasizmem. Zaczął od tego, że w XIX wieku dominowało myślenie rasowe. Reprezentowało je wielu przedstawicieli nauki brytyjskiej, francuskiej czy niemieckiej. Jedni uważali, że różnice rasowe nie mają cech wrodzonych, są więc do przezwyciężenia, a ludzie żyją w wyższych i niższych cywilizacjach. Ci z wyższych mogą narzucić swój system wartości tym z niższych cywilizacji. Inni traktowali rasę jako funkcję biologii, czyli cechę wrodzoną, której ani przezwyciężyć, ani zniwelować nie można. W ten sposób tworzyła się według nich nieprzekraczalna bariera między narodami, należącymi do różnych ras.
Na Rosję w XIX wieku też patrzyła część Polaków z punktu widzenia rasowego. Franciszek Bochiński tworzył antynomie: My Polacy jesteśmy Słowianami, Europejczykami, a Rosjanie to Azjaci, Mongołowie, to Tatarszczyzna i barbarzyństwo, ciemnota, zacofanie, gorszość. Podważał w ten sposób nie tylko słowiańskość i europejskość Rosjan, ale nawet ich przynależność do rasy aryjskiej. Inny przedstawiciel tego nurtu, historyk Henryk Paszkiewicz, także kwestionował słowiańskie pochodzenie Rosjan. Wskazywał na ich ugrofińskie korzenie. Czyli oni Finowie, my Słowianie. Nawet współczesny nam noblista Czesław Miłosz w swoich rozważaniach o relacjach polsko-rosyjskich pisze, że Rosja nie przedstawia niczego atrakcyjnego kulturowo – wysunięta poza orbitę świata, przedstawia sobą nicość. Pisarz i myśliciel Henryk Kamiński używał względem Rosji pojęcia „barbaria”, co miało oznaczać bezmyślność, nieświadomość, brak wykształcenia, także brak zdolności odróżniania dobra od zła, a to miało znaczyć, że państwo rosyjskie nie miało świadomości, jakie krzywdy wyrządza innym narodom. Jan Kucharzewski w swoim wielotomowym dziele stwierdza, że Rosjanie są jedynie zdolni do przyswajania obcej kultury. Pisał że kultura rosyjska ma charakter naśladowczy, nie twórczy. Może przyjąć tylko to, co powstało na Zachodzie, sama stworzyć niczego nie może. To nawiązuje, zdaniem Wierzbickiego, do koncepcji Hitlera o narodach nosicielach kultury, takich jak germańskie.
Wyznanie traktowano podobnie. Prawosławie postrzegano jako wyznanie państwowe i narzędzie rusyfikacji, widziano w nim pusty rytualizm. W katolicyzmie widziano głęboką duchowość.
Porównanie Polaków i Rosjan w polskiej świadomości historycznej wyglądało tak – sumował profesor Wierzbicki – że Polska i Polacy byli przedstawiani jako reprezentujący pożądane wartości, Rosjanie przedstawiali antywartości, czyli wszystko co trzeba negować, potępiać i zmieniać. Postrzeganie Rosjan było przeniesione na ludzi radzieckich. ZSRR uznawano za organizm, który przedłużał państwowość rosyjską, mimo jego ogromnego zróżnicowania etnicznego. A to pozwoliło Janowi Kucharzewskiemu w jego dziele pisać nawet o czerwonym caracie.

O liczeniu ofiar i pomnikach
O polskich przewinach wobec Rosji mówił prof. Andrzej Romanowski (UJ), polonista, redaktor naczelny Polskiego Słownika Biograficznego, publicysta. Analizował sprawy trudne po obu stronach – rozmiar rzezi, mordów. Kto dokonał pierwszej rzezi w stosunkach wojennych polsko-rosyjskich? – pytał. To była rzeź 1400 moskiewskich jeńców wojennych w 1535 roku, dokonana na rozkaz hetmana wielkiego koronnego Jana Tarnowskiego w Starodubiu. Jak na wiek XVI było to wydarzenie niebywałe. Rzeź Pragi, dokonana przez ludzi dowodzonych przez generała Suworowa 4 listopada 1794 roku, to dla Polaków bolesna pamięć. Ale to była rosyjska reakcja na brutalne wyrżnięcie rosyjskiego garnizonu w Warszawie podczas insurekcji Kilińskiego. Padło wtedy około 4400 Rosjan. Z koleżanką, pracującą dla Polskiego Słownika Biograficznego, usiłowaliśmy dociec – ilu ludzi mogło zginąć na Pradze. Wyszło nam, że mogło to być 4 tysiące. Może trochę więcej. Tymczasem polska Wikipedia podaje w 2013 roku 12 tysięcy, dziś podniosła liczbę ofiar do 20 tysięcy, a historyk z krakowskiego IPN dr Jarosław Szarek mówi o 25 tysiącach. Do Wikipedii jako źródła chętnie sięgają dziennikarze.
Pamiętamy o ofiarach Katynia. Ale brakuje nam pamięci i współczucia, jeśli chodzi o jeńców bolszewickich z 1920 roku. Według prof. Zbigniewa Karpusa z Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu z chorób, ran, wycieńczenia i głodu zmarło na terenie Polski 16-18 tysięcy jeńców, czyli – choć nikt nie lubi takiego porównania – więcej niż razem polskich jeńców zginęło w Katyniu, Miednoje i Charkowie. – Tak, ale nikt do nich nie strzelał w tył głowy – ripostują Polacy. – Ale jeńcy bolszewiccy umarli – odpowiadam.
Ofiary lat 1944-1945 podczas wyzwolicielskiego marszu Armii Czerwonej. Wiem, było tysiące ofiar NKWD. Ale to państwo, które wyzwoliła Armia Czerwona, do dziś dziedziczymy. Ktoś zdobył Szczecin, Wrocław, Olsztyn. Nawet Czesław Miłosz, który nie był przecież komunistą, stwierdził: – Przykro powiedzieć, ale Polska istnieje z woli i łaski Stalina. My dziś zajmujemy teren, który wywalczyła Armia Czerwona. Nie możemy powiedzieć: – To był najazd.
Prof. Romanowski postawił odważną tezę. – Nie przestanę się upominać o tablicę pamiątkową w Warszawie przy ulicy Miodowej 10 na Pałacu Morsztynów. Tam w 1707 roku rezydował car Piotr I, wkroczywszy do naszej stolicy ze swoimi wojskami jako sojusznik. Wystąpił w obronie legalnego polskiego władcy Augusta II Mocnego. Nie godził się ze Szwedami, którzy narzucili marionetkowego monarchę Stanisława Leszczyńskiego. W ten sposób miasto antyrosyjskich powstań uhonorowałoby postać, mającą rangę w historii i miałoby odwagę powiedzieć, że w historii stosunków polsko-rosyjskich nie wszystko jest tak jednoznaczne, jak domaga się tego obecna polityka historyczna.
Profesor z Krakowa wyraziściej uczciłby też pamięć carskiego generała Sokrata Iwanowicza Starynkiewicza, w latach 1875-1892 prezydenta Warszawy, pochodzącego z Chersonia, który, jak żartobliwie się mówi, „wpuścił Warszawę w kanał”, czyli doprowadził do budowy całego systemu sieci komunalnych. Był wielbiony przez warszawiaków, którzy tłumnie żegnali go podczas pogrzebu. A on za życia otrzymywał wysokiej klasy ordery od cara Aleksandra III. – Zdawałoby się – komentował profesor z Krakowa – że to nie ten kurs. A to był właśnie kurs uznany przez cara za właściwy.
Naszą biedą jest nawarstwiające się z pokolenie na pokolenie przemilczanie pewnych faktów i „pól wspólnych” w historii stosunków polsko-rosyjskich – sumował profesor.
O centryzmach

Dr Anna Jach (UJ) mówiła o polonocentryzmie w relacjach polsko-rosyjskich. – „Centryzmów” jest teraz mnóstwo – zauważyła. – W czym więc problem? Jeżeli poprzez politykę historyczną będziemy wykorzystywać niczego niewinne poczucie patriotyzmu, przywiązanie do ojczyzny, będziemy zbytnio epatować naszymi ranami i krzywdami, doprowadzimy do tego, że nacjonalizmy wezmą górę. To niebezpieczne, bo możemy znaleźć się w miejscu, w którym byliśmy dwa razy, w 1914 i 1939 roku.
Zainicjowana przez Lecha Kaczyńskiego polityka historyczna miała na celu wychowanie młodzieży w duchu patriotycznym – w duchu powstań, żołnierzy wyklętych, Katynia. Ale taki trend oznacza jednocześnie zepchnięcie na margines historii jako nauki, bo więcej w nim mitów niż rzetelnej nauki.
O spojrzeniu Rosjan

Prof. Dmitryj Karnauchow, obecnie wykładający w Pułtusku, stwierdził że dla Polski antyrosyjska narracja staje się podstawą kultury. Co gorsza, jest jedyną słyszalną o ogólnopolskim zasięgu. W Rosji istnieją teraz co najmniej cztery dyskursy dotyczące przeszłości (czerwona, tęskniąca za ZSRR, biała, wielbiąca carską Rosję, państwowa, łącząca obie tradycje i liberalna, negująca prawie całą historię Rosji), jak wyliczała prof. Oksana Pietrowskaja z Moskwy). Czy coś takiego jest możliwe w Polsce, kraju określającym siebie jako wolny i demokratyczny? – pytał. Czy jest możliwa głęboka merytoryczna refleksja?
Prof. Karnauchow wrócił jeszcze do wątku, wciąż przewijającego się podczas sesji – źródeł pogardy Polaków wobec Rosjan. Wskazał na wiek szesnasty. Wtedy granica Polski, sfederowanej z Litwą, przebiegała tak blisko Moskwy, że dziś w to miejsce można dojechać z Moskwy podmiejskim pociągiem w ciągu godziny. W piętnastym i szesnastym wiekach Polscy historycy Jan Długosz, Marcin Kromer, Maciej Stryjkowski stworzyli koncepcję Wschodu jako przestrzeni podbitej przez Polskę. Polska była w niej absolutnym zwycięzcą. I ta tradycja historiozoficzna nie była kwestionowana nawet podczas zaborów. I dziś jest podstawą polskiej świadomości historycznej wobec Rosji. Jeśli ta świadomość jest oparta na szesnastowiecznej wizji, a my żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, to rodzi to problemy, bo nie ma realnej zmiany wizerunku wschodniego sąsiada. Ten sam schemat myślenia obowiązuje od pięciuset lat nie tylko wobec Rosji, ale także Białorusi, Ukrainy, Litwy i innych krajów wschodnich. To są korzenie wrogiej narracji Polski wobec Rosji. Nikt nie zastanawia się nad tym, jaki ma ona wpływ na realne życie. Dla polskiej kultury narodowej staje się ważne wzmacnianie stygmatu wobec Rosji, bo to buduje dumę narodową. A historiografia zamiast obalać mity narodowe, wzmacnia je. Wybieramy w ten sposób ścianę, mur, przedmurze, zamiast mostu.
Burzenie w Polsce pomników, stawianych radzieckim bohaterom drugiej wojny jest uszczelnianiem muru. Prof. Oksana Pietrowskaja mówiła o niezwykle ostrej reakcji w Rosji na ten akt. Przywołała słowa rosyjskiego pisarza Prochanowa, który burzenie pomników porównał do zatrutego harpuna, wymierzonego przez Polaków w jądro rosyjskiej świadomości, w serce rosyjskiej historii, po to by przestało ono bić i oddychać. Według Pietrowskiej istota współczesnego konfliktu między Polską i Rosją tkwi nie w historii, tylko we współczesnym geopolitycznym układzie.

O stygmatach i Ameryce
– Piętnowanie Rosji i niszczenie jej wizerunku ma w Polsce charakter metodyczny – padło odważne stwierdzenie prof. Stanisława Bielenia. „Ależ nikt metodycznie nie działa” – oburzają się polscy politycy – ciągnął mówca. – Uważam jednak, że wiele działań ma charakter zorganizowany, oparty na polityce historycznej. Rusofobia jest podgrzewana z namysłem i premedytacją. Typowe jest „dorabianie gęby” Rosjanom, przenoszenie stereotypów sowietów na współczesnych Rosjan, stygmatyzacja Rosji jako wroga, przemilczanie rosyjskiej potęgi. Stygmatyzacja to utrwalanie w zbiorowej pamięci tego co najgorsze, tu wobec Rosji. Zamiast zapominania i przebaczania, jak lubimy nawiązywać do apelu skierowanego przez biskupów polskich do niemieckich, jest utrwalanie wrogości. Niemcom przebaczamy. Niemców cenimy. Rosjan lekceważymy i ośmieszamy ich. Taki jest trend wśród polityków i polskich dziennikarzy. To patologia.
– Nad polską pamięcią historyczną ciąży megalomańska wizja dziejów. Ona dyktuje nam te stygmaty. Każe widzieć Rosję jako sprawczynię wszystkich krzywd, każe zlewać w jedno antysowietyzm z antyrosyjskością. A to wiąże się z delegalizacją PRL jako państwa satelickiego ZSRR, czyli pozostającego w sowieckim zaborze, choć to państwo istniało realnie – urodziłem się w nim, kształciłem. Dochodzi do prymitywizacji w postrzeganiu Rosji, zwłaszcza po kryzysie ukraińskim i aneksji Krymu. Nastąpiło ogromne uproszczenie poznawcze, co prowadzi do znanego w psychologii i socjologii dialogu głuchych.
– Co dalej? – pytał prof. Bieleń. – Wieje pesymizmem – odpowiadał. – Potrzebna jest terapia historycznej pamięci, uwolnienie jej od szkodliwych obsesji i strachu przed Rosją. Za nią powinny odpowiadać obie strony – polska i rosyjska. Polsko-rosyjska grupa, kierowana przez prof. Adama Rotfelda, nie spełniła swojej roli. Główny powód? Centra dialogu są funkcją woli politycznej. A dobrej woli w Polsce wobec Rosji nie widzę. Polska polityka zagraniczna nie jest od dłuższego czasu polityką suwerenną. I myśl polska nie jest suwerenna. Za własne przyjmuje obce koncepcje polityczne i intelektualne, czyli dziś wizję euroatlantycką, ściśle amerykańską. Tak długo stosunki polsko-rosyjskie pozostaną fatalne, jak długo Ameryka będzie traktować Polskę jako rygiel Zachodu wobec Rosji. Jeśli wybraliśmy rolę elementu służebnego w strategii amerykańskiej, to polskie elity, niezależnie od tego czy lewicowe czy prawicowe, pozostaną służebne wobec obcego interesu. O czym mówię? – żachnie się wielu. Przecież USA jest naszym strategicznym sojusznikiem! Odpowiadam: – Ale jest diametralna asymetria między światowym mocarstwem i naszym krajem. Przypisywanie sobie partnerstwa z hegemonem jest ogromnym błędem. Tu nie ma miejsca na równość, jedynie na podporządkowanie, subordynację. Warto o tym mówić.
Podczas sesji padło pytanie – kto powinien kreować polską politykę wschodnią? – Nie dyletanci ani ludzie z pokrojem ideologicznym, pasującym do rządzącej ekipy – padła odpowiedź. Powinni to być ludzie wykształceni, kompetentni i doświadczeni.

Anna Radziukiewicz
fot. autorkaietypowa to była sesja jak na polską scenę. O stosunkach
mówiono poważnie i bito się głównie w polskie piersi. Temat zasadniczy to polityka historyczna, czyli ani polityka, ani historia, tylko historia dziurawa, wypreparowana na użytek aktualnej polityki. W Polsce taka triumfuje. Tworzy swoje mity, legendy, symbole i stygmaty. Od takiej polityki nie jest wolna i Rosja. Ulega jej coraz więcej krajów europejskich. Zaprzęga się wszystko, nawet historię, by nadać wagę politycznym wyborom i narracji, by użyć słowa, które ostatnio zrobiło zawrotną karierę.
Główny animator warszawskiego spotkania, prof. Stanisław Bieleń, na sesji poprzestać nie chce. Chce, by przedstawiciele różnych dyscyplin humanistycznych tworzyli środowisko, które wbrew powszechnemu nurtowi polityki historycznej mówiłoby własnym głosem, przedstawiało w miarę zobiektywizowaną prawdę, choć wie, że przy obecnej koniunkturze nie jest to łatwe. Krytyczna bowiem wizja dziejów przegrywa w Polsce z nostalgiczną. Ostatniej ulegają historycy i politolodzy, przedmiotem badań i dyskursu zamiast zobiektywizowanych prawd czyniąc polityczne doktryny.

O polskich kompleksach
wobec Rosji i Rosjan
W Polsce kompleksy? Niemożliwe! Tylko pogarda wobec Rosji i poczucie wyższości – można powiedzieć, włączając dowolny program TV, wchodząc do Internetu, czytając prasę i książki. Jednak prof. Adam Wielomski z Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach twierdzi, że ten kompleks istnieje. Przejawia się on właśnie w poczuciu wyższości, niechęci, a w pewnych środowiskach wręcz nienawiści do Rosjan i Rosji. Antyrosyjskość staje się znakiem prawdziwego patriotyzmu. Gorsi, mniej kulturalni, mniej cywilizowani, prymitywni, biedni, zacofani – taki obraz Rosjan, nazywanych Ruskimi – co we współczesnym polskim języku jest sygnałem pogardy – rysują głównie elity postsolidarnościowe i kombatanci walk z PRL. Człowiek czy naród z kompleksami musi nieustannie udowadniać swoją wyższość.
Na poczucie kompleksu wskazuje zdaniem profesora także mentalność rewolucjonisty, w Polsce bardzo silna. To ona każe przypisywać sobie wszystkie zasługi. To my Polacy zrzuciliśmy jarzmo komunizmu i wyzwoliliśmy od niego Europę – w polskich mediach tak się patrzy na rozpad Związku Radzieckiego. I nie bierze się pod uwagę kryzysu gospodarczego, w jaki popadła radziecka gospodarka, stając się zasadniczą przyczyną kryzysu ZSRR. W Polsce natomiast wiedzie się spór – kto obalił ZSRR – Lech Wałęsa, a może Lech Kaczyński – stwierdza profesor.
Zdaniem profesora poczucie wyższości miesza się z panicznym strachem przed Rosją. Stąd wynika obecne dążenie do wzmacnianie wschodniej flanki.
Źródła kompleksów tkwią według Adama Wielomskiego w historii. W XVI wieku Rzeczpospolita była mocarstwem. Na początku następnego wieku rozpętała Dymitriady, weszła na Kreml – czym, dodajmy, chełpią się do dziś przedstawiciele polskiej prawicy. Ale potem karta się odmieniła, sami się zjedli z głodu, Dymitriada skończyła się porażką. Wiek później, w 1717 roku, Sejm Niemy wykazał dominację polityczną obcej władzy, absolutystycznej, samodzierżawnej, carskiej Rosji. Wieki osiemnasty i dziewiętnasty były czasem polskich porażek i imperialnego rozmachu carskiej Rosji. Jakby dla złagodzenia bólu utraty niepodległości przez Polskę, rozwijała się wizja mesjanistyczna, zrodzona przez polski romantyzm i trwała aż po Giedroycia.
Dodajmy, trwa i po śmierci redaktora z Paryża. Do jego wizji nawiązywała opozycja PRL, Solidarność od pierwszego zjazdu i niemal wszystkie rządy III RP.
Do Giedroycia pielgrzymował Aleksander Kwaśniewski po wyborze na prezydenta. To była wizja niesienia na Wschód pochodni wolności, podbudowana poczuciem wyższości, traktowanie Wschodu jako terenu misyjnego dla wartości zachodnich, które reprezentuje Polska. To było dążenie do osłabiania Rosji, poprzez wyrywanie spod jej sfery wpływów Ukrainy, Białorusi, państw nadbałtyckich, nawet Gruzji. To było zabezpieczanie się przed rosyjskim imperializmem. To była wizja jakiegoś romantycznego prometeizmu, gdzie zadaniem Polski była demokratyzacja Wschodu, na koniec spełnienie marzenia – kolorowa rewolucja w Moskwie, po której demokratyczna Rosja stanie się przyjacielem Polski.
– Tego typu myślenie, gdzie poczucie wyższości miesza się z kompleksem niższości, nie ma charakteru racjonalnego – kończył prof. Wielomski.

O spojrzeniu rasowym
Polskiej świadomości historycznej wobec Rosjan przyjrzał się też prof. Andrzej Wierzbicki (UW), z jej ksenofobią, nawet rasizmem. Zaczął od tego, że w XIX wieku dominowało myślenie rasowe. Reprezentowało je wielu przedstawicieli nauki brytyjskiej, francuskiej czy niemieckiej. Jedni uważali, że różnice rasowe nie mają cech wrodzonych, są więc do przezwyciężenia, a ludzie żyją w wyższych i niższych cywilizacjach. Ci z wyższych mogą narzucić swój system wartości tym z niższych cywilizacji. Inni traktowali rasę jako funkcję biologii, czyli cechę wrodzoną, której ani przezwyciężyć, ani zniwelować nie można. W ten sposób tworzyła się według nich nieprzekraczalna bariera między narodami, należącymi do różnych ras.
Na Rosję w XIX wieku też patrzyła część Polaków z punktu widzenia rasowego. Franciszek Bochiński tworzył antynomie: My Polacy jesteśmy Słowianami, Europejczykami, a Rosjanie to Azjaci, Mongołowie, to Tatarszczyzna i barbarzyństwo, ciemnota, zacofanie, gorszość. Podważał w ten sposób nie tylko słowiańskość i europejskość Rosjan, ale nawet ich przynależność do rasy aryjskiej. Inny przedstawiciel tego nurtu, historyk Henryk Paszkiewicz, także kwestionował słowiańskie pochodzenie Rosjan. Wskazywał na ich ugrofińskie korzenie. Czyli oni Finowie, my Słowianie. Nawet współczesny nam noblista Czesław Miłosz w swoich rozważaniach o relacjach polsko-rosyjskich pisze, że Rosja nie przedstawia niczego atrakcyjnego kulturowo – wysunięta poza orbitę świata, przedstawia sobą nicość. Pisarz i myśliciel Henryk Kamiński używał względem Rosji pojęcia „barbaria”, co miało oznaczać bezmyślność, nieświadomość, brak wykształcenia, także brak zdolności odróżniania dobra od zła, a to miało znaczyć, że państwo rosyjskie nie miało świadomości, jakie krzywdy wyrządza innym narodom. Jan Kucharzewski w swoim wielotomowym dziele stwierdza, że Rosjanie są jedynie zdolni do przyswajania obcej kultury. Pisał że kultura rosyjska ma charakter naśladowczy, nie twórczy. Może przyjąć tylko to, co powstało na Zachodzie, sama stworzyć niczego nie może. To nawiązuje, zdaniem Wierzbickiego, do koncepcji Hitlera o narodach nosicielach kultury, takich jak germańskie.
Wyznanie traktowano podobnie. Prawosławie postrzegano jako wyznanie państwowe i narzędzie rusyfikacji, widziano w nim pusty rytualizm. W katolicyzmie widziano głęboką duchowość.
Porównanie Polaków i Rosjan w polskiej świadomości historycznej wyglądało tak – sumował profesor Wierzbicki – że Polska i Polacy byli przedstawiani jako reprezentujący pożądane wartości, Rosjanie przedstawiali antywartości, czyli wszystko co trzeba negować, potępiać i zmieniać. Postrzeganie Rosjan było przeniesione na ludzi radzieckich. ZSRR uznawano za organizm, który przedłużał państwowość rosyjską, mimo jego ogromnego zróżnicowania etnicznego. A to pozwoliło Janowi Kucharzewskiemu w jego dziele pisać nawet o czerwonym caracie.

O liczeniu ofiar i pomnikach
O polskich przewinach wobec Rosji mówił prof. Andrzej Romanowski (UJ), polonista, redaktor naczelny Polskiego Słownika Biograficznego, publicysta. Analizował sprawy trudne po obu stronach – rozmiar rzezi, mordów. Kto dokonał pierwszej rzezi w stosunkach wojennych polsko-rosyjskich? – pytał. To była rzeź 1400 moskiewskich jeńców wojennych w 1535 roku, dokonana na rozkaz hetmana wielkiego koronnego Jana Tarnowskiego w Starodubiu. Jak na wiek XVI było to wydarzenie niebywałe. Rzeź Pragi, dokonana przez ludzi dowodzonych przez generała Suworowa 4 listopada 1794 roku, to dla Polaków bolesna pamięć. Ale to była rosyjska reakcja na brutalne wyrżnięcie rosyjskiego garnizonu w Warszawie podczas insurekcji Kilińskiego. Padło wtedy około 4400 Rosjan. Z koleżanką, pracującą dla Polskiego Słownika Biograficznego, usiłowaliśmy dociec – ilu ludzi mogło zginąć na Pradze. Wyszło nam, że mogło to być 4 tysiące. Może trochę więcej. Tymczasem polska Wikipedia podaje w 2013 roku 12 tysięcy, dziś podniosła liczbę ofiar do 20 tysięcy, a historyk z krakowskiego IPN dr Jarosław Szarek mówi o 25 tysiącach. Do Wikipedii jako źródła chętnie sięgają dziennikarze.
Pamiętamy o ofiarach Katynia. Ale brakuje nam pamięci i współczucia, jeśli chodzi o jeńców bolszewickich z 1920 roku. Według prof. Zbigniewa Karpusa z Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu z chorób, ran, wycieńczenia i głodu zmarło na terenie Polski 16-18 tysięcy jeńców, czyli – choć nikt nie lubi takiego porównania – więcej niż razem polskich jeńców zginęło w Katyniu, Miednoje i Charkowie. – Tak, ale nikt do nich nie strzelał w tył głowy – ripostują Polacy. – Ale jeńcy bolszewiccy umarli – odpowiadam.
Ofiary lat 1944-1945 podczas wyzwolicielskiego marszu Armii Czerwonej. Wiem, było tysiące ofiar NKWD. Ale to państwo, które wyzwoliła Armia Czerwona, do dziś dziedziczymy. Ktoś zdobył Szczecin, Wrocław, Olsztyn. Nawet Czesław Miłosz, który nie był przecież komunistą, stwierdził: – Przykro powiedzieć, ale Polska istnieje z woli i łaski Stalina. My dziś zajmujemy teren, który wywalczyła Armia Czerwona. Nie możemy powiedzieć: – To był najazd.
Prof. Romanowski postawił odważną tezę. – Nie przestanę się upominać o tablicę pamiątkową w Warszawie przy ulicy Miodowej 10 na Pałacu Morsztynów. Tam w 1707 roku rezydował car Piotr I, wkroczywszy do naszej stolicy ze swoimi wojskami jako sojusznik. Wystąpił w obronie legalnego polskiego władcy Augusta II Mocnego. Nie godził się ze Szwedami, którzy narzucili marionetkowego monarchę Stanisława Leszczyńskiego. W ten sposób miasto antyrosyjskich powstań uhonorowałoby postać, mającą rangę w historii i miałoby odwagę powiedzieć, że w historii stosunków polsko-rosyjskich nie wszystko jest tak jednoznaczne, jak domaga się tego obecna polityka historyczna.
Profesor z Krakowa wyraziściej uczciłby też pamięć carskiego generała Sokrata Iwanowicza Starynkiewicza, w latach 1875-1892 prezydenta Warszawy, pochodzącego z Chersonia, który, jak żartobliwie się mówi, „wpuścił Warszawę w kanał”, czyli doprowadził do budowy całego systemu sieci komunalnych. Był wielbiony przez warszawiaków, którzy tłumnie żegnali go podczas pogrzebu. A on za życia otrzymywał wysokiej klasy ordery od cara Aleksandra III. – Zdawałoby się – komentował profesor z Krakowa – że to nie ten kurs. A to był właśnie kurs uznany przez cara za właściwy.
Naszą biedą jest nawarstwiające się z pokolenie na pokolenie przemilczanie pewnych faktów i „pól wspólnych” w historii stosunków polsko-rosyjskich – sumował profesor.
O centryzmach

Dr Anna Jach (UJ) mówiła o polonocentryzmie w relacjach polsko-rosyjskich. – „Centryzmów” jest teraz mnóstwo – zauważyła. – W czym więc problem? Jeżeli poprzez politykę historyczną będziemy wykorzystywać niczego niewinne poczucie patriotyzmu, przywiązanie do ojczyzny, będziemy zbytnio epatować naszymi ranami i krzywdami, doprowadzimy do tego, że nacjonalizmy wezmą górę. To niebezpieczne, bo możemy znaleźć się w miejscu, w którym byliśmy dwa razy, w 1914 i 1939 roku.
Zainicjowana przez Lecha Kaczyńskiego polityka historyczna miała na celu wychowanie młodzieży w duchu patriotycznym – w duchu powstań, żołnierzy wyklętych, Katynia. Ale taki trend oznacza jednocześnie zepchnięcie na margines historii jako nauki, bo więcej w nim mitów niż rzetelnej nauki.
O spojrzeniu Rosjan

Prof. Dmitryj Karnauchow, obecnie wykładający w Pułtusku, stwierdził że dla Polski antyrosyjska narracja staje się podstawą kultury. Co gorsza, jest jedyną słyszalną o ogólnopolskim zasięgu. W Rosji istnieją teraz co najmniej cztery dyskursy dotyczące przeszłości (czerwona, tęskniąca za ZSRR, biała, wielbiąca carską Rosję, państwowa, łącząca obie tradycje i liberalna, negująca prawie całą historię Rosji), jak wyliczała prof. Oksana Pietrowskaja z Moskwy). Czy coś takiego jest możliwe w Polsce, kraju określającym siebie jako wolny i demokratyczny? – pytał. Czy jest możliwa głęboka merytoryczna refleksja?
Prof. Karnauchow wrócił jeszcze do wątku, wciąż przewijającego się podczas sesji – źródeł pogardy Polaków wobec Rosjan. Wskazał na wiek szesnasty. Wtedy granica Polski, sfederowanej z Litwą, przebiegała tak blisko Moskwy, że dziś w to miejsce można dojechać z Moskwy podmiejskim pociągiem w ciągu godziny. W piętnastym i szesnastym wiekach Polscy historycy Jan Długosz, Marcin Kromer, Maciej Stryjkowski stworzyli koncepcję Wschodu jako przestrzeni podbitej przez Polskę. Polska była w niej absolutnym zwycięzcą. I ta tradycja historiozoficzna nie była kwestionowana nawet podczas zaborów. I dziś jest podstawą polskiej świadomości historycznej wobec Rosji. Jeśli ta świadomość jest oparta na szesnastowiecznej wizji, a my żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, to rodzi to problemy, bo nie ma realnej zmiany wizerunku wschodniego sąsiada. Ten sam schemat myślenia obowiązuje od pięciuset lat nie tylko wobec Rosji, ale także Białorusi, Ukrainy, Litwy i innych krajów wschodnich. To są korzenie wrogiej narracji Polski wobec Rosji. Nikt nie zastanawia się nad tym, jaki ma ona wpływ na realne życie. Dla polskiej kultury narodowej staje się ważne wzmacnianie stygmatu wobec Rosji, bo to buduje dumę narodową. A historiografia zamiast obalać mity narodowe, wzmacnia je. Wybieramy w ten sposób ścianę, mur, przedmurze, zamiast mostu.
Burzenie w Polsce pomników, stawianych radzieckim bohaterom drugiej wojny jest uszczelnianiem muru. Prof. Oksana Pietrowskaja mówiła o niezwykle ostrej reakcji w Rosji na ten akt. Przywołała słowa rosyjskiego pisarza Prochanowa, który burzenie pomników porównał do zatrutego harpuna, wymierzonego przez Polaków w jądro rosyjskiej świadomości, w serce rosyjskiej historii, po to by przestało ono bić i oddychać. Według Pietrowskiej istota współczesnego konfliktu między Polską i Rosją tkwi nie w historii, tylko we współczesnym geopolitycznym układzie.

O stygmatach i Ameryce
– Piętnowanie Rosji i niszczenie jej wizerunku ma w Polsce charakter metodyczny – padło odważne stwierdzenie prof. Stanisława Bielenia. „Ależ nikt metodycznie nie działa” – oburzają się polscy politycy – ciągnął mówca. – Uważam jednak, że wiele działań ma charakter zorganizowany, oparty na polityce historycznej. Rusofobia jest podgrzewana z namysłem i premedytacją. Typowe jest „dorabianie gęby” Rosjanom, przenoszenie stereotypów sowietów na współczesnych Rosjan, stygmatyzacja Rosji jako wroga, przemilczanie rosyjskiej potęgi. Stygmatyzacja to utrwalanie w zbiorowej pamięci tego co najgorsze, tu wobec Rosji. Zamiast zapominania i przebaczania, jak lubimy nawiązywać do apelu skierowanego przez biskupów polskich do niemieckich, jest utrwalanie wrogości. Niemcom przebaczamy. Niemców cenimy. Rosjan lekceważymy i ośmieszamy ich. Taki jest trend wśród polityków i polskich dziennikarzy. To patologia.
– Nad polską pamięcią historyczną ciąży megalomańska wizja dziejów. Ona dyktuje nam te stygmaty. Każe widzieć Rosję jako sprawczynię wszystkich krzywd, każe zlewać w jedno antysowietyzm z antyrosyjskością. A to wiąże się z delegalizacją PRL jako państwa satelickiego ZSRR, czyli pozostającego w sowieckim zaborze, choć to państwo istniało realnie – urodziłem się w nim, kształciłem. Dochodzi do prymitywizacji w postrzeganiu Rosji, zwłaszcza po kryzysie ukraińskim i aneksji Krymu. Nastąpiło ogromne uproszczenie poznawcze, co prowadzi do znanego w psychologii i socjologii dialogu głuchych.
– Co dalej? – pytał prof. Bieleń. – Wieje pesymizmem – odpowiadał. – Potrzebna jest terapia historycznej pamięci, uwolnienie jej od szkodliwych obsesji i strachu przed Rosją. Za nią powinny odpowiadać obie strony – polska i rosyjska. Polsko-rosyjska grupa, kierowana przez prof. Adama Rotfelda, nie spełniła swojej roli. Główny powód? Centra dialogu są funkcją woli politycznej. A dobrej woli w Polsce wobec Rosji nie widzę. Polska polityka zagraniczna nie jest od dłuższego czasu polityką suwerenną. I myśl polska nie jest suwerenna. Za własne przyjmuje obce koncepcje polityczne i intelektualne, czyli dziś wizję euroatlantycką, ściśle amerykańską. Tak długo stosunki polsko-rosyjskie pozostaną fatalne, jak długo Ameryka będzie traktować Polskę jako rygiel Zachodu wobec Rosji. Jeśli wybraliśmy rolę elementu służebnego w strategii amerykańskiej, to polskie elity, niezależnie od tego czy lewicowe czy prawicowe, pozostaną służebne wobec obcego interesu. O czym mówię? – żachnie się wielu. Przecież USA jest naszym strategicznym sojusznikiem! Odpowiadam: – Ale jest diametralna asymetria między światowym mocarstwem i naszym krajem. Przypisywanie sobie partnerstwa z hegemonem jest ogromnym błędem. Tu nie ma miejsca na równość, jedynie na podporządkowanie, subordynację. Warto o tym mówić.
Podczas sesji padło pytanie – kto powinien kreować polską politykę wschodnią? – Nie dyletanci ani ludzie z pokrojem ideologicznym, pasującym do rządzącej ekipy – padła odpowiedź. Powinni to być ludzie wykształceni, kompetentni i doświadczeni.

Anna Radziukiewicz
fot. autorka

Twoja opinia


imię:
email:
komentarz
wpisz tekst z obrazka: token